Warunek

Eustachy Rylski
Warunek
  • Świat Książki
    Warszawa 2005
    130 x 205
    256 stron
    ISBN 83-247-0044-7

Warunek Eustachego Ryskiego przywodzi na pamięć film Ridleya Scotta Pojedynek, którego literackim pierwowzorem było opowiadanie Josepha Conrada, pod tym samym tytułem. Bohaterami Warunku są dwaj napoleońscy oficerowie, którzy raz wdawszy się w idiotyczny pojedynek pojedynkują się potem na różne sposoby kilkakrotnie − aż do śmierci jednego z nich.
Rylski bohaterami swej opowieści czyni straceńczo odważnego szwoleżera, kapitana Andrzeja Rangułta, dziedzica z litewskiej Nekli, a niegdyś powiatowego awanturnika, oraz porucznika Semena Hoszowskiego, „syna popa z Wikanówki,na głębokim Wołyniu”, eks-korepetytora synów ukraińskich latyfundystów, który dochrapał się oficerskich szlifów, ale cały czas udręczony jest kompleksem niższości. W powieści historię ich rozpoczętej pod oblężoną Moskwą dziwnej znajomości, a właściwie miłosno-nienawistnej przyjaźni, znaczą kolejne etapy: najpierw pojedynki, potem wymuszona dezercja, ucieczka-powrót przez mroźne bezdroża Rosji, pobyt w litewskiej Nekli, majątku Rangułta, wreszcie pełna dramatycznych zdarzeń rekonwalescencja, która zakończy się śmiercią wojennych towarzyszy Rangułta a i śmiercią jego samego, powtórnymi narodzinami Hoszowskiego w misji strażnika napoleońskiej legendy.
Rylski Pisze barwną, realistyczną prozą, w Polsce jego proza została uznana przez część krytyki za arcydzieło.

-
Marek Zaleski


Fragment

29
Świat wokół znieruchomiał. Ziemia stężała. Niebo wsiąkło w nieboskłon. Wiatr ustał.
Na skraju ugoru, po drugiej stronie meandrującej rzeczki, stanął słupka suseł. Złożył łapki pod pyszczkiem i zamarł. Para krzyżujących się w locie jastrzębi się rozkrzyżowała. Przycupnęło wszystko.
Tylko czterej mężczyźni, bez pośpiechu, ale i ociągania, robili swoje.
Najpierw wszyscy do siebie podeszli. Potem się namówili. Potem dwaj z nich odwrócili się do siebie plecami, każdy z pistoletem w dłoni. Niższy twarzą do parku i odległego rewersu pałacu, wyższy do rzeki, z prawą ręką martwo zwisającą wzdłuż tułowia. Dwaj pozostali odeszli na boki, jeden w lewo, drugi w prawo. Mężczyźni z pistoletami ruszyli przed siebie. Zatrzymali się po piętnastu krokach, odwrócili do siebie. Ich towarzysze zrobili dokładnie to samo, w tej samej od siebie odległości. We czterech wyznaczyli dwa trójkąty złączone przekątnymi. Żadna nierównoprawność nie psuła ich geometrii. Dwie lufy pistoletów uniosły się na wysokość barków w zupełnej ciszy.
Rangułt pociągnął za spust. Sucho trzasnęła skałka. Iskra rozjarzyła się i zgasła. Hoszowski się nie spieszył.
Mierzył diablo uważnie. Wschodni oficer zamknął oczy. Heltrein patrzył w dal. Rangułt nie opanował drżenia. Bezużyteczna broń wysunęła mu się z palców.
Powoli, lecz nieuchronnie, szeroko rozwarte oko porucznika, szczerbina pchnięta w przód, muszka nad otworem czterokątnej lufy i czoło kapitana tworzyć zaczęły jedną linię. Nic jej nie zakłócało.
Łagodna próba cyngla, chodził jak po szynie. Pułkowy rusznikarz, zuch! Wschodni oficer ukrył twarz w dłoniach. Hoszowski zwolnił cyngiel.
-Proszę strzelać! - krzyknął histerycznie Heltrein.
-Teraz? - zapytał spokojnie Hoszowski.
-Natychmiast!
Na tę komendę stadko szpaków wyprysnęło z tarnin, naruszając ogólną nieruchomość. W powietrzu zawisł ich suchy furkot.
-Strzelaj, ścierwo! - Heltrein stracił nad sobą panowanie.
Spokojną dotychczas twarz porucznika naznacza niemiły grymas, kiedy pociąga za spust. Huk jak z armaty, smuga dymu, suseł rwie gdzie oczy poniosą, Heltrein wali się na ziemię z odstrzeloną połową twarzy. Drgawki nie trwają długo. Hoszowski chwyta dymiącą jeszcze lufę pistoletu i rozkłada ręce.
W tym geście zdziwienia podszedł do wschodniego oficera, zasłaniającego twarz dłońmi.
-Nie ruszaj się, proszę - odezwał się uprzejmie i z potężnym rozmachem uderzył go kolbą pistoletu w skroń.
Oficer wczepił się w Hoszowskiego, a ten, w miarowym rytmie, ponawiał razy, coraz mniej bezwładne, coraz lepiej mierzone, zamieniające kształtną głowę młodego mężczyzny w krwawy ogryzek. Hoszowski nie przestał uderzać nawet wtedy, gdy ciało oficera ułożyło się miękko na darni, wyzwolone już z jakichkolwiek oznak oporu i cierpienia.
Rangułt, przygwożdżony do swego miejsca paraliżem, obserwował kaźń z bólem rozsadzającym trzewia. Gdy zadyszany porucznik zbliżył się do niego, kapitan upadł na kolana, pozostając tak przez chwilę w geście pokory, po czym w milczeniu zwalił się w bok.
Nic nie zakłóca śmiertelnej ciszy. Żadne źdźbło trawy, żadna trzcina, ptak, suseł. Niebo nie wróciło z nieboskłonu ani wiatr zza rzeki. Hoszowski przeszedł kilka kroków w tę i tamtą, rozwarł palce i okrwawiony pistolet wypadł mu z rąk. Wciągnął w nozdrza wilgotne powietrze i podszedł do wody. Tam długo zmywał ręce. Po kwadransie wrócił do jałowca nakrytego peleryną Heltreina. Wydobył spod niej sakwę. Z jednym i drugim podszedł do podwody. Zwolnił lejce, wykręcił zaprzęgiem i podprowadził go do znieruchomiałego kapitana. Z podwody zrzucił skrzynię, a na jej miejsce załadował nieprzytomnego szwoleżera, okrywając go peleryną. Wskoczył na kozioł. Spojrzał na ciała oficerów. Podbiegł do nich i zabrał im pistolety. Zaciął rysaki batem. Wyrwały jak szatany, w dół, ku rzece. Wtedy jak na komendę ruszył wiatr, niebo opadło, słońce rozjarzyło się jak w sierpniu, zaszumiały trawy.
Zapowiadał się ładny dzień.


