Miasta pod Skałą

Marek S. Huberath
Miasta pod Skałą
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2005
    140 x 205
    796 stron
    ISBN 83-08-03704-6

Marek S. Huberath, prozaik do tej pory znany i ceniony głównie w środowisku miłośników fantastyki, wydał właśnie jedną z najlepszych i najoryginalniejszych książek ostatnich miesięcy. Mam na myśli obszerną (prawie 800 stron!) powieść Miasta pod Skałą. Krakowski pisarz porwał się na rzecz niezwykłą, proponując zmodyfikowaną formułę prozy fantasy. Twórcy tej odmiany fantastyki zazwyczaj wykorzystują w swoich książkach wątki wywiedzione z sag celtyckich czy germańskich, doprawione motywami zaczerpniętymi z historii średniowiecza. Huberath natomiast motywy charakterystyczne dla prozy spod znaku Tolkiena połączył z historiami zaczerpniętymi z opowieści biblijnych i apokryfów, tworząc fantasy biblijną.
Głównym bohaterem Miast pod Skałą jest zagubiony w życiu historyk kultury śródziemnomorskiej Humphrey Adams jr (uosabiający praojca Adama). Podczas zwiedzania Watykanu trafia do korytarza-labiryntu, który okazuje się przejściem do zaświatów. Adams poznaje tytułowe miasta rządzone przez upadłe anioły: Człekousta i Pana z Morza, spotyka kolejne kobiety, trafia na samo dno zaświatowej hierarchii, a przy okazji zmienia się z wymoczkowatego naukowca w prawdziwego, twardego mężczyznę.
Huberach tak skonstruował powieść, że można odczytywać ją na wiele sposobów i na rozmaitych poziomach. W Miastach pod Skałą znajdziemy wartką, obfitującą w nagłe zwroty i powikłania akcję, intertekstualną grę z tradycją chrześcijańską, porywającą, ale i przerażającą wizję zaświatów inspirowaną w dużym stopniu malarstwem Hieronima Boscha, historię zła, którego nie można wyrugować z ludzkiego świata, zamknąć raz na zawsze „pod Skałą”, opowieść o poszukiwaniu miłości. Autor Miast pod Skałą napisał książkę zarówno dla zwykłych pożeraczy fabuł, jak i czytelników poszukujących podniet intelektualnych. A to potrafią jedynie prawdziwi mistrzowie prozy.

-
Robert Ostaszewski

Marek S. Huberath (ur. 1954) - pseudonim krakowskiego fizyka i pisarza science fiction. Zajmuje się fizyką biologiczną i fizyką ciała stałego w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miasta pod Skałą są w jego dorobku literackim czwartą powieścią.

