Mojry

Marek Soból
Mojry
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    130 x 200
    228 stron
    ISBN 83-7414-069-0

Atropos – bogini, która przecina nić ludzkiego życia; pielęgniarka, pracująca na oddziale dla umierających dzieci, z którego nikt nie wraca do domu; wreszcie – lesbijka, opłakująca nagłą śmierć ukochanej, notuje w swoim dzienniku: „Kiedy zaczynałam go pisać, nie wiedziałam, że będzie dla mnie ratunkiem, odnową (...). Wydam to pod pseudonimem, jako mężczyzna. Będą trzy kobiece opowieści, trzy Mojry, trzy boginie losu”. Kto jest zatem autorem tej sekretnej trylogii? Wydaje się, że: życie, pamięć i śmierć.
Tę ostatnią symbolizuje właśnie postać pielęgniarki. Jej doświadczenie pokazuje, że zerwanie nici istnienia jest zawsze przypadkowe (nieoczekiwana śmierć kobiety, którą kochała) i nieuchronne (czy nasze życie nie jest szpitalnym oddziałem, z którego nie ma powrotu?).
Lachesis – bogini strzegąca nić żywota – kobieta w podeszłym wieku; Żydówka, która przetrwała grozę Holokaustu, symbolizować ma pamięci. Jest taka scena, gdy podczas koncertu muzyki żydowskiej na krakowskim Kazimierzu, zmęczona Lachesis, w tłumie bawiącej się młodzieży, dostrzega nagie pokurczone postacie, wyłaniające się z bram dawnego getta. Okazuje się zatem, że rolą bogini, która strzec ma naszego życia jest nie tylko opieka, dbanie o to, by fatum nie rzuciło nas zbyt szybko w objęcia jej siostry Atropos, ale także – gdy to nastąpi – byśmy trwali w pamięci, żyli innym (ale jednak) życiem.
Dla porządku: opowieść o Lachesis jest pierwszą częścią sekretnej trylogii, Atropos przypadło miejsce drugie. Całość natomiast zamyka historia Kloto – tej, która daje życie. Jest prostytutką, postacią tragiczną, choć – paradoksalnie – z całej trójki najszczęśliwszą. Pogodzona z tym, co daje jej istnienie, stara się po prostu żyć – rozróżniając dobro od zła, z pokorą przyjmując wyzwania rzucane jej przez los i, co więcej, z nadzieją patrząc w przyszłość.
Marek Soból stworzył liryczną opowieść o wątpliwościach oraz oczekiwaniach, które towarzyszą nam wszystkim. Nadając swoim bohaterkom imiona greckich bogiń losu, pokazał, że żyjemy w ciągłym napięciu między przypadkowością tego, co nas spotyka i nieuchronnością tego, co nas czeka. A ponieważ nie mamy wpływu na wektory naszego trwania, powinniśmy przyjąć los za dobrą monetę. Mówiąc inaczej – uczyńmy mottem życia proste (i piękne) zdanie, które wypowiada Kloto: „A jak będzie ładna pogoda, to pójdziemy na spacer”. I już.

