Dziewczyna z ganku

Kazimierz Orłoś
Dziewczyna z ganku
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    130 x 205
    156 stron
    ISBN 83-08-03864-6

Siedem opowiadań składających się na nowy tom Kazimierza Orłosia rozgrywa się w tej samej, mazurskiej scenerii. Na ziemiach, które przynależą do historii Niemiec i Polski. Historii wspólnej, jakże różnej jednak, często wykluczającej jedna drugą. Symboliczne jest pod tym względem opowiadanie „Najpiękniejsza pora roku”, którego bohaterowie – Polak i Niemka spotykają się nad mazurskim jeziorem i nie mogą się porozumieć, przede wszystkim dlatego, że wzajemnie nie znają swoich języków. A przecież łączy ich miłość do tego samego miejsca i tej samej przyrody, która – choć przeorana walcem historii – pozostaje niezmiennie piękna.
Sam autor, dokonując prezentacji Dziewczyny z ganku i Doliny Jerzyków, najobszerniejszych, ale nie tylko dlatego – najważniejszych w tomie opowiadań, utrzymuje, że zafascynował go temat z góry skazanego na klęskę związku kobiety i mężczyzny. Wyjaśnia, że chodziło mu zarówno o związek uczuciowy jak fizyczny, o rozmijanie się ludzi, którzy nie chcą lub nie mogą skorzystać z szansy podsuwanej im przez życie.
To prawda, ale też – przynajmniej w opowiadaniu tytułowym – przedstawia Kazimierz Orłoś dzieje mazurskiej ziemi i mieszkańców Mazur, wielokrotnie krzywdzonych przez historię i politykę. Wspaniałą postacią jest bohaterka tego opowiadania – Anna Golembiowski, która na własnej skórze odczuła wszystkie zmiany tutaj zachodzące: przed wojną, w jej trakcie, i w latach powojennych. Gdy większość jej sąsiadów wyjechała do Niemiec – pozostała u siebie. Nie skarżyła się na los i trwała: w tym samym miejscu, tak ewidentnie, że aż rozpaczliwie jej własnym. Tymczasem właśnie prawa do tej własności – własności duchowej, odmawiali jej kolejni administratorzy tej ziemi.
W tomie Dziewczyna z ganku ujawnia się niezwykła cecha prozy Orłosia. Może to sekretna właściwość lapidarnego języka tego pisarza, ale potrafi on zatrzymać upływ mijającego czasu. To dlatego czytelnik jego opowiadań, niezależnie od tego, czy dzieją się one współcześnie czy przed latami, niejako bezwiednie wnika w ich fabułę, stając się świadkiem przedstawianych wydarzeń. A Mazury, kraina mająca wśród swoich miłośników tak wielu świetnych pisarzy, zyskuje w osobach czytelników Dziewczyny z ganku kolejnych admiratorów. Bo któż nie chciałby wybrać się w podróż do miejsca, gdzie czas się zatrzymał?