Fragment

I ten korytarz skończył się żelazną furtką. Za nią znajdowała się kolista salka z dwojgiem następnych drzwi. Nużąca wręcz konsekwencja. Na lewych drzwiach plomba na łańcuszku z białego metalu. Bez wątpienia oznaczenie z magazynów Muzeów Watykańskich. Obejrzał ją: błyszcząca, nowiutka; napis „Silvestere" wytłoczono zgrabnymi literkami. Jej zerwania nie wytłumaczyłby nawet najtępszemu urzędnikowi.
Zajrzał więc za prawe: znowu łagodnie zakręcający korytarz, na ścianach ułożone z mozaiki schematyczne podobizny owadów i pająków, a pod stopami czarno-białe wyobrażenia lądowego potwora lub jego morskiego towarzysza. Minął postument z muchą odrobioną w zielonkawym marmurze. Gdzież jej do poprzednich podobizn. Pyszczek i trąbka upodobnione do paszczy kręgowca. Starożytnym brakowało lupy, a wszystkie dzieła tajemniczego Mistrza o Ostrym Wzroku zgromadzono w poprzednim korytarzu. Dalej niewielkie rzeźby much, skorpionów, wreszcie parę komarów wykonanych głównie z giętego drutu. Nie dostrzegł ani jednej podobizny pszczoły, zresztą ani tutaj, ani wcześniej. Były tu niedbale wykonane przedstawienia, marnie odtwarzające oryginały. Brakowało im owego przyłożenia dłuta, które zmienia wyrób rzemieślnika w dzieło sztuki. Korytarz kończyły drzwiczki, za którymi znajdowała się salka i dwa nie zaplombowane wejścia do kolejnych korytarzy, pełnych jeszcze słabszych replik owadów czy pajęczaków oraz czarno-białych uproszczonych mozaik.
Podobieństwo salek i korytarzy męczyło. Jawiły się one plątaniną bez końca. Bolały dłoń i bok. Adams obawiał się, że mocne uderzenie kleszczy złamało mu żebra. Szczególnie ostatnie żebro było bolesne i wydawało się za krótkie. „Złamane pod kątem prostym do wnętrza, tkwiłoby głęboko w wątrobie. Nie, to nieprawdopodobne..." Przezornie dorysował oba spenetrowane korytarze na rachunku z „Busca dell’Inferno" i zawrócił. Najcenniejsze okazy magazynów przechowywano w zaplombowanych korytarzach. Barwne mozaiki też tylko tam wmurowano. Adams chciwie spojrzał na zapieczętowane drzwi.
Plomba łatwo nie ustąpiła, łańcuszek trzeba było ukręcić. Rzeczywiście, tu ustawiono rzeźby najwyższej klasy. Jako pierwsza stała kompletna rekonstrukcja Afrodyty z Melos. Uaktywniona do działania, pięknym, płynnym ruchem dłoni wykonanej z kamieni spajanych metalowymi przegubami ujęła węzeł szaty i opuściła ją na ziemię, stając naga przed zdumionym Adamsem. Wykonana z blachy szata, podzielona na dwie sztywne części, opadła ze zgrzytem w zagłębienie postumentu. Niewątpliwie zsunęła się po niewidocznej od przodu prowadnicy, bo marmur ciała bogini pozostał nietknięty. Następnie rzeźba nieco uniosła głowę i zastygła, ferując wzrok nie na niego, lecz tuż obok. Obszedł ją starannie i obejrzał od tyłu. Mechanizm sterujący boginią raczej nie był zdolny do innych ruchów. Z rękami i całkiem naga była zachwycająca.
Adams już nie był przekonany, czy podobizna „Ostyjska" jest najpiękniejsza.
— Miałem rację! Jednak się zachowały...!
Na sąsiednim postumencie stał okazały owad, przypominający latającego skorpiona z podwiniętym końcem odwłoka, brakowało tylko chwytnych kleszczy. Duże, błoniaste skrzydła z cienkiej, filigranowo kutej blachy. Wojsiłka.
— Lepiej się do tego nie zbliżać... Wystarczą obrażenia po skorpionie — mruknął.
Albo Adams nastąpił na mechanizm wyzwalający, albo drżenie powietrza wywołane jego głosem spowodowało, że wojsiłka ożyła. Zaczęła rytmicznie uderzać skrzydłami i poruszać głową w górę i w dół.
„Starożytni byli lepsi, niż wynika z tego, co po nich zostało. Czas jest okrutny dla mechaniki".
Zauważył, że opuszczona ręka krwawi. Gromadzi się w niej krew i wystarczy gwałtowniejszy ruch, a ta pokonuje tamę cienkiego strupka. Jego kroki znaczyły ciemne krople.
Mógłby przysiąc, że obnażona bogini z Melos obraca się za nim, gdyż rzeźba jakby stale za nim spoglądała. Co chwilę słyszał za sobą tajemniczy chrobot, choć zerkając kątem oka, ani razu nie zauważył jej ruchu.
Następny postument z wypolerowanego trawertynu gościł jedynie nieco blaszanych listków i drucianej trawy.
„Zaiste mogłaby tu siedzieć jakaś zmęczona Nike...", pomyślał, „albo jakaś inna starożytna Kaśka".
Co chwilę coś szeleściło albo chrobotało — obecność Adamsa zaktywowała do działania wiele mechanizmów. Kiedy domniemywał istnienia mechanitonów, nie wyobrażał sobie, że osiągnęły tak wysoki poziom. Niewiele wzmianek sugerowało w ogóle ich istnienie. Wiele poetyckich sformułowań trzeba będzie odczytać na nowo.
— Łśśśt...! — Plasst! — Strzała wypuszczona przez Amora z przeciwnej strony korytarza trafiła w posadzkę obok nogi Adamsa. Odskoczył, ale równocześnie coś boleśnie złapało go za piętę. Szarpnął się, lecz stopy uwolnić nie zdołał. Runął na posadzkę. Szamotał się z długim, wijącym się wężem. Blaszana łuska zraniła go w drugą nogę, nieco nad kostką. Mechaniczny gad był zbyt smukły i mocnym chwytem obu ramion dał się zgiąć w kabłąk. Trzeszczała konstrukcja, nie przewidziana do takich odkształceń. Szczęki zaciśnięte na adidasie nie próbowały poprawić chwytu. Blaszane oczy gada śledziły ruchy Adamsa.
Noga piekła nieznośnie. Adams demolował klejnot sztuki mechanicznej starożytnych. Przetrącony grzbiet pozbawił węża koordynacji ruchów. Można było wywijać zdobytym końcem ogona na wszystkie strony, póki nie oderwie się zupełnie. Zgrzytały wyłamywane cięgna i prostowody. Sięgnął po strzałę i wetknął między szczęki węża, by je podważyć, ale złamała się. Druga strzała Amora zawadziła o rękaw. Adams nie zauważył, że Amor celował w niego. Sięgnął po strzałę i podważył nią szczęki węża, który teraz wykonywał nieskładne skręty. Otarcie na dłoni pękło, strzała złamała się, ale uścisk zelżał.