... i poniosły konie

Włodzimierz Odojewski
  • Wydawnictwo Twój Styl
    Warszawa 2006
    110 x 190
    262 stron
    oprawa twarda
    ISBN 83-7163-465-X

Tom ... i poniosły konie zdominowało obszerne opowiadanie tytułowe. Stanowi ono syntezę dwudziestowiecznych stosunków polsko-ukraińskich z ich tragicznym punktem kulminacyjnym – rzeziami ludności polskiej na Podolu i Wołyniu w 1943 roku. Losy dwóch bohaterów – Ukraińca i Polaka, ich przyjaźń zawiązana we wczesnej młodości, jeszcze w Polsce przedwojennej, obrazują splątaną historię dwóch narodów, na skutek wielu czynników skazanych na nieustanną konfrontację, nie potrafiących żyć w zgodzie i, zdawałoby się, naturalnym, sąsiedzkim braterstwie. Zwraca przy tym uwagę fakt, że na pierwszy plan autor tego opowiadania wysuwa postać Ukraińca – Mikołaja Damiatycza: „... arcyprawego człowieka. Niestronniczego, odważnego, nieprzekupnego, prawdomównego, sprawiedliwego. Wiernego przyjaciela. Dobrego włóczęgi, gawędziarza i myśliwego. szczerego człowieka bożego”.
Uwaga o myślistwie jest nie bez znaczenia. Przyjaźń narratora z Mikołajem (później: księdzem prawosławnym) rodzi się właśnie na łowach – za srebrnym lisem. Wyjątkowość polowania polega na tym, że wszyscy jego uczestnicy świadomi są tego, że zastrzelenie lisa byłoby czynem niegodnym: lis musi ujść cało! A jednak porządek i tych myśliwskich uzgodnień, i całego starego świata okazuje się – w obliczu II wojny światowej – nieważny.
Okrucieństwo wydarzeń przedstawionych przez Odojewskiego, czy to w opowiadaniu tytułowym czy w Zapisie zbrodni, jest porażające. Trudno zapomnieć obraz ojca rozpaczającego nad ciałem córki, zabitej przez braci, którzy wcześniej – wyłącznie z pobudek nacjonalistycznych – zamordowali własną matkę. Pisarz chce wstrząsnąć sumieniami, wskazując na nacjonalizm jako największe zło świata: nie tylko wczorajszego, także dzisiejszego.
Na tom ... i poniosły konie składa się w sumie dwanaście opowiadań; część z nich to miniatury będące kontrapunktem dla opowiadania tytułowego, jednego z ważniejszych napisanych przez Odojewskiego, wpisującego się w tę samą problematykę pogranicza, w literaturze polskiej zajmującą pozycję wyjątkową.

