Anna In w grobowcach świata

Olga Tokarczuk
Anna In w grobowcach świata
  • Znak
    Kraków 2006
    124×195
    224 strony
    ISBN 83-240-0739-3

Swoją najnowszą książkę Olga Tokarczuk napisała w ramach w międzynarodowego projektu wydawniczego, którego celem jest reinterpretacja mitów. Do realizacji pomysłu reinterpretacji mitów i legend brytyjski wydawca Canongate – główny inicjator przedsięwzięcia – zaprosił najwybitniejszych żyjących autorów. Są wśród nich: J.M. Coetzee, Gabriel Garcia Marquez, Toni Morrison, Isabel Allende, Zadie Smith i Johna Irvinga. W serii ukażą się także książki Wiktora Pielewina i Jeanette Winterson oraz polskich autorów: właśnie Olgi Tokarczuk, Jacka Dukaja i Pawła Huelle. Jako kanwę swojej opowieści Tokarczuk wybrała jeden z najstarszych znanych mitów, po raz pierwszy spisany przez Sumerów ponad dwa tysiące lat przed Chrystusem. Jest to historia bogini księżyca Inanny, która po zejściu do podziemia, rządzonego przez jej siostrę Ereszkigal, zostaje uratowana od śmierci przez innego boga. Jednak Ereszkigal domaga się zastępstwa na miejsce Innany. Według różnych wersji mitu jest to mąż Inanny, który umiera za nią, bądź jego siostra, która oferuje się umrzeć zamiast brata.
W swojej opowieści Olga Tokarczuk czerpie z różnych znanych wersji mitu. Wykorzystuje postaci poboczne, w większości służących bogiń, jako narratorów. Uwypukla to, co występuje w innych kulturach starożytnych, w których mity często opisują zejście do świata podziemnego i powrót z niego, zawsze okupiony poświęceniem – paralelę rocznego cyklu przyrody lub cyklu życia człowieka.
Tokarczuk we wstępie pisze “…podjęłam się czegoś w rodzaju literackiej archeologii – ułożenia całej opowieści z fragmentów, a ponadto przeniesienia jej w możliwe największą bliskość współczesnego czytelnika. Zadanie to rzeczywiście przypominało wykopywanie z ziemi rozbitych kawałków starożytnego naczynia, które kiedyś dobrze służyło ludziom, było przez nich intensywnie używane, lecz które dziś okazuje się nie tylko niekompletne, lecz także jego przeznaczenie nie jest do końca jasne.”
W reinterpretacji mitu autorka pozwala nam zatem odczytać swoje własne przesłanie. Tworząc opowieść w formie przystępnej dla współczesnego czytelnika, pełną aluzji do nowoczesnych dekoracji, i wykorzystując poetycki styl i rytm przypominający starożytną epikę, zachowuje również tajemnicę i dystans, jaki powinniśmy odczuwać wkraczając do królestwa bogów.

