Anioły i świnie w Berlinie

Brygida Helbig
Anioły i świnie w Berlinie
  • Forma Autorska
    Szczecin 2006
    182 x 182
    70 stron
    ISBN: 83-922577-0-7

Anioły i świnie w Berlinie Brygidy Helbig to jedna z najciekawszych opowieści emigranckich w polskiej literaturze ostatniej dekady. A było tych powieści całe mrowie. Problem polegał jednak na tym, że milion Polaków, którzy wyjechali z kraju i rozproszyli się po całym świecie, doczekało się w zdecydowanej większości schematycznych opowieści. Mówiły one, że kto zarabia na Zachodzie, ten albo został niewolnikiem nielegalnego rynku pracy, albo jest przestępcą, albo sprzedaje własne ciało.
Anioły i świnie stanowią ożywczą odmianę w tym kontekście. Na przemian ironiczna i czuła, zjadliwa i sentymentalna, książka ta zawiera opowieść dopasowaną stylem ekspresji do indywidualnej biografii. Nie ma tu więc schematyzmu, nawet jeśli epizody są całkiem zwykłe. Oto historia dziewczyny z Polski przybyłej do Niemiec: nauka języka podczas pobytu w obozie przesiedleńców, studia. A potem skromny i zarazem wielki sukces – praca na uczelni. I jeszcze: mąż, adopcja dziecka i pierwsze próby literackie. Wszystkie te trzy rzeczy oznaczały przezwyciężanie obcości: kulturowej, społecznej, językowej. Bohaterka osiągnęła rzecz najtrudniejszą: zagospodarowała swoją codzienność w obcym kraju, stworzyła bliskie więzi z innymi ludźmi i wypracowała sobie własny styl ekspresji.
Nie jest to jednak opowieść z happy endem. Wręcz przeciwnie: małżeństwo się rozpada, uniwersytet zamyka wydział, klub literacki zamienia się w głupstwo. Mimo tych nieszczęść Gisela Stopa, główna bohaterka, kroczy dziarsko ulicami Berlina. Jest chwilowo bez pracy i bez męża – ale osiągnęła rzecz najważniejszą: wie, że sobie poradzi.
Wie też – właśnie dzięki wrażliwości literackiej – jak ważną rolę odgrywa język. Autorka użyła więc fatalnych metafor w rodzaju „polskie świnie” czy „niemiecka precyzja”, ponieważ w jej opowieści język jest jednym z bohaterów. Wydobyty na powierzchnię, obracany pod światło, pozwala zobaczyć, jak społeczeństwo żyje podług metafor, którymi świat nazywa. Na początku lat 80. Niemcy byli złaknieni inności – dlatego przyjmowali obcokrajowców, dawali im stypendia, kierowali na uniwersytety. Na początku XXI wieku są już innością nasyceni.
Czy powinni zmienić dietę? Raczej „smakować” swoich obcych niż ich „pożerać”? Powiastka Brygidy Helbig przekonuje raczej, że powinni przewietrzyć swoje metafory. Do tego zaś potrzebna jest literatura.

- Przemysław Czapliński

    
Brygida Helbig (ur. 1963) – pisarka i badaczka literatury. Studiowała polonistykę w Szczecinie, slawistykę i germanistykę w Bochum. Pracowała na wydziale slawistyki na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Opublikowała tom poetycki Wiersze Jaśminy (1997) oraz powieść Pałówa (2000).

