Balsam długiego pożegnania

Marek S. Huberath
Balsam długiego pożegnania
  • Wydawnictwo Literackie
    Krakow 2006
    123 x 197
    440 stron
    ISBN: 83-08-03911-1

Twórczość Marka S. Huberatha często wpisywana jest w nurt fantastyki religijnej, chociaż w gruncie rzeczy trudno jest znaleźć dla tej prozy jedną etykietkę - nazbyt jest różnorodna, bogata tematycznie. Potwierdza to najnowsza książka autora Miast pod Skałą – wybór opowiadań obejmujący zarówno teksty już publikowane (między innymi obszerną Karę większą wyróżnioną w roku 1992 prestiżową Nagrodą im. Zajdla), jak również premierowe. Cały tom składa się z 10 utworów – od kilkuzdaniowej miniatury po rozbudowane opowiadania objętości mini powieści – i dokumentuje piętnaście lat pisarskiej aktywności Huberatha. W książce dominują dwa tematy. Po pierwsze, autor zwraca się ku futurologii, przedstawiając obrazy świata po katastrofie atomowej czy ekologicznej. Po drugie, tworzy specyficzną odmianę fantastyki, którą określić by można jako eschatologiczną, ukazując własne wyobrażenie zaświatów (brawurowa Kara większa, w której piekło zorganizowane jest niczym hitlerowski obóz koncentracyjny) czy związków pomiędzy światami żywych i umarłych (na przykład premierowy Balsam długiego pożegnania). Niezależnie od tego, czy zwraca się ku przyszłości czy ku zaświatom, Huberath zawsze koncentruje uwagę na fundamentalnych problemach dotykających ludzi: pisze o lojalności wobec drugiego człowieka, miłości i przyjaźni wystawianych na próbę w sytuacjach kryzysowych, o trudnościach z akceptowaniem Innych traktowanych jako zagrożenie czy o oswajaniu przemijania i śmierci. Autor umie „ubrać” te odwieczne tematy literackie w ciekawą formę, tworząc klarowne, barwne fabularnie opowieści, mające moc przykuwania uwagi czytelnika. Huberath nie jest tylko zwykłym twórcą fantastyki – to zwyczajnie świetny prozaik.

- Robert Ostaszewski

Marek S. Huberath (ur. 1954) - pseudonim krakowskiego fizyka i pisarza science fiction. Zajmuje się fizyką biologiczną i fizyką ciała stałego w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Fragment

