Powrót Aleksandra

Zbigniew Kruszyński
Powrót Aleksandra
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    145 x 205
    202 strony
    ISBN 83-08-03830-1

Społeczeństwo, które pokazuje napisany z prawdziwą maestrią zbiór opowiadań Zbigniewa Kruszyńskiego, opanowane jest przez manię nieustannego komunikowania się – czy to przez telefony komórkowe, czy przez internet. Komunikacja prawdziwa nie zachodzi jednak, ponieważ te nowoczesne instrumenty sprzyjają wytwarzaniu przez bohaterów na swoje potrzeby rozmaitych masek. Te maski potrzebne są czasem, aby się ukryć przed spodziewanym zagrożeniem, czasem znów po to, by olśnić partnera lub partnerkę. Funkcję komunikacyjną utracił też w świecie Kruszyńskiego seks – upragniony, lecz daremny jako środek do pokonywania międzyludzkiego dystansu; czasem dramatycznie zmechanizowany, jak w tytułowym opowiadaniu, w którym wskutek nieporozumienia bohatera obsługują dwie naraz prostytutki, choć z żadną z nich nie udaje mu się nawiązać jakiegokolwiek nie „profesjonalnego” kontaktu. Nie mogąc po latach nieobecności naprawdę wrócić do rodzinnego miasta, bohater nie umie się też w pełni odnaleźć w sterylnym świecie Szwecji. Raz opuściwszy okolicę swej młodości – nie potrafi już zamieszkać w niej na nowo, w rezultacie pozostaje zewsząd wykorzeniony, a za tę alienację odpowiada już nie tylko polityczny dramat stanu wojennego, ale też procesy niejako obiektywne: przemiana świata, który w międzyczasie dokonał niepostrzeżenie osobliwej wolty, odwracając się do bohatera tyłem. Bohater Kruszyńskiego ma więc w tytułowym opowiadaniu dwa równoprawne paszporty uprawniające do podróżowania po całym świecie i ani jednego – który by mu umożliwiał zamieszkanie w określonym miejscu, gdzie mógłby poczuć się „u siebie”.

