Finis Silesiae

Henryk Waniek
Finis Silesiae
  • Wydawnictwo Dolnośląskie
    Wrocław 2003
    160 x 230
    360 stron
    ISBN 83-7023-999-4

Znamy genezę tej obszernej, wielowątkowej powieści: w roku 1997 Henryk Waniek natknął się na stary niemiecki album z fotografiami przedstawiającymi najbardziej urokliwe zakątki Śląska. Osobliwością albumu było to, że choć zawierał zdjęcia wykonane w latach 1936-1939 wolny był od jakichkolwiek treści propagandowych dających się skojarzyć z nazizmem. Utrwalono w nim czyste, niczym nieskażone piękno krajobrazu, urodę śląskich miast i wsi. Poruszony tym znaleziskiem pisarz wymyślił rozliczne historie krążące wokół tych zachwycających fotografii. Przede wszystkim wykreował biografię fotografa i jego narzeczonej, przedstawił dzieje niespełnionego romansu tych dwojga, a także najróżniejsze sytuacje i zdarzenia, jakich doświadczyły osoby z otoczenia pierwszoplanowych bohaterów (rodzice, krewni, przyjaciele). Akcja utworu rozgrywa się zasadniczo w latach 1937-1945 w niemieckich podówczas miastach, Gliwicach i Bytomiu. Pisarz, opowiadając o losach swoich bohaterów, Paula Scholza i Brigitte Kopietz, niejako przy okazji rekonstruuje dzieje niemieckiego drobnomieszczaństwa (środowisko Paula) i solidnego mieszczaństwa (rodzina Brigitte) na Górnym Śląsku; odtwarza ostatnią fazę tejże społecznej i obyczajowej historii: od wybuchu I wojny światowej po tuż powojenne wysiedlenia. Finis Silesiae Wańka to próba spojrzenia na Śląsk niemieckimi oczami, próba rekonstrukcji świata, po którym zostały nieliczne pamiątki – takie jak ów album opiewający piękno śląskiego krajobrazu.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Piękne landszafty. Ale trochę jak z innego świata. Z innej rzeczywistości.
Tylko tyle? Inna planeta. Rzeczywistość. To przecież wierne obrazy świata istniejącego. Część wielkiego fresku, które kiedyś złożą się w wielką całość. Kto wie? Mistrz był wstrzemięźliwy. Żadnych grymasów. Zastanawiające milczenie. Niezwyczajnie jak na jego gadatliwość.
Zamyślił się. Może zobaczył to w świetle beznadziejnej rozpaczy? Szare fotografie na stole. Butelka już prawie pusta. Brak porozumienia. Żadnego teatru, zabawy, szaleństwa. Ile one może mieć lat? Znieruchomiały, z otępiałym wzrokiem, zapieczętowany na amen w milczeniu. W sekundzie zrobił się podwójnie stary. I tak wyglądał przez kilka martwych minut. Ale, młodszy czy starszy, obojętne, zamknięte usta nie były w jego stylu. Chrząknął parokrotnie w poszukiwaniu tonacji. Chyba jednak aktorstwo. Tylko inna rola. Inna postać.
- We wczesnych latach mojej drogi artystycznej, jeszcze przed wojną...
Głos zmęczony, skrzypiący, pochodzący sprzed dwudziestu lat, wspomniał czasy, gdy malował wyłącznie pejzaże. Nic innego go nie obchodziło. Ach, gdyby się wtedy spotkali!
- Myślałem, że tak zostanie na zawsze i do końca życia będę żył dla krajobrazów. Przerabiał je na malarstwo. A w końcu znajdę krajobraz-uniwersum. Malowidło wszechświata. Krajobraz wszystkich krajobrazów. Tak sądziłem. Ale nie. Nagle spłonęły dekoracje. Teatr stanął w ogniu, a świat na głowie. Wojna zmieniła wszystko nie do poznania. Ludzi. Przedmioty. Ideały. Marzenia. Mnie samego. Jako artysta mogłem zrobić tylko jedno. Odrzuciłem pacykowanie landszaftów. Koniec! Nigdy więcej. I już nie zawracam sobie tym głowy.
Paul rozumiał. Nie ma o czym mówić. Krajobraz umarł. Został trafiony kula w serce na jednym z frontów strasznej wojny. Starszy pan wyczerpał temat.
Jeszcze przed chwilą komiczny, błazeński i beztroski artysta zatonął w głębokiej elegii. Nie chciał oglądać zdjęć, jakby to jemu, a nie Peterowi przypominałyby coś bolesnego. Zapalił papierosa. Którego to? Mimo otwartego okna powietrze było szare od dymu. Poprosił o napełnienie kieliszka. Lecz teraz nie wypił haustem, jak wcześniej. Ledwo umoczył usta. Znów rozmyślał. Przeszukiwał garderobę swych wcieleń? Kostiumy nastrojów. Może ten?