W oczy Snorga uderzył silny blask. Przez chwilę nie był w me zogniskować wzroku. Uświadomił sobie, że opuścił Pokój. Leżał na czymś twardym w pomieszczeniu, które wydało mu się olbrzymie. Odczuwał osamotnienie, gdyż nie było tu nikogo spośród jego współmieszkańców. W drugim końcu pomieszczenia siedział nieznajomy mężczyzna. Wydał mu się niezwykle stary, choć po prostu był starszy od tych, wśród których Snorg się dotąd obracał. Mężczyzna zauważył przebudzenie Snorga i podszedł, wyciągając rękę.
- Nazywam się Bablyoyannis Knoboblou - powiedział.
Snorg powoli, z wysiłkiem woli gramolił się z posłania.
- Gratuluję, Snorg. Z dniem dzisiejszym stał się pan człowiekiem. Był pan najlepszy... - Snorg tym razem zdążył i uścisnął prawicę tamtego. Bardzo chciał wiedzieć, jaka ta ręka była w dotyku.
- Mam tu świadectwo centrum informacyjnego - tamten podniósł z pulpitu kilka kartek - oraz pozytywną decyzję komisji złożonej z ludzi. Otrzyma pan dowód tożsamości i może wybrać sobie nazwę.
- Cco... ? - wybąkał w końcu Snorg.
Tamten sprawiał wrażenie życzliwego urzędnika, który załatwia dość miłą, lecz rutynową sprawę.
- Przeglądałem pańskie wyniki. - Bablyoyannis nadal wpatrywał się w trzymane papiery. - 132 punkty... Nieźle... Ja w swoim teście kiedyś miałem 154... - pochwalił się. - Ten Piecky niebezpiecznie zbliżył się do pana, miał 126 punktów, ale brak kończyn, narządów rozrodczych... To bardzo trudno nadrobić wyłącznie inteligencją. Swoją drogą, to lepiej, że ktoś, zbudowany tak jak pan, został wytypowany, a nie jakiś tam kadłubek...
„Chciałbym ci rozbić ten twój nadęty pysk, gnojku”, pomyślał Snorg.
- Piecky jest moim przyjacielem - powiedział, czując znajome odrętwienie szczęk.
- Lepiej nie mieć przyjaciół, zanim nie zostanie się człowiekiem - zauważył Bablyoyannis. - Chce pan znać ich wyniki? Moosy - 84, Tib - 72, Dulf - 30... Reszta prawie zero: Dagsy - po 18, i ten wór, Tavegner - 12... - Bablyoyannis odpowiedział na swoje pytanie.
Snorg słyszał pogardę w jego głosie i czuł narastającą nienawiść do niego. Wydawało mu się, że mógłby nawet go zabić.
- Co teraz będzie ze mną? - zapytał. Skurcz szczęk nie ustępował.
- Jako człowiek ma pan możliwość wyboru. Wkracza pan w normalne życie w społeczeństwie. Krótkie przeszkolenie... a potem może pan nadal się kształcić lub podjąć pracę. Od dzisiaj uzyskuje pan kredyt finansowy w wysokości 400 pieniędzy, przysługujący każdemu, kto staje się człowiekiem. Ale osobiście odradzam panu robienie operacji kosmetycznych przed uzyskaniem stałego źródła dochodów. Ostatecznie małżowiny uszne nie są aż tak ważne... - posłał Snorgowi porozumiewawcze spojrzenie. - Później też znajdzie pan coś ekstra. Zawsze jest duży wybór.
Snorg poczuł zimny pot spływający po karku: przed oczyma stanęła mu Tib.
- Co będzie teraz z innymi...? - wydusił w końcu.
- A, tak... to też ma pan prawo wiedzieć - Bablyoyannis był zniecierpliwiony. - Zawsze rodzi się znacznie więcej osobników niż potem zostaje ludźmi. Oni pójdą na materiał na przeszczepy. Można przecież z nich wybrać niezłe uszy... oczy... wątroby... Chociaż z niektórych nawet tego nie będzie. Taki Tavegner nadaje się chyba wyłącznie jako materiał do kultur tkankowych.
- To nieludzkie - wyrwało się ze ściśniętych ust Snorga.
- Co nieludzkie?! - Bablyoyannis poczerwieniał. - Nieludzkim było rozpoczęcie wojny. Teraz sto procent populacji rodzi się upośledzone fizycznie, a trzy czwarte - psychicznie. I to z reguły rodzi się dzięki sztucznemu zapłodnieniu. Pretensje może pan mieć tylko do naszych pradziadów.
Widocznie Snorg nie wyglądał na przekonanego, więc Bablyoyannis wyjaśniał dalej.
- Liczbę narodzin zwiększa się do maksimum, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo powstania osobników zbliżonych do normalnych - popatrzył badawczo na Snorga. - A inni... To najtańszy sposób wytwarzania materiału. Przecież ci wybrani też nie są zupełnie normalni, prawda Snorg...? Pracuję w tej branży już siedem lat - ciągnął Bablyoyannis - i jestem przekonany, że właśnie ta droga jest jedynie słuszna.
- Pan też nie jest całkowicie poprawny, powłóczy pan lewą nogą, a pańska twarz jest chyba częściowo sparaliżowana, Bablyoyannis.
- Wiem, że to widać - tamten był przygotowany na tę uwagę - ale solidnie pracuję i odłożyłem pieniądze prawie na całą rękę.., na przeszczep.