Niehalo

Ignacy Karpowicz
Niehalo
  • Czarne
    Wołowiec 2006
    125 x 195
    216 stron
    ISBN 83-89755-46-7

Bez dwóch zdań: rzadko zdarzają się tak bezkompromisowe, szalone debiuty jak powieść Ignacego Karpowicza. Choć pierwsza część książki wcale nie zapowiada niespodzianek i lekturowych atrakcji. Autor opisuje początkowo jeden dzień z życia Maćka, mieszkającego w prowincjonalnym Białymstoku studenta polonistyki. Jest poniedziałek, a Maciek nie lubi poniedziałków – nie znosi też swojej kiepsko płatnej pracy, rodziny, bliskich, byle jakiego seksu z narzeczoną, której nie kocha, współczesnej Polski, życia bez szansy na sukces i koniec końców nawet samego siebie. Czyżby była to kolejna powieść o frustracjach młodego Polaka, który nie załapał się na wejściówkę do konsumpcyjnego raju? Otóż nie, mniej więcej w połowie książki Karpowicz porzuca realistyczną opowieść i zaczyna oszałamiać czytelnika istną orgią wyobraźni. Bohater powieści „odkleja się od rzeczywistości”, wpada w wir halucynacji, przywidzeń, groteskowych sytuacji, próbując poradzić sobie z prywatnymi i zbiorowymi lękami. Karpowicz kreuje fantastyczny świat, w którym Maciek przechadza się po Białymstoku z posągami Piłsudskiego i ks. Popiełuszki, które zeszły z pomników, wikła się w mafijne porachunki i zmagania „katopolaków” z euroentuzjastami. Powieść zamyka iście Witkacowska scena walk ulicznych między „prawdziwymi” Polakami a demokratami. „Niehalo” to książka odważna, obrazoburcza, a do tego potwornie śmieszna. Tak, słowo „potwornie” jest tutaj jak najbardziej na miejscu, bo Karpowicz to mistrz czarnego humoru.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Tego dnia obudziłem się wcześnie. Mimo jesiennej aury słońce świeciło, układając się przejrzystymi snopami na kraciastej, uszytej własnoręcznie przez moją babcię, kołdrze. Kurz nie unosił się w powietrzu dzięki trudowi bliskich mi kobiet.
Pomyślałem o rodzicach, a zwłaszcza o ojcu, który z pewnością od przynajmniej od godziny szykuje się do wyjścia, bawiąc przy okazji naszego psa. Mój ojciec pracuje w miejskim przedsiębiorstwie oczyszczania. Czystość naszego miasta jest zasługą właśnie takich cichych, łagodnych ludzi jak on, kochających zwierzęta i z radością podchodzących do życia.
Przez chwilę zastanawiałem się, skąd wziął się mój nadspodziewanie dobry humor. Ależ tak, wszystko jasne! Dzisiaj poniedziałek.
Po niedzieli wypełnionej słodkim nieróbstwem i obiadem u dalszej rodziny, po spacerze z moją narzeczoną romantycznymi alejkami, wciskającymi się pomiędzy zabytkowe wieżowce z wielkiej płyty (pozwoliła mi się pocałować!), wreszcie udam się do „Wiadomości Podlasia”, gdzie – jak wiecie – pracuję.


