Bal wdów i wdowców

Marian Pankowski
Bal wdów i wdowców
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2006
    111 x 180
    142 strony
    ISBN 83-89911-38-8

W Balu wdów i wdowców Marian Pankowski rozwija wątek obecny już w książce W stronę miłości (2001), poświęconej przede wszystkim opisowi fenomenu miłości wieku senioralnego, której zagraża wdowieństwo. Pankowski obawia się wdowieństwa równie mocno jak starości. I prawdopodobnie dlatego próbuje ten lęk rozbroić. Niewielka powieść jest czymś w rodzaju medytacji prozą na temat specyfiki „stanu wdowiego”, zawierającej katalog wszelkich blasków i cieni życia po śmierci „drugiej połówki”. Bohater powieści próbuje przełamać wzorzec życia wdowca, z jednej strony nie chce wejść w rolę wesołego seniora – jak uczestnicy corocznego Balu wdów i wdowców w Ostendzie – „kulturalnego hedonisty”, który wyciska maksimum przyjemności z ostatnich lat życia, z drugiej – nie zamierza żyć samotnie, zajmując się doglądaniem pamiątek z muzeum prywatnej pamięci. Szuka więc tego, co nasyci jego życie radością i sensem, czyli bliskości drugiej osoby, ciepła przyjaźni i miłości, które sterowaną przez wodzireja „spontaniczność” Balu wdów i wdowców zamienią w spontaniczność prawdziwą. Właściwie – Pankowski napisał powieść o potrzebie miłości, która nie wygasa nawet w wieku senioralnym, ale którą trzeba pielęgnować, aby nie wytłumiły jej puste rytuały wdowieństwa.