30
Rangułt w męce wyzwalał się z niebytu. Wychodził z długiego tunelu, by się do niego zaraz cofnąć. Refleksy jakichś świateł pogrążały go dla kontrastu w ciemnościach, nieprzyjazne ciało spadało w dół i w dół, jakby otchłań nie miała końca.
Coraz to bezwładniały członki, rozstępowała się skóra, tępy ból głowy trzymał jak w imadle i tylko napierające nudności dawały jakiś związek z życiem.
Ocknie się, jak rzygnie.
Lodowata woda ciekła mu po twarzy, wlewała się do ust, cofając mdłości, które wracały zaraz ze zwielokrotnioną ochotą.
Obrócił się ostrożnie na bark i równie ostrożnie otworzył oczy. Dojrzał porozsadzane pnie leszczyn, szarą ziemię, na policzku poczuł wilgotny mech, a w ciele chłód.
-Co się dzieje? - zapytał głucho. - Gdzie jestem?
-Wiejesz - odpowiedziano mu z góry.
-Dokąd? - Rangułt podniósł głowę, na ile to było możliwe. Zaczęło mu się w niej kręcić.
Hoszowski stał nieopodal na szeroko rozstawionych nogach i wskazywał wschód. Trwało trochę, nim Rangułt połapał się w kierunkach.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo pościg ruszył na zachód - porucznik chlusnął resztą wody z czapki w twarz szwoleżerowi. - Jeżeli oczywiście ruszył - otarł mokre ręce o spodnie i dodał: - Na-
dźwigałem się ciebie, kapitanie. Lekki nie jesteś.
-O jakim pościgu pan mówi?
-Za dezerterami. Nie chcę być obcesowy, hrabio, ale powiedziałbym, że zdezerterowaliśmy.
Rangułt podniósł się łatwiej, niż mógłby się po sobie spodziewać, i na miękkich nogach przeszedł kilka kroków. Zauważył południe, skraj sosnowego lasu, spienione rysaki wyprzęgnięte z podwody. Zapytał z niedowierzaniem:
-Zdezerterowaliśmy?
-Tak bym powiedział - odrzekł porucznik bez miłosierdzia.
-O czym ty mówisz?
-O plutonie egzekucyjnym. Nie pamiętasz? Dobrałeś się do pułkowej kasy. Czeka cię sąd, degradacja, egzekucja.
Obszedł Rangułta szybkim, drobnym krokiem, po czym zbliżył się doń na odległość oddechu, wspiął na palce i rzeczowo wyjaśnił:
-Posłuchaj,   kapitanie,   odbiliśmy  jakie   dwadzieścia wiorst. Jesteśmy już poza zasięgiem Wielkiej Armii. Moskwę obejdziemy od południa. Na wysokości Smoleńska
skręcimy na zachód. Potem miesiąc do Litwy.
-Taki masz plan?
-Taki mam plan i uczynię wszystko, by się powiódł.