-
Jerzy Jarzębski

Fragment

Stała w niedbałej pozie, oparta o framugę, ciemne okulary zasłaniały pół twarzy. Włosy spadały do ramion, gładkie, bez pasemek. Założyła je lewą ręką za właściwe ucho. Uśmiechnęła się i kości policzkowe się przy tym uwypukliły, jak jabłka, już dojrzałe, lekko zaczerwienione. Zsunęła okulary i zębami sprawdziła ich końcówki, zgadzało się, były z plastiku.
– Hej – powiedziała przeciągle – jestem Nina.
Aleksander niczego nie rozumiał.
– Rozmawialiśmy przez telefon – tłumaczyła dalej – umówiliśmy się na czwartą – pokazała zegarek. Zegarek też był czarny, z plastiku, i też się zgadzał.
– Proszę – powiedział Aleksander, tym razem z mniejszym zapałem. Nina zdjęła górę (leksykograf nie znalazł tu innego słowa) i usiadła na łóżku. – Sto złotych – powiedziała, tak jak się umawiali. – Plus dwadzieścia za dojazd – szybko dodała. Ramiączka, podwójne z każdej strony, niebezpiecznie się obluzowały i przestawały trzymać. Aleksander po raz drugi tego popołudnia sięgnął po portfel.
Z łazienki wyszła Nina, zrośnięta z telefonem. Już zdążyła się ubrać, makijaż zdążył wrócić na miejsce. – Ty tutaj? – ucieszyła się na widok jej drugiej, siedzącej skromnie na łóżku. – No popatrz, góra z górą – padły sobie w ramiona. – Ty dalej? – Tak, sama widzisz, jakoś tu utknęłam. – Aleksander zaczynał się domyślać, skąd taki nagły przyrost. Zdradził Ninę z jej koleżanką z hotelu, która przyszła w dobrej wierze, przed czwartą. Wydawał się tym strapiony, nie wiedział, co robić, i teraz znów zatęsknił do nieobecności, goszczącej gdzieś na drugim końcu telefonu.
– Niech się nie martwi – usłyszał – jakoś to załatwimy.
Niech się nie martwi – mówiła Nina przez Ninę. To w końcu raptem jeszcze godzina, sześćdziesiąt minut o naliczaniu sekundowym. Niech lepiej pomyśli o wszystkim, czego mu oszczędzą. ( – Dobrze, jeśli nie chce, niech ich nie zdejmuje, nie jesteśmy w końcu w przebieralni.) Długich lat życia w szczęściu. Gromadki dzieci, wiecznie zakatarzonych, które trzeba kształcić i karmić, żeby wyrosły na człowieka, dzięki trawieniu. Dusznej sypialni, gdzie jedno chrapie przez drugie, a okna nie otworzysz, bo przeciąg. (Tutaj Aleksander zatęsknił do wyspy, gdzie sypiał na zewnątrz i czuł, że w chrapaniu towarzyszą mu najwyżej zwierzęta, najchętniej derkacz, niewidzialny, istniejący tylko fonetycznie, wyspa na wyspie.) Poważnych rozmów o przyszłości i pieniądzach, których na nią brakuje. Dziesiątków kuzynów, co zawsze zjeżdżają się nie w porę i obsikują klozet spiralnie dookoła. Niestrawnych kolacji przed telewizorem w porze oglądalności. Seriali, pięciuset odcinków z życia zięcia, o naliczaniu prawie sekundowym – tutaj Aleksander mógł się tylko domyślać, co traci.
Nina siadła po jego obu stronach na łóżku i przekazywała sobie z ust do ust twarde argumenty. Nie musi drżeć, że urodzi się z zespołem Downa, w ogóle nie musi drżeć, że urodzi się ktokolwiek, piękny albo szkaradny. Nie będzie musiał jeździć do szpitala, oglądać grubej portierki, siorbiącej ze słoika, i przepoconych flanelowych piżam, którym się nie poprawia. Oszczędzi na łapówkach dla lekarza i pensji dla pielęgniarki, która z nim sypia w składzie brudnej pościeli, wyciągniętej spod trupa, jak nekrofilka. Aleksander też zdawał się ledwie żywy, już nie chciał słuchać, widział tylko zręczne dłonie Niny o paznokciach raz krwistoczerwonych, a raz buraczkowo-bordowych, jakby krew przetaczać z tętnicy do żyły.
Inni musza wytrzymać całe życie, a on – już niecałą  godzinę. Niech się nie martwi, jakoś to załatwimy. Nie musi ich adorować, dzwonić, przynosić kwiatów, wpadać niby przypadkiem do sekretariatu, żeby załatwić coś nie cierpiącego zwłoki przez lata. Usychać z zazdrości, kiedy się okaże, że nie jest jedynym przedstawicielem gatunku w rewirze, a DNA układa się wszędzie spiralnie, prawo- i lewoskrętne, niezależnie od zapewnień, nie musi zapewniać, bez łaski, łożyć ani spłacać, amortyzować, fetyszysta stóp procentowych, i jeśli mu siądą, to najwyżej na lędźwiach, nie na hipotece. Stadshypoteken — Aleksander pomyślał o banku, któremu oddawał co miesiąc jedną piątą pensji, i tak mniej, niż gdyby płacił za czynsz w nie swoim mieszkaniu, system premiował własność, oprocentowanie można było odliczać od podatków, musiał tylko zdecydować, czy ma je związać na obecnym, niewysokim poziomie, czy pozostawić ruchome, korzystając, jeśli dalej spadnie, ale też ryzykując, jeśli się podniesie. Odruchowo zaczął się podnosić na łokciach, krew — tętnicza? żylna? to trudno powiedzieć, w tym miejscu byt raczej śliwkowy i siny — znów zaczynała pulsować.
Długo szukał domu, starego, wystarczająco zamieszkanego, aż wreszcie go znalazł w ogrodowej dzielnicy na obrzeżach uniwersytetu. Emerytowany profesor owdowiał i postanowił się przenieść do innego mieszkania, pod stałą opiekę pielęgniarek, bez progów i schodów, które w starym domu wyrastały gdzie popadnie, jakby go budowano z kilku stron jednocześnie na różnych poziomach. Chciał zostawić większość inwentarza komuś, kto tego nie wyrzuci na śmietnik, i znalazł się Aleksander, do tej pory odwiedzający kontenery raczej po to, aby z nich wyłowić coś w miarę zużytego, jakieś żelazko, co rozprasowało Himalaje, albo dziwny toster, otwierany z boku, może opiekał słabo, ale za to na dnie przechowywał okruchy kilku pokoleń, wielkie ebonitowe radio, któremu słowo: kulturowy, nie przeszło przez głośnik (wbrew pozorom istnieje ono w każdym języku).
Tak, Aleksander nie posiadał się ze szczęścia, od nowa sylabizował stare słowniki, nad butelką burgunda otwieranego korkociągiem tak zaśniedziałym, że niemal popadł w alkoholizm, zanim udało się go jako tako wypolerować, wkręcając w kolejne korki. Wyrzucił jedynie — a i to po dłuższym wahaniu — kolekcję zardzewiałych otwieraczy do konserw z zaschniętymi próbkami ich zawartości. Teraz znowu zatęsknił do domu. Siadłby sobie na schodach i wpatrywał się w parkiet przez godzinę — która w hotelowym pokoju, na wykładzinie we wzorki, nadal nie chciała minąć.