- Po tym potopie pejzaż nie był mi potrzebny. Innym ludziom także nie. Odrzucili go. Teraz w Polsce słowa „landszaft” używa się nawet z odcieniem pogardy. Dlaczego? Bo ten gatunek wymaga filozoficznego podejścia. A światu filozofia też nie jest już potrzebna. Czy w ogóle na nią zasługuje? Filozofia skończyła się na Friedrichu Nietzschem. Odtąd trudzenie umysłu jest wbrew historycznemu fatum. To bezpowrotna przeszłość. Również w Polsce. Przede wszystkim tutaj. Polska to kraj młody, ślepy na wszystko, co nie jest nowoczesne. Tutaj nie tyle myśli się, co grzęźnie w wyobraźni. Sny są w cenie. Rzeczywistość ani trochę.
Melancholia mistrza stopniowo ustępowała. Chlapnął energiczniej wódki, zagniótł papierosa w popielnicy i nieoczekiwanie oświadczył, że kończy z paleniem. Tak jest! Mocny i prawdziwy mężczyzna wie, kiedy przestać. Wstał gwałtownie z fotela. Całym ciałem rzucił się na niewidzialnego przeciwnika. Uniósł rękę gestem mogącym uciszyć nieprzebrane tłumy świadków. Kosmyk włosów ponownie przekreślił mu czoło i wpasował się między oczy. Wbił spojrzenie hipnotyzera w wypchanego kota. Głosem, którego jeszcze nie próbował, otworzył wiec polityczny. Był mocnym mężczyzną. Karykaturą mówcy na mównicy. Charyzmatycznym przywódcą. Mussolinim? Göringiem? Hitlerem? Młodszym od starszego artysty o co najmniej dwadzieścia lat.
- Krajobrazy! Pejzaże! Malowało się w Polsce. Ale z tym już koniec, moje panie i panowie! Dziś, gdy patrzę na wspaniałe fotogramy pana Scholza, widzę potwierdzenie prawdy, że Niemcy mają wielkie, fenomenalne wyczucie krajobrazu. Są i na zawsze pozostaną jego mistrzami. Tym bardziej mnie smuci, że w Polsce nie ceni się tego ani trochę. Tutaj jest to uważane za kicz. Na tym polega wyższość Niemców. Właśnie tego powinni się od nich uczyć. Wszyscy. Zarówno Polska, jak i cały świat.
Parodia niemieckiej wyższości, zademonstrowana przez artystę-filozofa-pisarza, nie całkiem trafiała do Paula. Przedrzeźnianie sloganów, których ma pełno w swoim kraju, może było śmieszne, lecz trochę obraźliwe. Nie wziął pod uwagę, że nie tylko Niemcy na to cierpiały. Również tu, we wszystkich gazetach, książkach, kinach, radiu, a nawet w zwykłych rozmowach – wszędzie panoszyła się narodowa megalomania, od której boli głowa. Chce się ją wsadzić pod poduszkę, by przestać widzieć, słyszeć i czuć. Uciec dokądś. Ale gdzie? W zabawność? Kabaret i śmiech? Do Polski, ojczyzny podchmielonych wesołków?  
Zabrzmiała sugestia związku między polityką a miłością do krajobrazu. To niesprawiedliwe. Niech spojrzy na jego zdjęcia. Góry są schronieniem. Krajobraz – ucieczką. Tam można odetchnąć. Oderwać się. Ale rozpędzony żartowniś niczego nie zobaczył. Nie patrzył w ogóle. Ożywił go tylko, na chwilę obraźliwie krótką, widok dziewczyny. Przyszłej, niemieckiej pielęgniarki na fotografiach członka niejednolitej społeczności niemieckiej. Polski mistrz nie zauważył niczego. Upadek sztuki, demonizm kobiet, schyłek filozofii i tak dalej – owszem. Także teorie, abstrakcje, dowcipy. Świat realiów odpychał zabawą, kieliszek za kieliszkiem.
Paul jeszcze się uśmiechał. Wcale nie na wesoło. Z uprzejmą rezygnacją i nic więcej. Zgarnął zdjęcia, widząc, że już nie będą przedmiotem poważnej rozmowy. Zostawił je Peterowi, który może obejrzy je kiedyś. Teraz nie było odpowiedniego nastroju. Był czas błazeństwa. Artysta naśladował przemówienie na politycznym zebraniu.