- Robert Ostaszewski

Fragment

I patrzę na nią, udając trzynastoletniego chłopczyka, którego mama zastała w drewutni na fotelu z bukowych polan, zajętego con fuoco własnym zbuntowanym lokalnie ciałem.
A Gabrysia spojrzy na mnie dziwnie, wychyli się nad swą filiżankę i pocałuje mnie w usta. Daję znak kelnerowi, a do Gabrysi:
-W Soplicowie... tam państwo też trzymali filiżankę w dwu palcach, jak w Petersburgu... ale po sutym posiłku... Jesteś tutejsza... pomóż mi znaleźć jakąś sympatyczną restaurację, do której cię zapraszam.
-„Pod Samsonem"... taaak, to restauracja żydowska, ale jadłospis gojom udostępniony... jedzenie świeże i... niedrogie.
Tak my spacerem. Pogoda, że radość oczu i płuc, które świadomie czerpią świeżość tającego szronu porą południowej godziny.   
Nie zarezerwowaliśmy stolika. Czekamy przy szatni... dziesięć minut. Jest. Siadamy i już młody, dziarski kelner, formatu rzutkiego francuskiego ministra spraw wewnętrznych, notuje nasz wybór. Wnet podziwiamy bielutkiego dorsza, u stóp botanicznego Kopca Kościuszki, o stokach marchwianych, porowych i kapuścianych. No i po jednym, potem po drugim, kielisiu dziwnego, białego wina...
Znad widelca nastroszonego surówką jak poirytowanym chrabąszczem, słowa Gabrysi i moje. Wspólne uśmiechy, no bo ten czas tak zleciał...
-Nie zmieniłaś się...
-Na lepsze kłamstwo cię nie stać?
Pora na deser, więc chcę zawołać kelnera.
-Deser i kawa - to ja! - Stuknie się w sternum Gabrysia. Młody kelner ubawiony naszym dzieleniem orzeszka na dwoje, patrzy na nas z nieukrywaną sympatią.
-Czy smakowało państwu? - pyta, przyjmując zapłatę.
Potakujemy wesoło, ciesząc się, że poprawnie odczytał, choć niedyskretnie, nasze „za - pan - brat"... sprzed lat! Jak rym to rym!
Widzę go, jak chowa portfel, zapatrzony w podłogę, jakby mu naraz siwą falą Jordan zaszumiał... u stóp moich Karpat, gdzie urodziwe Nadieżdy, Lidy, Ariadny i Ołesie... o kolczykach barwy lodu na naszym Sanie...
Taksówką. Jak przystało na wdowę, Gabrysia mieszka sama. Poznaję korytarz... Ale teraz usalonowiony fotografiami z podróży, z imienin... Dzieje małżonków roześmianych... z królującym sprawcą Gabrysinego wdowieństwa, Markiem...
-Zjesz truskawki? - pyta, jakby wyczuła napór postaci z fotografii patrzących spodełba na wdowca, „Don Juana".
-Z przyjemnością- ślinię wesoło ostatnie spółgłoski - Sama zbierałaś?
Gabrysia spojrzy na mnie.
-Co one z tobą zrobiły! że pytasz jak stary wujciu pięcioletnią dziewuszkę?! Zamiast spojrzeć na mnie... wiesz jak! Że niby masz dość tego jedzenia... a tu jeszcze de-ser! Mnie masz dość! A równocześnie wyciągasz po mnie rękę... jak po jabłko rajskie...
Wyciągam rękę, ale Gabrysia wstaje, jakby gestu tego nie zauważyła.
-Już przynoszę... -I wraca z tacą, na której, w kryształowej czarce, parujące aromatem małe, niemal okrągłe, truskawki.
Częstuje, dokłada, jemy. Bawi nas to deserowanie we wdowim mieszkaniu, ale i niepokoi. Płuczemy palce... a to też znaczy, że zbliża się moment... Czuję, że ręce spieszą się z wycieraniem. Pokazują mi, że są suche, że już nic nie mają wspólnego z banalnym podnoszeniem truskawek do ust.
Teraz palce się prostują, że aż czuję stawy! Znana mi ta reakcja; spod mego czoła dostały e-mail informujący priorytetowo o obecności Gabrysinego ciała! Niby nic, bez mej wiedzy, dalejże się wyginać, popisywać się swoją sprężystością... Gabrysia obróci się plecami, idąc do kuchni... dając do zrozumienia, że mam stanąć przy oknie, niby żem taki zamyślony... a ona oczywiście podejdzie, stanie obok, po prawej stronie... i wtedy... bośmy na służbie ciała... zaczniemy... od komplementu...
Gabrysia wróciła... Wstaję. I oboje zaczynamy się dziwnie poruszać... Gabrysia poprawia zasłony, żeby lepiej zwisały, a ja coraz nachalniej udaję, że nie widzę reportaży z życia szczęśliwej rodziny, tych afiszy miłości i zgody, którymi wytapetowane jest mieszkanie. Mam! Ręce wyciągam i ciepłym szeptem:
-Dość mam deseru i dość mam Gabrysi!
A ona uśmiechnie się i to wcale nie wdowim uśmiechem... Pomału wstępuje w moje oczekiwanie... Obejmujemy się, jakoś tak ostrożnie, jak gdyby nasze, stare „za -pan - brat"... nie było już jare"... Jej głowa przy mojej, ale profilem. Bo wzrok jej na ścianie,...mój za nim w ślad... a tam rodzina w pełnym składzie... tylko przyjaciela, dobrze mi znanego tu brak! Śmieją się! A tu ręce znać mi dają, że odnalazły talię... i obłość kobiecą... i że w tamtej okolicy... srebrny miś się czai... i że jeszcze trochę, a zaczną beze mnie gesty kłusownicze!
Nieee! Bo ci z fotografii rękę w pięść zacisną i dalej mi grozić, wygrażać... tak się boją, że ich podopieczną chcę pozbawić wdowieństwa niepokalanego...
I rozluźni się nasz uścisk do reszty...
-Nie gniewaj się - szepnie Gabrysia...
Nie umiem znaleźć słowa odpowiedniego, tylko wargi zwieram w ciup i tylko głową... że mowy nie ma o jakimś gniewaniu... Spokojnym krokiem w stronę płaszcza. Odprowadzi mnie do drzwi Gabrysia... Uśmiech nasz taki w kratkę...
-Dobranoc - mówię - może śnieg spadnie w nocy?
-Wątpię... Dobranoc!