Kobieta i mężczyźni

Manuela Gretkowska
Kobieta i mężczyźni
  • Świat Książki
    Warszawa 2007
    135 x 220
    272 strony
    ISBN: 83-247-0557-3

Kobieta i mężczyźni to współczesna powieść psychologiczno-obyczajowa. Jej głównymi bohaterami są dwa małżeństwa czterdziestolatków. Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie w latach 2003-2004. Opowieść otwiera krótka ekspozycja osadzona w realiach roku 1994. Bezdzietny związek lekarki Klary i architekta Jacka przeżywa kryzys. Mężczyzna popada w depresję pod wpływem niepowodzeń w pracy, zaniedbana żona wdaje się w romans z młodszym i czarującym Julianem. Klara i Jacek to typowi przedstawiciele liberalnej klasy średniej. Z kolei drugie małżeństwo (Joanna i Marek) to reprezentanci środowiska katolicko-konserwatywnego. Mają troje dzieci, planują kolejne. Ona zajmuje się domem, on, pochłonięty pracą, prawie w nim nie bywa. I to małżeństwo stanie przed ciężką próbą. Ostatecznie Marek porzuci żonę z trojgiem dzieci, żeby związać się z młodą, seksowną dentystką. Związek Klary i Jacka przetrwa. Ona porzuci młodego kochanka, on wyjdzie z depresji i pojedna się z żoną. W tę obyczajową, dość schematyczną fabułę pisarka włączyła mnóstwo treści o charakterze dyskursywnym, które układają się w diagnozę kondycji rodzinnej współczesnych Polaków. Autorka opisuje dzisiejszą obyczajowość w zakresie spraw damsko-męskich, wyświetla przeróżne determinanty społeczne i kulturowe, leżące u podstaw decyzji życiowych i zachowań bohaterów, tworzy pogłębione portrety swoich postaci. Kobieta i mężczyźni to udana, dowcipna i inteligentna powieść.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Na parkingu Ikei Joanna upychała wysypujące się z bagażnika drobiazgi: świeczki, serwetki.
- Jedźmy już, mały się obudzi - usiadła przy Marku przeglądającym ekran samochodowego komputera.
- Nie domknęłaś - sprawdził kontrolkę. - Zapnij pasy, ja to zrobię - zawinął się długim, granatowym płaszczem, przeskakując śniegowe błoto.
Zatrzasnął klapę laguny i poprawił odrywającą się nad rejestracją naklejkę ze znakiem chrześcijańskiej ryby.
- Wartało by zmienić rybkę, złoty na czarnym niespecjalnie... - zanim wsiadł, sprawdził zapięcie koszyka z Maciusiem śpiącym na tylnym siedzeniu i pocałował go w nosek.
- Wartało - Joanna uchyliła mu drzwi.
Przekręcali słowa, kiedy byli zadowoleni. Przerzucali się powiedzonkami swoich dzieci, bawiąc się w ich beztroskę.
Zakupy się udały, znaleźli stylową przewijarkę dla najmłodszego, zamówili transport młodzieżowej komody dla starszych. Po drodze do kas nabrali sylwestrowych ozdóbek.
- A może zostawić rybkę i kupić nowy samochód? - Marek spojrzał w lusterko, czy zrobił na Joannie wrażenie. Uwielbiał sprawiać im niespodzianki, kupować dzieciom nowe gry komputerowe, fundować w rajdach po centrach handlowych wymarzone ciuchy. Okrzyki radości były wtedy też na jego cześć. Joanna cieszyła się z prezentów, z wakacji w Hiszpanii, wykupionych okazyjnie dzień wcześniej, miała jednak zawsze zastrzeżenia: „Mogłeś się mnie
zapytać, co z tego, że byłeś pewien, tak, jestem zadowolona, ale...". To „ale" wywyższało ją ponad jego hojność. I znaczyło: „Masz wszystko, ale nie dość". Joanna broniła swojej niezależności złośliwościami, punktowaniem słabości Marka.
- Domyślam się, że już dałeś zaliczkę. Niech zgadnę... lexus?
- Lexus? Kupa szmalu nie wiadomo za co. Podoba ci lexus?
- Reklamowali, że masuje siedzenie kierowcy.
- Gdyby miał z nim stosunek... znam frajerów, co zarżnęliby się kredytami na takiego sexusa.
- Ja nie znam. Kochamy się raz na dwa tygodnie, Pysiu. - Nie było w tym wyrzutu, raczej dyskretnie podsunięte upomnienie.
- Naprawdę? - Marka pochłonęło wyprzedzanie.
- Rzadziej - przyznała po zastanowieniu. - Co kupiłeś?
- Nic - pogładził ją po ramieniu. - Nie buzuj.
- Za ile?
- Myślałem o czymś większym... terenówka... - zaproponował. ,
- Przeprowadzamy się na księżyc? - Zmiana samochodu zwykle szykowała zmianę w ich życiu. Kupowanie nowego uważała za męską formę linienia.
