Don Juan raz jeszcze

Andrzej Bart
Don Juan raz jeszcze
  • Wydawnictwo Literackie
    Krakow 2006
    123 x 197
    348 stron
    ISBN 83-08-03904-9

Kiedy w czasie meczu piłki nożnej zdarzy się jakaś szczególnie zawikłana scena (był faul czy nie było? Sędzia powinien podyktować rzut karny czy nie?) realizatorzy powtarzają akcję z „odwrotnego ujęcia”. Wtedy widzimy, że zawodnik oszukał, a sędzia dał się nabrać. „Odwrotny kąt” służy zatem do demistyfikacji historii, która pod normalnym kątem jest bezproblemowa. Jeśli Andrzeja Barta można nazwać mistrzem takiego ujęcia, to nie dlatego, że opisuje mecze piłki nożnej, lecz dlatego, że opowiada historie głośne i ważne „z odwrotnego kąta”.
W powieści najnowszej cofamy się do wieku XVI. I uczestniczymy w kuriozalnej historii. Oto królowa hiszpańska Joanna, córka Ferdynanda i Izabeli Kastylijskiej, oszalała. Władczyni najpotężniejszego państwa nowożytnej Europy postanowiła nie uznać faktu własnego wdowieństwa: podstępem wydobyła zwłoki świeżo zmarłego męża i ruszyła z nim w podróż dookoła Hiszpanii.
W ślad za nią ruszają wysłannicy różnych potęg – każdy z innym zadaniem. Zausznik Ferdynanda ma nakłonić królową do zrzeczenia się korony i oddania się pod opiekę ojca; poseł brytyjski chce namówić Joannę, by poślubiła króla Henryka VII, zapoczątkowując w ten sposób narodziny superpotęgi światowej, która władałaby Europą, Ameryką Południową i połową Azji; wysłannik papieski chce, by królowa zrozumiała, że popełnia grzech śmiertelny, który szerzy wśród wiernych zgorszenie. Każda z tych misji wymaga innej argumentacji, innego „zachodzenia królowej”, innej gry dworsko-intelektualnej. W jedną z takich gier wciągnięty zostaje Don Juan… Któż inny potrafi być tak dworny wobec damy, któż inny potrafi zawrócić ją ku życiu – skierować jej myśli ku miłości i ku światu doczesnemu.
Problem polega na tym, że Don Juan nie ma już dwudziestu lat: jest podstarzałym pokutnikiem, który za grzechy własnej młodości sam wymierzył sobie karę – udał się do klasztoru i jako mnich opiekuje się nieuleczalnie chorymi…
Tymczasem atmosfera wokół Joanny zagęszcza się: śmierć Filipa nieoczekiwanie wzmocniła Inkwizycję, osłabiła papiestwo, dała Anglii niejasną szansę powiększenia dominium, otworzyła przed Hiszpanią nowe perspektywy. Za chwilę wszystko wymknie się spod kontroli…
Na tym właśnie polega revers angle w wydaniu Andrzeja Barta: cofa on gotową historię do stanu niegotowości i pozwala nam zajrzeć za kulisy. Widzimy tam nie tylko maszynerię dziejów i nie tylko reżyserów. Widzimy również ukryte motywacje.
A w trakcie tego dziwnego widowiska niemal na każdym zakręcie czeka nas niespodzianka. Autor ani nie pozwala nam sądzić, że historię tworzą wyłącznie ludzie nikczemni, ani nie pozwala bezproblemowo zanurzyć się w przeszłość. Co rusz przypomina nam więc, z którego miejsca czytamy i w jakim świecie żyjemy. Zdaje się w ten sposób mówić: być może nie mamy wpływu na przeszłość, ale przynajmniej możemy zastanowić się nad konsekwencjami dziejów minionych. W końcu to my jesteśmy dziedzicami tamtych potęg.

