Smaki i dotyki

Inga Iwasiów
Smaki i dotyki
  • Świat Książki
    Warszawa 2006
    130×205
    240 stron
    ISBN: 83-247-0328-4

Smaki i dotyki to zbiór składający się z 22 opowiadań o wysokich walorach artystycznych. Bohaterką każdego z nich jest kobieta, na ogół dojrzała, mająca za sobą mniej lub bardziej bolesne doświadczenia. Galeria postaci przedstawia się imponująco: obok kobiet zanurzonych w pospolitej codzienności, gospodyń domowych czy typowych dziewczyn z sąsiedztwa, są tu intelektualistki, prostytutki i alkoholiczki. Mimo że kilka kobiecych postaci (Anna, Małgorzata) przewija się przez różne opowiadania, tom prozy Ingi Iwasiów nie posiada wyraźnej dominanty fabularnej bądź problemowej. Bohaterkami są nie tylko Polki; akcja niektórych opowiadań została osadzona w realiach bałkańskich (Bośnia, Chorwacja) lub zachodnioeuropejskich (Austria, Niemcy, Holandia). Konkret miejsca i czasu nie jest tu specjalnie ważny. Nie ma znaczenia rodowód społeczny bohaterek, mniej liczy się środowisko, do którego przynależą. Iwasiów koncentruje się na szkicowaniu portretów psychologicznych swoich bohaterek. Pisarka pragnie wyrazić odrębność kobiecego doświadczenia, jakąś szczególną wrażliwość i świadomość. Najważniejszy jest tu niuans, zmysłowy drobiazg, co poniekąd podpowiada tytuł książki. Albowiem na kobiece doświadczenie – sugeruje Iwasiów – składa się suma na pozór banalnych i ulotnych doznań, takich jak owe „smaki i dotyki”. Osobnym walorem tej książki jest to, iż pisarka próbuje odnowić język erotyczny. Albo wręcz – na gruncie polskiej tradycji literackiej – ustanowić nowy kod orzekania o zmysłowej miłości (wyeksponowany wątek lesbijski).