- Drogi są coraz gorsze i nie będzie lepiej, kochana, pieniędzmi z podatków zatyka się dziury, ale w budżecie.
- Skąd wiesz?
- Takie rzeczy się wie... od kumpli z dawnego resortu. Co byś powiedziała, gdyby... coś bardziej sportowego? - sprawdzał ją, na ile mógłby sobie pozwolić. Zapomnieć o rodzinnych obowiązkach.
- Mam cię gonić z dziećmi drezyną?
- Chwaliłaś swoje autko.
- Sprzedajmy oba i kupmy meganki.
- Po co nam dwa jednakowe wozy, Joasiu?
- Bezpieczne dla dzieci. Megankę i minivan - rozpoczęła negocjacje nie o model auta, ale o siebie. O to, ile zdoła wytargować na swoją korzyść.
- Nie będę jeździł do pracy nocnikiem. Wybacz, nie znasz się, wybrałaś już jeden - nie rozumiał, dlaczego jej uległ przy kupowaniu laguny. W trzyletniej psuło się wszystko, od amortyzatorów i akumulatora po zamki w drzwiach. Joanna, czarując szefów serwisu, wyprosiła zniżkę przy naprawie skrzyni biegów. Zawiśli na jej biuście spojrzeniami jak błyszczące ordery. Prawie się czerwienili, podziwiając nogi w obcisłej spódniczce. Jakby
były seksownie umięśnionym przedłużeniem warg sromowych. Nie doceniał żony? Miał porównanie z dawną Joanną, lżejszą, szczuplejszą, bez porannej opuchlizny. Nadal ją kochał, szczycił się przed sobą, że kocha jeszcze bardziej jej dojrzałość, matczyne piękno.
- Nie znam się na samochodach? To po co mnie pytasz? - domyślała się, że chodzi o kolejny kredyt.
Nie spłacili jeszcze domu kupionego w czasach prawicowej hossy, gdy Marek był jednym z najmłodszych doradców premiera. Tuż przed przegranymi wyborami koledzy ewakuowali się z rządu, wciągając go w prywatno-katolicką telewizję KaTel. Marek czuł się bezpieczny. Kiedyś ludzie tracili pracę, teraz nie mogli jej zdobyć. On swoją miał i jej gwarancję - kolegów przerzucających się z jednej firmy do drugiej. Doświadczenie zastępowała im ideowość. W państwowych spółkach przynosiła straty dające się załatać z budżetu, prywatne doprowadzała do bankructwa. Zarządzana przez nich prywatna telewizja była coraz mniej widoczna, mimo podkupowania najlepszych programów konkurencji. Wydłużające się przerwy w emisji wypełniały oazowe pieśni, a ekran - symbol stacji, błękitna gwiazda. Telewizja gasła na oczach widzów. Joanna obawiała się, że pewnego dnia zostanie już tylko spadająca gwiazdka i bezrobotny Marek.
- Większy wóz by się przydał, ale dla mnie, chciałabym otworzyć interes... - Po urodzeniu Michasia próbowała prowadzić szkołę języków obcych. Nie przewidziała
silnej konkurencji i tego, że dzieci zostawiane z opiekunką rozchorują się na cykliczną anginę, alergię, tęsknotę.
- Co? Po co? Nie masz czasu. - Marek zbyt mocno przyhamował.
- Już mam, wiem, jak się do tego zabrać i nie zostawiać Maciusia. Byłoby na minimum, w razie gdybyś... chciał poszukać lepszej pracy - oględnie zasugerowała przewidywaną klęskę.
- Są oszczędności.
- Nieduże.
- Zostawmy samochód, powiedz lepiej, co z sylwestrem?
- Będzie dziesięć osób, z nami, i przyjdzie Klara.
- Mieli być w górach.
- Jacek się źle czuje.
- Sama przyjdzie? Ty byś poszła się bawić, gdybym zachorował?
- Jacek nie jest chory, źle się czuje. Ma depresję i woli być sam.
- No, proszę, ona go w to wpędziła - ucieszył się.
- Marek...
- Mówiłem ci, akupunktura szkodzi, organizm się broni. Przecież widziałem, ciągle go kłuła, na katar, na kichanie.
- Nie lubisz jej.
- Klarę bardzo, igieł nie lubię. Tortury nikomu nie pomogą. Wiesz, skąd się wzięła akupunktura, nie powiedziała ci? Chińczycy torturowali tym więźniów. Nieźle,
nie? Doktor Mengele by się nie powstydził.
- Nie porównuj jej do faszystów. O twoich znajomych też można powiedzieć niejedno...
- Niby co?
Maciuś zapłakał obudzony głośną rozmową.
- Że są solidarni - powiedziała pogardliwie. - Zatrzymaj, muszę go nakarmić.