- Krzysztof Masłoń


Fragment

Był rok pięćdziesiąty. Co drugą niedzielę, jak przed wojną, jeździli na nabożeństwa. Pastor przyjeżdżał z Nidy. Zjeżdżali Mazurzy z odległych wsi: z Gałkowa, Krutyni, Zgonu, Gierzpięt, Iznoty, Dobrego Lasku. Polskie nazwy, których musieli się nauczyć — podobno stare, mazurskie — śmieszyły Annę. Były jak mazurski język, którym rozmawiali w domu. Lekkie, jak wzięte z powietrza. Także nazwiska pisali inaczej — przez te wszystkie „ą”, „ę”, „ć”, „sz”, „ł”. Szeleściły w ustach. W kirsze, po nabożeństwie, zawsze stawiała świeczkę przed figurą Jana Apostoła. W intencji powrotu syna. Modliła się żarliwie ze starego Kancyonału, z królewieckiej drukarni, z roku tysiąc osiemset piętnastego. Dostała Kancyonał pruski od matki, gdy skończyła piętnaście lat, w dniu konfirmacji. Erna zaś dostała go od babki Maryi, a babka od prababki — Augusty. Czarna okładka pachniała kredensem. Litery były niemieckie, ale słowa polskie. Niektóre stronice kruszyły się na brzegach. Święte obrazki wypadały spomiędzy kartek. „U ciebie czasu wszelkiego, radą, uciechą wiernego, nie opuścisz tych, o Panie, co w Tobie mają ufanie — czytała, poruszając wargami, Anna. — Nie masz tak ciężkich żałości, abyś ich nie zmienił w radości, Jezu! Słodkie imię Twoje, umie słodzić gorzkość moję...”Klęczała przed figurą długo, póki kościelny nie zadzwonił kluczami przy drzwiach.Rodzice czekali obok wozu. Czasem, gdy zła pogoda — zwłaszcza późną jesienią lub w zimie — Gołębiowscy zapraszali sąsiadów na wspólne śpiewanie i modlitwy. W izbie za kuchnią, pod obrazem Pana Jezusa zstępującego z obłoków, ustawiali stół nakryty białym obrusem. Pośrodku — dwie świece i metalowy krucyfiks. Z kuchni przynosili krzesła, na których siadali zaproszeni: Dąbrowscy, Cieślikowie, Olszewscy. Czasem przychodzili Mazurzy z Lipowa — Sitek z żoną, stary Kopka, Fischer. Mężczyźni w garniturach i białych koszulach, kobiety w czarnych swetrach, jeśli schodzili się zimą. W plisowanych spódnicach, w chustach na ramionach.Śpiewali zgodnie z kancjonałów, które przynosili ze sobą. Później Horst wygłaszał naukę — stosownie do dnia i pory roku. Mówił o wytrwaniu w wierze, o męce Chrystusa Odkupiciela, o ufności, jaką pokładamy w Bogu. Zebrani słuchali w ciszy i skupieniu. Na koniec powtarzali słowa Modlitwy Pańskiej „Ojcze nasz”, niektórzy po niemiecku, „Vater unser, der Du bist im Himmel...”. Wypalały się świece, pachniało stearyną. Erna i Anna roznosiły miętową herbatę w kubkach w grochy. Goście rozchodzili się późno — pod gwiazdami w mroźne noce lub w deszczu — jesienią.Te spotkania odbywały się tym częściej, im rzadziej jeździli na niedzielne nabożeństwa. W końcu wyjazdy ustały zupełnie — w pięćdziesiątym czwartym lub piątym, kiedy katolicy zabrali luteranom kirchę.Potem Anna sama chodziła do kościoła — cztery kilometry przez las. Zawsze po mszy, w pustej świątyni, modliła się o powrót syna. W bocznej nawie, w dawnym miejscu, nie było już figury Jana Apostoła. Modliła się do Matki Boskiej w złotej koronie, z małym Panem Jezusem na ręku. Żyli przez te wszystkie powojenne lata na swoim, jak dawniej. Może nawet lepiej, zastanawiali się czasem — zwłaszcza gdy we wsi założyli elektrykę. Nad Krutynią wisiały teraz druty — sięgały gospodarstwa Gołębiowskich. Wieczorami już nie palili naftowej lampy. W kuchni, nad stołem, jasno świeciła żarówka. Na drodze przez Zielony Lasek położyli asfalt. Dwa razy dziennie jeździły autobusy — do Nidy, do Mrągowa. W tamtych latach zaczął ich odwiedzać Fryc Grodecki, syn młynarza z Chostki. Zajeżdżał wozem zaprzężonym w dwa konie, przywoził mąkę, zagadywał do Anny. Duży, zwalisty mężczyzna. „Sam wygląda jak worek mąki — śmiała się córka Gołębiowskich. — Co go tu przynosi?”
Dopiero gdy Erna zaczęła ją strofować, że nie jest uprzejma, że powinna być miła dla gościa, Anna zrozumiała, że ten człowiek przyjeżdża dla niej. — Czy mogę się jeszcze podobać? — spytała. Teraz matka zaczęła się śmiać: — Przecież nie masz jeszcze pięćdziesięciu lat! On jest niewiele starszy. To może być połowa życia, córko.
Kiedy indziej mówiła: „My niedługo pomrzemy, zostaniesz sama. Lepiej z drugim człowiekiem żyć”.
Anna wzruszała ramionami: „Matko, on mi się wcale nie podoba”.
Fryc Grodecki przyjechał jeszcze kilka razy. Chodził za Anną, chciał zapraszać na tańce do gospody w Lipowie. Ale ona tylko się śmiała. Odepchnęła silnie, kiedy próbował objąć.
— Coś tego twojego Fryca nie widać ostatnio — odezwała się po miesiącu Erna.
— No i dobrze. Ja na niego wcale nie czekam — powiedziała Anna.Grodecki rzeczywiście nie przyjechał więcej. Mówiono, że staremu odebrano młyn — może dlatego stracił nadzieję, że Anna zgodzi się pójść na tańce? Ojciec, póki mógł, uprawiał pole. Sadzili ziemniaki, siali owies i grykę. Trzymali, jak dawniej, konia, krowę, kury, kaczki. Stado gęsi rankami szło do rzeki — gęsiego, jedna za drugą, jak dawniej. W południe Anna wychodziła na ganek. Patrzyła na gęsi jak na białe kule na zielonej rzece.
Coraz więcej obowiązków spadało na nią. Widziała przez te wszystkie lata, jak rodzice starzeją się, słabną. Ojca łapały skurcze łydek, bolały stawy - zaczął chodzić o lasce. Erna chorowała na serce. Nie starczało polskich pieniędzy na lekarstwa. Czasem, jesienią, Anna jeździła na targ w Nidzie - sprzedawała jabłka, śliwki, żurawiny. Przywoziła kilka złotych. Za mało na leki.
W pięćdziesiątym piątym po raz pierwszy gościli letników z Warszawy. Starsi ludzie z chłopcem, który przypominał Annie jej syna, zamieszkali „na górce” — w pokoju Williego. Anna gotowała obiady. Nie chciała z letnikami rozmawiać po polsku. Rozmawiali po niemiecku. Może wstydziła się starej mowy mazurskiej — tych lekkich słów jak nasiona dmuchawców? Polacy mówili inną polszczyzną. Annie przypominała trochę śpiew słowika: takie same kląskania, stukania młoteczków, pogwizdywania. Szmery i szept. Mowa niemiecka była twarda: równa, głośna, jak marsz wygrywany przez orkiestrę w czasie parady.