- Krzysztof Masłoń

Fragment

Potem? Co było potem? Upłynęły miesiące. Zdarzyła się wówczas ta tragedia z Mikołajem, zmieniająca całe jego życie, tylko że zanim ją przybliżę, przybliżyć muszę to drugie, jakże ważne spotkanie z tamtą śliczną chichotką z polowania jesiennego, która zdradziła mi tajemnicę srebrnego i zarazem cholernego lisa. To było pierwszego albo drugiego września, zameldowałem się już u pijarów w Tarnopolu, choć dopiero najbliższy poniedziałek zapoczątkować miał szkolny rok, „zbijałem bąki” po mieście, Marusię ujrzałem w grupce dziewcząt w jej wieku, idącą ulicą, ukłoniłem się, a ona odłączyła się od tamtych, podbiegła ze śmiechem i błyszczącymi oczami, i wtedy zaprosiłem ją na lody.
Usiedliśmy w kawiarni w pobliżu farnego kościoła. Za oknem, ulicą pełną słońca, ludzie ciągnęli na pobliski targ lub z powrotem z targu, naprzeciwko na obszernym wybiegu z wyjazdowej z podwórza bramy kilku wyrostków grało w „pieniążki” z rozmachem rzucając je o mur, potem odmierzali rozstawionymi palcami odległości między odbitymi od muru monetami, a tymi już wcześniej tam leżącymi na bruku; z surowymi minami wyliczali sobie ilości wygranych punktów. Uśmiech nie nikł z twarzy Marusi dopóki mówiliśmy o czekającej nas szkole, jeszcze o wakacjach (spędzałem je na obozie harcerskim na Polesiu, ona u krewnych pod Zaleszczykami nad Dniestrem), spoważniała, gdy zapytałem o to, co dzieje się w Soroczyskach. „Ach... Mikołaj!” wyrwało jej się w odpowiedzi głębokie westchnienie z ust i zaraz dodała cicho, jakby ktoś nas podsłuchiwał: „Powinieneś doń zajrzeć do szpitala”. „Co ty?! Co się stało?!” wykrzyknąłem, a ona: „Myślałam, że wiesz, tylko nie chcesz mówić o tym. On strzelił...” i utknęła w połowie zdania, „Jest w szpitalu? Strzelił?! Postrzelił się na jakimś polowaniu?”, złapałem ją za łokieć i ścisnąłem, jakbym chciał nakłonić do szybszego mówienia, wyswobodziła łokieć, krzywiąc się: „Masz łapska jak drwal”, „W szpitalu?!”. „No, on sam strzelił sobie w pierś” dokończyła, a ja znowu za łokieć ją złapałem, natychmiast jednak przypominając sobie, że mam łapska jak drwal, puściłem i jedynie: „Co się stało?! Jezus, Maria!” wykrzyknąłem, „Co się stało?!”, a ona: „No przecież mówię! Że strzelił sobie w pierś”. I tu zaraz Marusia rozwinęła przede mną opowieść, która - okazało się - dla mnie miała swój początek przed rokiem, tegoż późnojesiennego dnia, kiedy po nocy przespanej w łóżku odstąpionym mi przez Mikołaja, wyruszyliśmy o świcie w wertepy Pantalichy uganiać się za osławionym srebrnym lisem.
Dopytywała się: „Czy może pamiętasz tę czarnooką krasawicę, co na tamtym polowaniu towarzyszyła Stiopce Poliszczukowi. Taki trochę po wojskowemu ubrany jegomość. Rzucający się w oczy. Lekarz ze Lwowa. No nie, skądże miałbyś go pamiętać...”, a ja, że oczywiście, pamiętam, nawet dobrze i że wtedy z parę razy Mikołaja pytałem kto to taki, czymś bowiem wyróżniała się ta para, urodą, ubiorem, postawą, że już teraz, jak się wyróżniała, nie mógłbym powiedzieć, ale że wyróżniała się bardzo, pamiętam. „Mikołaj poczęstował mnie w odpowiedzi nader osobliwą historyjką...” powiedziałem ze śmiechem wzruszając ramionami, „Że to siostra jakiegoś atamana...”, „Koryćkiego!” wpadła mi w zdanie Marusia, „No może tak, nie zapamiętałem nazwiska” i po zaledwie krótkim namyśle: „Mikołaj... był jej widokiem... poruszony. Nawet bardzo” dopowiedziałem ostrożnie, „Zgadza się” przytaknęła skwapliwie, „To i z jej właśnie przyczyny próbował pozbawić się życia. Kocha się w niej po uszy!”, „Co ty mówisz, co ty mówisz...” szeptałem nie mogąc się wyzwolić z osłupienia, a Marusia: „Chociaż to wybór więcej niż niecodzienny, bo Mikołaj zbliża się dopiero do matury, a Iryna ma dwadzieścia dwa albo trzy lata, architekturę niebawem skończy we Lwowie, jakaż to z nich mogłaby być para?! Poza tym są spokrewnieni. A jednak wpakował sobie kulę z czegoś tam prosto w pierś. Bo ona, kiedy tylko spostrzegła, że coś się z nim takiego dzieje, to usiłowała trzymać się z daleka”.