- Antonia Lloyd Jones

Fragment

4. Zejście
Nieprzyjemnie jest przynosić wieści mojej pani. Nie jest przyjemnie stanąć przed nią, trudno wydobyć z siebie głos. Ja, Neti, kupa kości obciągniętych wyleniała włóczką, ja każdy, który opowiadam, drżę, gdy się do niej zbliżam. Wokół niej zawsze jest kilka stopni zimniej. Sprawdziłem to. Nauczyłem się już mowy jej syczących elektrycznych włosów, które czesze ze złością, bez ustanku. Muszę spuścić wzrok. Nie jest to miły widok, ta moja pani.
„Przyszła jakaś persona, która twierdzi, ze jest twoją siostrą”, mówię obojętnie; staram się nie wkładać to żadnego uczucia.
Ruch grzebienia zamiera. Włosy uspokajają się na chwilę. Ale wargi ciemnieją, staja się czarne jak smoła. Zły to dla mnie znak.
„Jak wygląda?”, słyszę jej głos.
Staram się przypomnieć sobie dokładnie to, co przez chwilę zobaczyłem w szparze drzwi. Moja pamięć jest słaba, przywykła do mroku, do plam cieni, hurtowa raczej, nie detaliczna. Jak wygląda? To był dobry widok, ciepły, suchy, jasny. W sam raz na mój reumatyzm.
„Ma na głowie dziwaczna czapkę, rogatą, która przykrywa jej włosy splecione w setki warkoczy, ma naszyjnik z niebieskich kamieni...” - i co jeszcze, co jeszcze myślę, biedny. Tutaj nikt tak się nie stroi. Co mam jeszcze powiedzieć, nigdy nie potrafię odróżnić spódnicy od sukienki. „Ma jakieś błyszczące klejnoty na piersi, a na palcu wielki pierścień, chyba złoty, czystej próby, tak wielki, że mogłaby nim zabić. Ma srebrny stanik czy też kamizelkę na jaskrawej sukience”.
Szukam w głowie odpowiednich słów, nigdy nie potrafię nazwać części garderoby. Sukienka, spódnica, stanik, serdak, surdut, frak...inwencja istot z miasta jest niewyczerpana. Wystarczyłoby jednak, żeby cała odzież ludzka nazywała się po prostu „sweter”. „W ręku trzyma chyba kompas i obrazkową mapę, a całe dłoniach ma w tatuaże.” Od siebie dodaję po chwili: „Niezbyt to kobiece... Oczy wymalowała modną grafitową szminką. Przystojna kobieta, młoda i zdrowa”, mówię, myśląc jednak, że to początek kłopotów.
Słyszę, jak grzebień ponawia swój ruch i włosy trzaskają gniewnie. Ale głos, jej głos jest dziwnie spokojny:
„Wróć i wpuść ją, ponieś zasuwy, niech wejdzie, skoro tak jej na tym zależy.
Nic nie mogłoby mnie bardziej zdziwić, niż ta jej odpowiedź. Spodziewałbym się prędzej ataku gniewu, podziemnej burzy, trzęsienia ziemi. Jej wrzasku, gdy się wścieka, jej ostrych paznokci. Na jedno mgnienie oka, na mrugniecie powieki, podnoszę ze zdziwienia wzrok, ale zaraz go spuszczam - nieprzyjemny widok. Czy się przesłyszałem?
Nie, wcale. Powtarza wyraźnie:
„Niech wejdzie, ale każ jej zostawić walizkę na zewnątrz i zdejmij jej wszystkie naszyjniki, jeden po drugim, i ma zmyć makijaż, zdjąć z siebie te śmieci. To nie bal ani pokaz mody. Ma stanąć tutaj naga. Taka, jak ją znam”.
„Zimno”, mówię tylko i wolę to słowo od innych. Służy mi za „tak”. Ja nie komentuję, nigdy nie mam zdania. Stopy pluszczą w płytkiej, zimnej wodzie, mlaskają o kamienne posadzki, które nigdy nie widziały słońca i omszały za nim z tęsknoty. Jak ja. Ale cóż kościom po słońcu. Przecież nie zakwitną.
Uchylam bramę i z zewnątrz wpada trochę światła. Razi moje oczy. Stoi tam ta panna, czeka. Powtarzam jej słowa mojej pani, dokładnie, mechanicznie, jestem automatycznym odźwiernym o zbolałych kościach, jest mi wszystko jedno. Nie mam serca, nie mam żalu. W kościach nie ma żadnego współczucia. Nie będę się w to angażował.
„Czy ucieszyła się z mojego przyjścia?”, pyta Anna In. Lecz nie mam zamiaru jej odpowiadać. Co miałbym jej powiedzieć. Czy się ucieszyła? Dobre sobie.
Gdy jej stopa przestępuje próg, gdy wsuwa się w ciemność jak w czarną skarpetę, przez chwilę mam ochotę złapać tę dziewczynę, wykręcić jej ręce i wyrzucić stąd precz. Krzyknąć: „Won!”, „Poszła stąd!”. Ale umiem się opanować, mam już swoje lata.
Pytam tylko, nie licząc specjalnie na żadną odpowiedź:
„Czy wiesz, co robisz?”.
„Wiem”, mówi.
To mi się podoba. Czasem przychodzą tu tacy wyczerpani, zmęczeni śmiertelnie, oklapli. Dobijają się, pewnie myślą, że to sanatorium. Jest tu dla nich malutkie pięterko, słodka kwarantanna nim przyjdą do siebie. Mam dość awantur. Jestem urzędnikiem, wykonuje polecenia, pracuję tu na zleconą wieczność.
„Czy ucieszyła się z mojego przyjścia?”, pyta znowu ta kobieta, gdy ruszamy wgłąb.
Szepczę z naganą:
„Tu nie wolno ci nic mówić, zapomnij o słowach. Nie wolno ci odtąd powiedzieć ni słowa, zresztą gadanie na nic się tu nie zda. Będzie się tylko echem odbijać od ścian. Słowa wrócą pokiereszowane, jak z wojny, słowa-inwalidzi. Gdybyśmy mogli sobie tutaj mówić tak swobodnie, jak wy tam, na górze, wszystko byłoby inne.”
Prowadzę dziewczynę przez szeroki korytarz, przez który biegną zardzewiałe tory. Idziemy po kostki w wodzie, stąd moje boleści. Anna In ukradkiem przygląda mi się i czuje jej wzrok. Jest ciepły, niech patrzy. Żaden wstyd, ze w istocie jestem kupą nadgryzionych reumatyzmem kości, które trzymają się razem przy pomocy szydełkowych swetrów. Upadek grozi ich całkowitą rozsypką, dlatego uważnie stawiam bose stopy po śliskim dnie.
Przy żelaznych skrzypiących drzwiach, każę jej zdjąć czapkę i rzucam ją w wodę. Zresztą bez niej wygląda lepiej. Chce wprawdzie zaprotestować, ale milknie w ostatniej chwili – w porządku, zrozumiała - tu się nic nie mówi. Potem schodzimy w dół, aż docieramy do drewnianych, przegniłych na wpół drzwi, tu każe jej zostawić naszyjnik. Oglądam go jeszcze przed wrzuceniem w wodę, ale jego wartość nie przedstawia się tu dobrze. Kamień zaraz zblednie, a sznurki przegniją. Miejska biżuteria! Tak samo te wielkie świecące klejnoty – jakie światło odbiją, czym się będą mienić? Nie pasują tutaj, moja pani nie lubi ozdóbek. Żadnych czerwieni czy różow, nie znosi błękitu. Lubi za to czarny i szary i zgniłozielony. Interesuje się rzeźbą – ceni stalagmity. Lubi muzykę zwłaszcza tę monofoniczną, opartą na jednym dźwięku, który trwa monotonnie, raz ciszej, raz głośniej, cały koncert, kilka dni, czasem trzy miesiące. To ją uspakaja. Z malarstwa – jeden kolor – czarny, ze znawstwem kontempluje jego odcienie. Nie, żadnych błyskotek. Daleko jeszcze? chciałaby pewnie zapytać Anna In. Ale nie odpowiem. Co miałbym jej powiedzieć?