Festung Breslau

Marek Krajewski
Festung Breslau
  • W.A.B.
    Warszawa 2006
    125×195
    288 stron
    ISBN 83-7414-210-3

Czy Markowi Krajewskiemu uda się stworzyć postać równie intrygującą, pełnokrwistą jak radca kryminalny Eberhard Mock, główny – obok miasta Breslau – bohater kryminalnej tetralogii? Trudno zgadnąć. Jedno jest jednak pewne: po lekturze zamykającej cykl powieści Festung Breslau wielu czytelników będzie tęsknić za Mockiem. Akcja nowej książki Krajewskiego rozgrywa się wiosną 1945 roku, gdy rodzinne miasto radcy kryminalnego, zamienione w twierdzę, oblegają wojska radzieckie. Mock ma już 62 lata, coraz mocniej odczuwa oznaki starości, dręczą go blizny na oszpeconej twarzy, ale wciąż pozostaje błyskotliwy i elegancki, wciąż – mimo iż jego świat dosłownie rozpada mu się na oczach – zabiega o to, żeby sprawiedliwość tryumfowała. Ostatnie śledztwo zaczyna, gdy znajduje okaleczoną, brutalnie zgwałconą młodą dziewczynę, która umiera na jego rękach. Podczas zawikłanego, utrudnianego przez wojnę dochodzenia Mock musi rozstrzygnąć, kto jest katem, a kto ofiarą, kto narzędziem, a kto ręką, która nim steruje – czy nawiedzona religijnie arystokratka-antyfaszystka, przetrzymywana w obozie, czy okrutny esesman, dowódca tego obozu. Oczywiście, radca kryminalny nie spocznie, dopóki nie znajdzie i nie ukaże winnych, choć przyjdzie mu za to drogo zapłacić; znowu będzie schodził w kolejne kręgi piekła zła, potęgowanego jeszcze wojennym zamętem. Festung Breslau jest – podobnie jak trzy poprzednie książki cyklu – powieścią perfekcyjnie skonstruowaną, w której najdrobniejsze nawet elementy kryminalnej układanki pasują do siebie jak ulał. Krajewskiemu udało się także w migawkowych opisach ukazać agonię miasta, niszczonego zarówno przez obrońców, jak i agresorów. Naprawdę – szkoda, że to ostatnie spotkanie z radcą kryminalnym Eberhardem Mockiem.