- Dariusz Nowacki

Fragment

Czuwanie przy matce zmęczyło ją najbardziej dlatego, że tamta, jeśli ją rozpoznawała, dawała do zrozumienia, że traktuje własne położenie jako pokutę, po której musi nastąpić faza wybaczenia. W przebłyskach świadomości dawała do zrozumienia, że przyjmuje jej obecność jako należną z racji bycia matką, jako normalną kolej rzeczy. Że, jeśli zdecyduje umrzeć, to przy starszej córce, że ta śmierć jest między nimi. Ale nie chciała tego, nie podjęła decyzji o odejściu, więc czuwanie okazało się być nitką łącząca ją z życiem. Siedzenie córki przy łóżku miało utrzymywać więź matki z życiem, dawało jej okazję do odpokutowania, będąc jednocześnie ciężkim krzyżem, dodatkową karą nakładaną na córkę. Umierając, nie chcąc umrzeć, miała nad swoją pierworodną władzę jeszcze większą niż wówczas, gdy wyrzucała własne dzieci z domu, albo, gdy trzeba ją było, nieprzytomną, odnosić do łóżka. Nikt nie znał tych historii z ich dzieciństwa, bo ciąg dalszy zdawał się być z innej bajki, obie „wyszły na ludzi”, co jednak rzadko zdarza się w niepełnych i zalanych alkoholem rodzinach, ale z matką straciły na lata kontakt, aż trzeba bylo pomóc jej w godzinie śmierci. I obie uczyły się, awansowały, pięły, na przekór dziedzictwu.
Kiedy opowiedziała o tym, w to popołudnie po telefonie, mężowi, patrzył na nią z niedowierzaniem. Nie wiedział, nie przypuszczał, że aż tak wyglądała jej przeszłość, jej dzieciństwo. Nie wiedział, że tyle ją jej obecne bycie szczęśliwą kosztowało, że przebyła taką do niego drogę. Że miała w sobie taki ból – umieranie teściowej wydawało mu się przedtem umieraniem matki, z którą żona miała nienajlepszy kontakt. Umieraniem, którego nie chciała współprzeżywać. Powiedziała mu też, czego zupełnie nie umiał zrozumieć i czego nie skomentował, że to nie tak. Na przekór dziedzictwu wszystko, także szpital i matka, było jedyną drogą. Nie mogła się na niej zatrzymywać, mówić o tym, rozpamiętywać. Musiała to w sobie mieć i codziennie wymijać. I martwiło ją, że Janka od dawna już się z tej świadomości przeszłego zwalnia, chociaż była zarazem zadowolona z nieświadomości siostry, która zdawała się żyć po prostu, nie na przekór.
Tak, najgorsze w tym, teraz odświeżanym, wspomnieniu bylo to, że nikomu wcześniej o tym nie mówiła, w pewnym sensie nie powiedziała tego nawet samej sobie. Najgorsze było to, co sama uznawała zawsze za konieczne i najlepsze. Nie mówiąc tego, że chciała końca. A matka, pewnego popołudnia względnej przytomności, zadeklarowała: „Teraz będę cię już bardziej kochać”. „Mamo - mówiła do niej w myślach - nie musisz mnie kochać, pozwól mi wrócić do mojego domu, do mojego życia”. I tak tam ją miała, w każdej minucie swojego szczęśliwego życia, które musiało być szczęśliwe, żeby można było zapomnieć. Szczęście zaś miało w tle ten swój niedopowiedziany powód – wielkie nieszczęście. Oba te stany były siebie warte.
Może więc niewygoda tego wspomnienia polegała na tym, że mogłoby coś takiego zostać powtórzone. Gdyby Janka, nie daj Boże, miała.... Gdyby coś się źle potoczyło, czy nie miałaby pretensji, że znów się jej odbiera „jej życie”? Szczególnie teraz, w tym momencie, gdy postanowili przekazać je dziecku. Nie, wcale tak o tym nie myślała. Obrazy, zdania, odczucia, przepływały jej bezładnie przez głowę pod wpływem szpitalnego zapachu, ale tym razem byli z nią inni ludzie, Janka nie miała sprawy ze śmiercią, Janka, długim kłusem, śmierci uciekała. W stronę, gdzie stali jej bliscy, jej rodzina, która nie miała z nią żadnych ciemnych sprawek, w której nikt nie kwalifikował się na bycie zakładnikiem, bo wszyscy przychodzili tu po prostu, z potrzeby serca. Więc samo porównywanie tych śmierci, śmierci spokrewnionych tak blisko kobiet, było właściwie bez sensu. Ich łącznikiem była ona, widząca w życiu swoim i siostry dziedzictwo matki.
Wieczorem powiedziała mężowi, że może to ma jakiś głębszy sens, dziecko w momencie, kiedy Janka.... Ale on ją wyśmiał: „Janka nie umiera - powiedział - widziałaś jak się dziś dobrze czuła?” Poza tym to bylo głupie, takie prymitywne i sentymentalne myślenie, filmowa przebitka, ktoś się rodzi w momencie, kiedy ktoś z rodziny umiera. Ciągłość i sztafeta. Z drugiej strony jakoś tak przecież było, statystycznie rzecz rozpatrując. Zawsze, w każdym momencie, ktoś się rodzi i ktoś umiera. Nie zawsze ten, kto powinien. Szła w tych rozważaniach o wiele za daleko, bo Janka naprawdę dobrze się czuła. Zapytany o wszystko lekarz potwierdzał, że inna terapia nie jest potrzebna, bardzo decyzję pacjentki chwalił, mówił, że wprawdzie ostatnio w modzie (w modzie? co to znaczyło?) są operacje oszczędzające, wycinanie małego fragmentu, rehabilitacja po amputacji bywa długa, ale to najlepsza gwarancja, że nie dojdzie do wznowy i przerzutów, nad którymi nie będzie można zapanować. I: „Pani siostra to mądra kobieta”. Więc wieczorem powiedziała mężowi, że jednak tego nie rozumie, jest zła na siostrę, bo przecież nie musiała się okaleczać, a przede wszystkim tak ich, tak ich nastraszyć, bo amputacja to amputacja, ostateczność, wszyscy myślą o najgorszym, tymczasem lekarz mówi coś innego, zdaje się, że nawet padło tam słowo „profilaktycznie”, „profilaktyka”. Była taka zła, rozgoryczona, aż musiał jej przyznać rację, też tego nie rozumiał.
Wcześniej, trochę się wstydząc egoizmu, wciągnęła już go w rozmowę, co by zrobił, gdyby to jej się przydarzyło. Było prawdopodobne, matka i Janka, siostra ojca, wcześniej babcia, sporo kobiet w rodzinie umarło na raka. „Widzisz, widzisz, wasza matka, wiadomo, jakoś na to zapracowała, u babci to była starość, starzy ludzie na coś muszą umrzeć, a siostra ojca, daleka rodzina. Nie ma żadnej grupy ryzyka, sama widzisz”. Głupio było to drążyć, w końcu martwili się oboje o tę naprawdę chora, a nie o wyimaginowany rakowy spadek, mimo wszystko musiała wiedzieć, co by zrobił, gdyby jej obcięli piersi, czy by ją kochał? Musiał odpowiedzieć twierdząco, co w ogóle jej nie uspokoiło. Stojąc przed lustrem w łazience zakrywała dłońmi piersi, upychała je na bok, pod pachy, żeby zobaczyć nagi tors i myślała o karmieniu postanowionego dziecka. Janka miała już pięcioletniego synka, przynajmniej o tym nie musiała decydować – o niekarmieniu, nigdy, piersią. Bo kiedy tak stała, przeżywała widok swojej klatki piersiowej jako jałowej ziemi, do której nie przytuli dziecka, jakby to było gdzieś postanowione. I myślała też o mężach, o swoim i o Janki, o bliznach, o męskiej skłonności do kładzenia się między piersiami, wtulania tam głowy, o tym jak mu wtedy mierzwiła włosy patrząc na własne, wypielęgnowane paznokcie, jak to było swojskie, niewinne, zapraszające lub przeciwnie – gorące i rozpustne. Zawsze intymne.