- Przemysław Czapliński


Fragment

Właśnie do biblioteki, której ściany brat Alfons przyozdobił wyrytymi w drewnie scenami z życia proroka Jeremiasza, wszedł teraz don Juan wprowadzony przez brata Alfonsa. Zobaczył rzędy pustych szaf, stoły i krzesła, przede wszystkim zaś kobietę o urodzie niezbyt oczywistej, a jeszcze zaniedbaną do tego stopnia, że jej włosy dawno nie widziały wody, a cera była trupio blada bez pomocy bielidła. Stan często nazywany błogosławionym nie dodawał jej kobiecości, a tylko pogłębiał wrażenie zaniedbania. Nie byłby jednak człowiekiem doświadczonym, gdyby pod tym zbiorem ludzkiego nieszczęścia nie dojrzał majestatu, i to najwyższej próby. Nie wiedzieć czemu, stanął mu przed oczyma chory na trąd rycerz, którym się opiekował w chorobie. Pochodził podobno z rodziny spowinowaconej z królewskimi rodami i kiedy był już bez nosa i połowy twarzy, miał jeszcze w oczach tyle godności, że zdrowi wydawali się przy nim trędowatymi.
Don Juan skłonił się nisko przed królową. Herrera, który stał przy niej, po raz pierwszy ujrzał go bez habitu. Oczywiście nawet mrugnięciem powieki nie okazał zdziwienia. Trzy spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu. Tylko tego, co myślała Joanna, nie można wiedzieć, a więc tym samym opisać.
— Jak twoje zdrowie, panie?
To, że królowa pamiętała o czyimkolwiek zdrowiu i chciała o nie zapytać, było dla Herrery dobrym znakiem.
— Jest już najlepsze, najjaśniejsza pani. — Don Juan skłonił się raz jeszcze.
— Jak się zwiesz?
— Juan de Valesco, królowo.
— Juan, piękne imię. Słyszałam, że znasz mojego męża.
— Król Filip był nawet łaskaw nazwać don Juana swoim przyjacielem.— Herrera wziął na siebie ciężar dobroczynnego kłamstwa.
— Zapytam, ojcze, kiedy będę się chciała czegoś dowiedzieć od ciebie.— Mówiąc to, Joanna nawet nie spojrzała w jego stronę.
— Od czasu pewnej potyczki król Filip często mnie wyróżniał.— Odpowiedź była prosta, bardziej żołnierska niż dworska.
— Okazałeś się tak dzielny?
— Miałem zaszczyt zasłonić króla.
— Własną piersią! — Herrera wtrącił się znowu, ale tym razem nie został skarcony.
— Uratowałeś mu życie?
— Nie mogę tego wiedzieć. Może zostałby zraniony. Tylko Bóg to wie.
— To bohaterski czyn.
— Każdy szlachcic postąpiłby tak na moim miejscu.
Widać było, że królowa jeszcze raz przeżywa moment, w którym niewierny ośmielił się podnieść rękę na jej męża. Teraz to ona zasłoniła go własną piersią. Nie krzyknęła jednak, nie osunęła się na ziemię, a słowa, które wypowiedziała były proste i konkretne:
— W takim razie witam cię, panie, w moim orszaku i zapraszam na spotkanie z królem.
— Czy to nie za wielki zaszczyt dla człowieka, który dopiero co przybył? — Można by sądzić, że Herrera obawiał się o dzielność Juana de Valesco.
— Tobie jako wysłannikowi papieża także uczynię ten zaszczyt. Proszę za mną, moi panowie.
Joanna wyszła z biblioteki, nie oglądając się na nich.
— Nie poczytamy więc sobie — stwierdził don Juan, wskazując ręką puste szafy.
Herrera nie uznał tego za dowcipne i nakazał mu gestem ręki iść ze sobą. Królowa minęła galerię okalającą wirydarz i szła w stronę apartamentów opata, które ten oddał do jej dyspozycji. Nie zachował się żaden dokument, z którego można by wnioskować, jakie pomieszczenia na ten czas zajął dla siebie Luis de Rueda. Zresztą nie byłoby to interesujące.
Dwaj mężczyźni idący za królową nie wzbudzili specjalnego zainteresowania i tylko jeden człowiek przypatrzył się don Juanowi. Dokładnie zlustrował sylwetkę, strój, a nawet gatunek skóry butów. Próbował też wymiany spojrzeń, lecz don Juan nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Inkwizytor Quint przeniósł więc wzrok na Herrerę i tu znalazł pełne zrozumienie dla swojej ciekawości, a nawet przychylne skinięcie głową. Żołnierze pilnujący sypialni rozstąpili się przed królową, a kiedy machnęła ręką, także przed jej gośćmi.
W pokoju panował półmrok rozświetlony blaskiem kilku świec ustawionych przy łożu. Skórzana czarna trumna była otwarta. Don Juan bez strachu przyjrzał się pracy balsamistów. Zrobili wszystko, aby król Filip wyglądał godnie, lecz widać było, że w kwestii wieczności poganiał ich pośpiech i można się go też było przestraszyć. Herrery nie wyprowadziłaby z równowagi żadna kwestia tycząca człowieka, zwłaszcza nieżyjącego, a jednak i on spocił się z wstrzymywanej chęci womitowania. Królowa zbliżyła się do trumny i nachyliła się nad nią.
— Filipie, masz gości.
Herrera i Juan de Valesco ukłonili się nisko.
— Witam cię, najjaśniejszy panie, i składam zapewnienie o swojej gotowości do służby. Chociaż świat chce cię widzieć martwego, dla mnie żyć będziesz wiecznie — powiedział don Juan, patrząc prosto na czoło trupa.
— Dziękuję ci za te słowa, panie. A ty, ojcze? Król cię słucha.
— A światłość wiekuista niechaj ci świeci, wasza królewska mość.
— Zaiste niepospolite odezwanie — skrzywiła się Joanna. — Don Juanie, król chciałby, abyś mu przypomniał, kiedy to po raz ostatni miał okazję cię widzieć.
— Najjaśniejszy panie, było to kilka lat temu w Gandawie...
— Co tam robiłem? — spytała głosem niższym o dwie oktawy.
— Rozważałeś sprawę traktatu pokojowego, wasza królewska mość.
— Czy byłem sam?
— Twoja dostojna małżonka opuściła cię na jakiś czas...
— Bo byłem otoczony rojem nierządnic... — Głos Joanny zniżył się jeszcze, jednak po kwestii wygłoszonej w imieniu króla syknęła już od siebie: — Łajdak! — Oddychała głęboko i wyglądało na to, że za chwilę prawdziwie wybuchnie, a wtedy i Filip nie będzie bezpieczny.
Niespodziewanie dla Herrery, a może i dla siebie, don Juan zrobił krok w stronę otwartej trumny i powiedział głośno:
— Zawsze miałeś wielkie powodzenie u kobiet, najjaśniejszy panie, ale choćby okoliczności wskazywały inaczej, wiem najlepiej, że potrafiłeś zachować stosowny dystans. Wiem jednak także, że twoja wrodzona dobroć dawała niektórym z nich nadmierne nadzieje...
Joanna powoli się uspokajała.