- Robert Ostaszewski


Fragment

Breslau, czwartek 15 marca 1945 roku, dziesiąta rano
Kobieta byłaby lekka dla braci Mock, gdyby mieli oni dwadzieścia lat mniej. Ponieważ jednak byli w wieku, który Marcin Luter uznałby za schyłkowy, ciążyła im nieznośnie. Transportowanie jej tylko odrobinę ułatwiały prowizoryczne nosze, sporządzone naprędce z zasłon wiszących w drugim pokoju. Związali je u końców w potężne węzły, które teraz z trudem przyciskali obiema rękami do obojczyków. Nie mogli na niczym zawiesić tego nosidła, na żadnym drągu czy kiju - w mieszkaniu nie było niczego oprócz zasłon, firanek i tapet. Ogołocono je nawet z muszli klozetowej.
Franz szedł z przodu, jego brat - z tyłu, a pomiędzy nimi zakrwawiona kobieta huśtała się jak w kołysce. Przez materiał ściekła druga - jak zauważy] Eberhard - kropla krwi. Mocno zaciśnięty nad nadgarstkiem kobiety jedwabny krawat od Amelunga, który miał zapobiec wykrwawieniu, nie spełniał, jak widać, swojego zadania. Kiedy znaleźli się na schodach do piwnicy, Eberhard położył ciało pod drzwiami i ciężko, z lekkim sykiem wciągał powietrze do swych płuc perforowanych przez tytoń od prawie pięćdziesięciu lat. Nie przestając świstać i dyszeć, ruszył do góry i nie reagował na nerwowe szepty brata, który nie rozumiał, po co Eberhard wraca. Kiedy był na poziomie parteru kamienicy, lekko pchnął oszklone wahadłowe drzwi, prowadzące do wejścia głównego. Rozkołysały się oba skrzydła. Przez szparę, która pojawiała się w coraz krótszych interwałach, dostrzegał jedynie bramę otwartą na ulicę i kunsztowną mozaikę, wzorem starorzymskich domów, przedstawiającą szarpiącego się na smyczy psa i napis Cave canem. Wszedł do przedsionka i zlustrował uważnie listę lokatorów. Przez chwilę powtarzał sobie cicho jedno z nazwisk.
Nagle usłyszał miękkie dźwięki rosyjskiej mowy i stukot butów na trotuarze. Rzucił się na zimne płytki podłogi dokładnie w tym momencie, kiedy w bramie pojawił się rosyjski patrol. Eberhard, modląc się o laskę milczenia dla Franza, poczuł na swym policzku śliską maź. Zamknął oczy i usiłował spiąć każdy swój mięsień, by udawać rigor mortis. Rosyjscy żołnierze minęli bramę kamienicy i odstukali swój marsz w oddali. Eberhard podniósł się z kałuży oleju i ze zgrozą obserwował ciemne, tłuste plamy, które znaczyły marynarkę i prążkowaną popelinową koszulę.
Cicho minął wahadłowe drzwi i zatrzymał się gwałtownie. Drzwi jednego z mieszkań na parterze otwarły się od przeciągu. Mock podszedł do nich i przez chwilę lustrował przedpokój zawalony krzesłami, a także obrusami wywleczonymi z otwartej na oścież szafy. Na środku przedpokoju stała maszyna do szycia marki „Singer”. Zamykając drzwi od mieszkania, zauważył na nich mosiężną tabliczkę „Usługi krawieckie. Alfred Uber” i zszedł na piwniczne schody. Franz pochylał się nad kobietą i coraz natarczywiej zadawał jej jedno pytanie:
- Co ty wiesz o moim synu Erwinie Mocku? Mów wszystko, kurwo jedna!
Eberhard zniżył się do brata i ze zgrozą zauważył, że Franz ściska jej policzki w swych sękatych palcach. Kobieta była jeszcze bardzo młoda. Z jej okaleczonych ust, ściśniętych przez Franza w wąski ryjek, nie dobywało się jednak nic oprócz krwi i śliny. Eberhard odsunął się pod ścianę i zadał cios z góry, trafiając obcasem podzelowanym blaszką w środek kolejarskiej czapki. Franz stoczył się z kilku schodków i uderzył głową o ścianę. Spod złamanego daszka wypłynęła strużka krwi. Eberhard podszedł do brata, podniósł go z kolan i wyszeptał mu do ucha kilka zdań tonem tak słodkim, jakby sączył miłosne zaklęcia:
- Ta kobieta została zgwałcona przez Ruskich, a do ust wepchnięto jej obtłuczoną butelkę. Nie nazywaj jej kurwą, bo cię zabiję. Idziesz ze mną czy nie, ty świński ryju?
- Idę - szepnął Franz i chwycił za swój węzeł kołyski. Breslau, czwartek 15 marca 1945 roku, jedenasta rano Aż do stanowiska porucznika Lehnerta nigdzie nie napotkali sanitariuszy, mimo że wzywali ich przez radiostację już z punktu strażniczego kaprala Hellmiga. Eberhard prowadził bardzo wolno motocykl i rozglądał się dokoła. Za nim siedział Franz, a w wózku leżała zwinięta w kłębek dziewczyna, opatulona śmierdzącym smarami kolejarskim szynelem.
W podziemnym mieście błyskały brudnożółte latarnie na ścianach i palniki acetylenowe. W ich świetle Eberhard zauważył dreszcze przebiegające przez twarz dziewczyny. Dodał gazu i zastanawiając się. jak dalece starł nosek swojego eleganckiego włoskiego buta, wrzucił trzeci bieg. Nie zważając na zasadę prawego, która jako jedyna z zasad ruchu drogowego działała w podziemnym Breslau, pędził przez Sadowastrasse ku stanowisku purucznika Lehnerta, gdzie przed godziną widział sanitariuszy. Teraz w tym miejscu nie było nikogo poza wartownikiem.
Eberhard zatrzymał motocykl, sypiąc spod kół obłoki kurzu.
- Wzywaj lekarza! - krzyknął do wartownika. - To rozkaz! -wrzasnął, widząc jego nieskoordynowane ruchy.
Bracia wynieśli w kołysce dziewczynę i ułożyli ją na plecach, zakrywając jej pudenda zasłoną. Opaska uciskowa z krawata lepiła się od krwi. Dziewczyna zajęczała i podniosła powieki. Wpatrywała się przez chwilę w Eberharda. Pod jej delikatną i cienką skórą przebiegł kolejny dreszcz. Źrenice rozszerzyły się gwałtownie. Płuca ciężko pracowały, pompując bąbelki krwi do jej ust. Krew coraz węższym strumieniem zasilała żyły. Na ciało wystąpiły czerwone plamy. Zwieracz odbytu się rozluźnił. Zdrowa dłoń dziewczyny chciała zacisnąć się na łokciu Eberharda. Ten poczuł jedynie lekkie muśnięcie – jakby pieszczotę. Bąbelki krwi pękały na wargach, szorstkich i suchych, serce przestawało pracować. Pochylił się nad dziewczyną. Z jego wyłupiastego oka spłynęła łza. Kiedy dziewczyna umierała, kapitan Eberhard Mock po raz pierwszy dzisiaj nie myślał o swojej zniszczonej garderobie.