-
Igor Stokfiszewski

Fragment

Życie jest całe posklejane z opowieści. Kiedy ich słuchamy, wydają się straszne albo piękne, zazdrościmy albo cieszymy się w duchu, że nam się nie przydarzyły. Czy to jednak ważne, kto przeżył to wszystko, czy to ważne, co jest prawdą, a co zmyśleniem? Zresztą, ja już czasem sama nie wiem. Całe życie zbieram te historie i zapisuję na karteczkach, i układam razem z moimi, a teraz mi się zdaje, że wszystkie się pomieszały i w końcu nie wiem, która do kogo należy i która jest prawdziwa, a która zmyślona, jestem już taka stara i coraz mniej pamiętam. Niektóre pogubiłam, niektóre musiałam zapisać od nowa, ale wciąż jeszcze umiem je pięknie opowiadać i młody Michel potrafi tu siedzieć czasem cały wieczór i mnie słuchać. Ja panu nie powiem, choćby pan nawet bardzo prosił, co jest prawdą, a co nie, co mi się przyśniło, co usłyszałam, a co przeżyłam naprawdę. I tak zdradziłam panu tajemnicę, o której nikt nie wie, nie mam pojęcia dlaczego, chyba dlatego, że panu tak dobrze z oczu patrzy. Mnie też dobrze z oczu patrzy, więc wszyscy mi wierzą i przychodzą tu zawsze po dalszy ciąg, a pan i tak jutro albo za tydzień wyjedzie do Polski, no to dlaczego miałabym się panu nie przyznać.
Henryk zawsze mówił, że...
Zresztą może nie było żadnego Henryka, bo nie mogło być. Może wymarzyłam go sobie i tyle. Myśli pan, że tak łatwo trafić na takiego mężczyznę? Może go sobie wymyśliłam, posklejałam z różnych historii, a najwięcej z opowieści pani Greffer, której wcale nie znam od dawna, tylko od paru lat, ale raz mi opowiedziała, kiedy miała jakiś lepszy dzień, że dawniej była malarką i była bogata, i miała piękny samochód, a te papryczki na barze to ona ustawiła, i to wcale nie dawno, tylko wczoraj, i jak tak stoją, to rzeczywiście wyglądają bardzo ładnie. Ona podobno była jakąś hrabianką albo kimś takim, ale jej ojciec wszystko stracił, odebrali mu po wojnie, bo był faszystą, wysokim urzędnikiem, i miał na sumieniu wielu ludzi, bo najwięcej w tej wojnie zawinili właśnie urzędnicy, wypełniali rubryki, zapisywali w formularzach numery wagonów pełnych ludzi, kolejne tysiące ciał spalonych w piecach, kolejne wykonane egzekucje i chociaż nie oni strzelali, chociaż nie oni mnie kopali, to bez nich ta cała maszyna by nie działała, i nie zadrżała im ręka, mieli swoje domy i piękne żony, i gromadki dzieci, i co dzień rano chodzili do pracy, i otwierali szuflady, wyjmowali z nich kolejne formularze, i wypełniali je sumiennie liczba pod liczbą, nazwisko pod nazwiskiem, aż uzbierali tych rubryczek miliony. Potem w niedzielę szli do kościoła, a kiedy skończyła się wojna, to mówili, że wtedy nie wiedzieli, co robią, albo że robili to ze strachu, i niektórzy tak mówią do dziś, ale ja im po prostu nie wierzę...
Ale przecież nie o tym chciałam mówić.
Ojciec pani Greffer resztę życia przesiedział w więzieniu. Ona uciekła z Austrii do Paryża, jeszcze jak była bardzo młoda, i tutaj malowała, i podobno dobrze jej się wiodło, ale nic jej nie zostało, bo wszystko przepiła, przehulała, i podobno miała takiego mężczyznę, nie takiego jak Henryk, ale prawie takiego. On już od dawna nie żyje, i ja nie wiem, jak umarł, ale wiem, że od tego czasu ona już nic nie robi, tylko wałęsa się z tymi psami, więc chyba naprawdę bardzo go kochała. To też jest jakaś piękna historia, ale niech pan przyzna, że ta o Henryku była piękniejsza. Tak miło jest wierzyć przez te kilka godzin, że takie rzeczy się zdarzają, że tacy ludzie czasem gdzieś się rodzą, siedział pan tu taki rozmarzony, i po głowie panu chodziło pytanie, czy pana dziewczyna albo żona  kiedykolwiek tak będzie o panu mówić jak ja o Henryku. Słuchał mnie pan, ale też zastanawiał się, czy zasłużył na taką miłość, czy jest pan dla tej swojej żony lub dziewczyny kimś takim, jak Henryk był dla mnie, i czy ona jest dla pana kimś takim, jak ja byłam dla Henryka. Wszystko się już miesza i zaciera, czasem myślę, że sobie go wymyśliłam, a czasem, że istniał naprawdę. Tak dobrze pamiętam ten jego samolot, te jego żagle, jego zapach, jego cieple dłonie...
Dawno temu w jednym kabarecie, albo raczej w teatrze, na Montmartre, w środku przedstawienia wstał pewien mężczyzna z widowni i zastrzelił jedną z aktorek, wyciągnął pistolet i strzelił jej prosto w twarz, a potem strzelił jeszcze kilka razy, kiedy już leżała. Ktoś się na niego rzucił, zabrali mu ten pistolet, zbili go, związali i okazało się, że jeden z widzów był komisarzem policji, więc zadzwonili szybko po żandarmerię i nikomu nie pozwolili wyjść, a ten komisarz prawie od razu rozpoczął śledztwo. Nikogo o nic nie pytał, bo wszystko było wiadomo, tylko spisywał zeznania, żeby potem tego mordercę można było oskarżyć, i nikogo nie chciał wypuścić, wszyscy się strasznie denerwowali, mówili, że to bezprawne, i w końcu zmówili się i chcieli wyjść siłą, ale wtedy przyjechało dużo żandarmów i wszyscy zaczęli spisywać zeznania, a ona tam leżała cała we krwi, i to wyglądało strasznie, wiem, co mówię, bo byliśmy tam z Henrykiem, i kiedy po dwóch godzinach wszyscy byli kompletnie wykończeni, kobiety opłakiwały, a mężczyźni chodzili nerwowo z kąta w kąt i palili jednego papierosa za drugim, wtedy się okazało, że to było przedstawienie, teatr, że to wszystko nieprawda, że nikt nikogo nie zastrzelił, że to była gra. Ale dla tych wszystkich ludzi to przecież nie miało żadnego znaczenia, bo oni przez dwie godziny widzieli prawdziwe morderstwo, przeżyli je w pełni i doświadczyli każdym swoim nerwem. Przez dwie godziny siedzieli uwięzieni przez policję w ciasnym teatrze i patrzyli na krew, i wiedzieli, jak zabierają ciało, i nigdy tego nie zapomną. Dla nich to zdarzyło się naprawdę.