Fragment

Anrath bei Krefeld
Na początku lat osiemdziesiątych Republika Federalna importowała z Polski kilka pociągów młodych, żądnych przygody i dobrobytu ludzi. Wywieziono ich do małej miejscowości Anrath w okolicy Krefeld, aby tam uczynić ich użytecznymi dla znużonego dobrobytem i monotonią, łaknącego świeżych wrażeń niemieckiego społeczeństwa. Wywiezieni - a znalazł się wśród nich co najmniej jeden kobiecy i jeden męski kiełboluda - otrzymali status późnych przesiedleńców i wszczęli stosunkowo beztroski żywot stypendystów Otto Benecke Stiftung, pobierających codziennie naukę języka niemieckiego, a co miesiąc pięćset marek w banku.
Ulokowano ich w byłym szpitalu Krankenhaus oraz internacie dla pielęgniarek Schwesternheim. W obu niewyremontowanych budynkach odstraszało, w czym wyrażał się ambiwalentny stosunek administracji niemieckiej do sprowadzonego materiału ludzkiego, więc przesiedleńcy bardzo się bali. Skuleni w swych obskurnych pokoikach dodawali sobie otuchy oglądaniem co wtorek serialu „Denver-Clan", a Co czwartek „Dallas", którego główną bohaterką była pozbawiona skrupułów Alexis. Nie należy lekceważyć ani wyszydzać tego zwyczaju, gdyż telewizja była jedyną okazją do zdobycia pewnych minimalnych kwalifikacji z zakresu języka i kultury niemieckiej, chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, iż stypendyści doskonale się bez tych kompetencji obywali. Niemniej jednak większość z nich zainwestowała pierwsze swe wypłaty w miniaturowe telewizory kolorowe, w których dobrodusznie uśmiechał się Rudi Carell, dudniły hitparady, rześko podskakiwały kobiety w kolorowych getrach.
Nieustającym popytem wśród wychowanej w nędzy polskiej młodzieży cieszyły się również aparaty fotograficzne. Stęsknieni za pozostawioną w kraju rodziną stypendyści wpychali się sobie nawzajem na kolana i zapstrykiwali na zabój. A byli i tacy, którzy już wówczas mogli pozwolić sobie na nabycie samochodu marki Manta i zapieprzanie po ulicach miasteczka z ośmioosobową, kwiczącą załogą na pokładzie. Z tego też względu dochodziło niekiedy do kolizji i zatargów z policją miasta Anrath bei Krefeld, która do przybyszy z Polski, podobnie zresztą jak do niemalże wszystkich cudzoziemców, zwracała się per „ty", przeciwko czemu Alois von Wysoki, najodważniejszy z grupy i prawdopodobnie kiełboluda, pewnego razu kategorycznie zaprotestował. Wzbudził tym głęboką konsternację nie przywykłych do takiego typu interakcji przedstawicieli państwa niemieckiego, używających słowa „cudzoziemiec" nierzadko w formie obelgi. Zresztą Alois w ogóle z urzędnikami miał na bakier. Zagadnięty kiedyś na granicy, czy przewozi broń, odburknął ,ja", gdyż spodziewał się pytania o paszport, i tak też kwestię funkcjonariusza zrozumiał. Wyszarpnięty z manty odważnie plunął Niemcowi w twarz, po czym w kajdankach odprowadzony został do aresztu. Zagniewany powtarzał, ja go zabiję, tego idiotę, oraz wołał pomocy słowami „tłumacz, tłumacz", co mylnie zinterpretowane zostało jako próba porozumienia się w języku angielskim (too much), zawierająca krytykę ilości stosowanych wobec niego represji. Podobnie niecenzuralnie wyrażał się Alois o niejednym niemieckim pracowniku administracyjnym typu Hausmeister, czyli cieć, wykonującym powierzoną mu pracę z typową dla swej grupy zawodowej nadgorliwością. Jednemu z nich przygadał nawet, iż jest nieludzki, co na długo zapadło niemieckiemu mężczyźnie w pamięci.

Gisela Stopa
Jedną ze stypendystek Otto Benecke Stiftung była istota z kiełbasy Gisela Stopa, legitymująca się pochodzeniem niemieckim, przyznanym jej na podstawie sfingowanych zeznań świadków. Gisela obstawała przy tym, iż jej ojciec był Niemcem śląskim, w czasie wojny grywał na bębenku, i jako mały chłopiec podał rękę jakiemuś faszyście. Było to oczywiste wmówienie czy zmyślenie uwarunkowane chęcią wkupienia się w łaski obcego jej z gruntu społeczeństwa i odwrócenia uwagi od faktycznego stanu rzeczy. Dziewczyna trochę z tym przesadzała, gdyż prawdę mówiąc jej kiełbasiany status ani nie był wypisany jej na czole, ani nie czynił z niej istoty wyjątkowej, zwłaszcza na tle innych kobiet z Polski, które przez nieustannie upatrujących jakiegoś smacznego kąska polskich kolegów generalnie określane były jako „mięso".
Powodowana nieufnością Gisela nie wpuszczała kolegów do łóżka. Udzielała w nim jedynie azylu nawiedzonej przez diabła i traumatycznie przerażonej koleżance Edith Jeziersky-Sturm, szukającej u niej nocami jakiejś konkretnej, cielesnej przeciwwagi dla przerastającej ją własnej duchowości, ocierającej się niekiedy o satanizm. Nietrudno było w Anrath o taki odchyl. Atmosfera tego pustkowia z kikutami wyschniętych drzew i mogiłami opieczętowanych przez cenzurę, pogrzebanych w podwórzu Krankenhausu listów z Polski dziwnie sprzyjała rozwojowi ezoterycznych przegięć i przeobrażeń, zwłaszcza wśród zawsze podatnych na zew z innego świata polskich kobiet. Wiele z nich uległo magicznym podszeptom tego miejsca, gdzie tak wiele roczników przesiedleńców wyło nocami z tęsknoty za krajem, mocowało się z duchami przeszłości i żałowało swej niewczesnej emigracyjnej decyzji. Przed zgubnym wpływem Edithy uratował Giselę nauczyciel języka niemieckiego Alexander Düppel. Na pierwszej lekcji profesor postawił jej następujące pytania: „Czy zna pani tryb przypuszczający numer jeden?" oraz „Czy zna pani tryb przypuszczający numer dwa?". Na oba pytania Gisela odpowiedziała twierdząco. Gdy jednak zadał jej trzecie, podchwytliwe: „Czy zna pani tryb przypuszczający numer trzy?" (który w języku niemieckim nie istnieje), dziewczyna zawahała się, zerknęła na niego pytająco i zamilkła spłoszona, zażenowana i skrępowana tak mocno, że Niemiec natychmiast się zakochał.