Nie miałem dotąd okazji, przedstawić ludzi, którzy uczą mnie, jak być dobrym obywatelem. Wiem, że ich wrodzona skromność każe zastanowić się nad moim tekstem, ale – mam nadzieję – zadrży strudzona ręka i nie skreśli akapitów im poświęconych.
Przede wszystkim Naczelny, który jest naszym dobrym duchem. Drzwi do jego gabinetu stoją otworem o każdej porze dnia i nocy. Mimo czoła znaczonego subtelnymi zmarszczkami, zachował w sercu młodzieńczą otwartość na świat i zapał do pracy. Nieraz dochodzi do nas jego perlisty śmiech – znak, że rozmawia z szanowną małżonką, bawiącą go opowieścią z któregoś z balów charytatywnych.
Nie mogę nie wspomnieć pani Stanisławy, siedzącej niemal na wprost mego biurka. Zawsze zaaferowana, pozornie nieco zagubiona w morzu informacji docierających co dzień do redakcji, bezbłędnie wyławia te najistotniejsze kwestie. Znakomite wywiady, publikowane na naszych łamach, są właśnie jej zasługą.
O nasz wizerunek dba pani Zosia. Nieodmiennie w nienaganną fryzurą i w żakiecie opinającym doskonałą figurę. Ma w sobie posągowość egipskich rzeźb i inteligencję godną męża stanu, lub raczej – ha, ha, ha – kobiety stanu.
Wszystko o sporcie wie pan Sławek, niegdyś znakomity sportowiec (pierwsze miejsce w rzucie kulą na szczeblu wojewódzkim w 1973 roku), do dzisiaj ujmujący krzepką sylwetką i trzeźwym spojrzeniem.
Myśl o tych ludziach sprawia, że odkrywam ochoczo kołdrę, zamierzając udać się do łazienki, bardzo możliwe, że zajmowanej przez mego młodszego brata. Nieznośny urwis, ale przecież dobry chłopak. Sam także zachowywałem się w jego wieku nieprzystojnie, dlatego nie obawiam się. Wiem, że jego nauczyciele dopilnują, aby wyrósł na człowieka.
Po prostu mam szczęście.
Po stronie mam pozwalam sobie wpisać: 24 lata, pracę magisterską (w toku), kobietę Agnieszkę (rozkład związku także w toku), dresów 3 pary, adidasy fluorescencyjne i fila czarna skóra, dni podobne jeden do drugiego. Ponadto stanowisko pracy, co jak o nim myślę, to zaczynam myśleć, a nawet nabierać – mimo że jestem osobą raczej niepewną – pewności, że wolę o nim nie myśleć. Oraz pokój niby własny, ale mieszkam z rodzicami (powiedzmy), braćmi (w zasadzie), babcią, psem i akwarium, o których również nie wiem, co myśleć, bo nie wiem, jak my się mieścimy na 60 metrach. Że kwadratowych? Żadna pociecha.
Oraz pewny jak w banku, solidnie oprocentowany i prawdopodobnie z każdym rokiem procentujący brak perspektyw. Oraz kilku kumpli, których lubię, i takich, więcej niż kilku, których nie lubię. Chętnie bym ich pobił, ale obawiam się, że gdyby co do czego, to prędzej oni mnie, niż ja ich.
Oraz swoje ścieżki między blokami dla omijania band szalikowców i dresiarzy, którzy także mają swoje ścieżki: niektóre z amfetaminy, niektóre z asfaltu.
Oraz jakieś modelarskie hobby. Byle te twoje fanaberie – wrzeszczał ojciec – nie zajmowały dużo miejsca! Tutaj powinienem użyć czasu przeszłego: miałem.
Miałem hobby, raczej skromne i redukcyjne. Sklejałem modele, najpierw wielkie bombowce w skali 1:32, Latające Fortece, ich radzieckie podróbki, czyli Tupolewy Czwarte, szwabskie Junkersy Dwieście Dziewięćdziesiąte, wszystkie ogromne, fantastyczne, zwłaszcza po przymocowaniu do sufitu (żyłkami). Wyczesane! – wrzeszczy mój brat-debil na widok naszego jamnika, który pomyka po lokalu z kluczykami od małego fiata w pysku. A za nim pomyka wściekły ojciec. A za nim pomykałaby matka.
Tylko babcia siedzi i nic nie jarzy.
Aktywność elektryczna w jej półkulach zanikła, kiedy zobaczyła Jaruzelskiego w garniturze. Wtedy przestała wierzyć w moc rozumu.
No taki był przystojny w mundurze, a teraz wygląda jak menel. I nawet wyłysiał. Takie były, mniej więcej, jej ostatnie sensowne zdania.
Później już tylko kłamała, a kłamstwo nie jest dowodem sprawnego funkcjonowania mózgu. Dlatego, mimo niepewności zaszczepionej razem z szacunkiem dla starszych, jestem pewien, że gdyby babci zrobić encefalogram bańki, to by z tego wyszła piękna, prosta linia donikąd. Ta linia nie jest medyczna. Ona jest matematyczna.
Kiedy babcia się wprowadziła , musiałem porzucić bombowce strategiczne, skalę 1:32. Zrobiło się ciasno. Wiele rzeczy uległo wtedy erozji, niektóre zniszczeniu (bombowce strącone ogniem przeciwlotniczym miotły), inne zaś zostały w jakiś sposób – sam nie wiem – unieważnione.
Zacząłem lepić jednosilnikowe myśliwce w skali 1:72. Anetka! – kłamie coś babcia.
A teraz to zupełny dół. Brat-debil dostał na urodziny akwarium. W akwarium mieszka rybka. Rybka jest zmutowanym genetycznie welonem z uśmiechem Marilyn Monroe. Nie spełnia żadnych życzeń ani nie robi loda. Tylko zajmuje miejsce. I zużywa energię elektryczną.
Rysiu – wrzeszczałaby matka – nie ganiaj psa, bo się zziaja! Zacząłem lepić gówienka w skali 1:144. Drobnica. Detale. Cyzelowanie. Pewnie od tego wysiadł mi wzrok. Pewnie ręce trzęsą mi się podejrzanie często. Jakbym sporo pił. Co nie dziwi, nie może dziwić, bo trochę piję, a przynajmniej się staram.
Coraz większa skala, coraz mniejsze modele, coraz trudniej uzyskać złudzenie redukcyjnej realności albo chociaż poprawności, w ogólnych zarysach, całej tej plastikowej makiety.