Cukier w normie z extrabonusem

Sławomir Shuty
Cukier w normie z extrabonusem
  • W.A.B
    Warsaw 2005
    125 x 195
    268 stron
    ISBN 83-7414-129-8

Cukier w normie Sławomira Shuty’ ego (rocznik 1973), autora jest zbiorem opowiadań utrzymanych w podobnym klimacie stylistycznym, co Zwał (2003 ) − powieść, która stała się manifestem pokoleniowym i przyniosła autorowi prestiżową nagrodę tygodnika Polityka. Autor dał w niej metaforę dzisiejszej kondycji młodego Polaka w trybach kapitalistycznego przedsiębiorstwa. Mamy więc opowieść o pokoleniu, rzuconym na śmietnik supermarketu i na giełdę pracy, mamy wyścig szczurów, karuzelę promocji i szkoleń zawodowych, mamy cynizm i hipokryzję w ilościach hurtowych i detalicznych, mamy seks przez internet, czczość konsumenckiej krzątaniny, satyrę na domorosły Babilon. W krótkich opowiadaniach ze zbioru Cukier w normie (część z nich powstała wcześniej aniżeli Zwał), autor jeszcze bardziej daje ujście swej pasji satyrycznej. Jest kronikarzem rodzącej się „podklasy”: ludzi fabrykowanych przez zwycięską i panoszącą się cywilizację konsumpcyjną. Daje obraz spotworniałego życia spotworniałych mieszkańców spotworniałych podmiejskich blokowiskach. Ich kościoły to supermarkety, glowy meblują im reality show i prasa kolorowa, język puchnie od telewizyjnego bełkotu. To nowi „ wydrążeni ludzie” XXI wieku. Shuty odmalowuje ich język, ich wyobraźnie, ich dzień powszedni i ich obyczaje. Shuty wydawać się może mizantropem , ale jest to ten rodzaj mizantropii którą kiedyś czytelniczy odnajdowali w prozie Swifta, czy Zamiatina, a dziś znajdują u Houllebecqua.

- Marek Zaleski

Fragment

Ta szczególna sytuacja

Irena biegła i biegła, aż stanęła wreszcie na środku pola i zaczęła się zastanawiać, co właściwie robi, czyli po co tak biegnie i biegnie. Czy ażeby zrzucić kilka zbędnych kilogramów, jak czasem zalecają w kolorowych pismach dla pań, że bieganie jest dobre na to, czy przed kimś ucieka? Bo jeżeli to pierwsze, to już chyba można by było wrócić do domu, po zmęczeniu poznała, że kawał drogi już przebiegła i spaliła pewnie dużo zbędnych kalorii, ale jeżeli to drugie, to należałoby chyba biec dalej. Szybciej nawet. I bądź tu mądry. Stała tak i w głowie jej huczało jak czasami w telewizorze, jak się program kończy i ekran jest cały biały, tylko szumi, a nic nie widać.
I co robić? Biec czy wracać? Szukała wokół czegoś oczami, żeby jej to podpowiedziało. Jakichś znaków. Jakiegoś czegoś takiego. Żeby coś, jak czasami pokazują takie rzeczy. Ale nic nie było. Choćbyś się wściekł, to nie było. Tylko niebo, trawy i kilka brzózek w oddali. W sobie też nic nie czuła, żeby jej co powiedziało, jak się czasami mówi, że coś podpowiada instynkt. Nic. Czyli że dalej nie wiedziała. Stała i patrzyła. Stała tak, stała, aż wreszcie ruszyła niepewnie nogą do przodu. I do tyłu. Niebo zachodziło już szarówką. I rosa się kładła na łące. Ale kosy sobie gadały w najlepsze. A o czym one gadały?
Na pewno nie o tym, co by Irena chciała wiedzieć. A nawet jakby o tym gadały, toby Irena nie wiedziała, bo mowy ptaków, choćby się wściekła, nie rozumiała.
Co robić? Tak jej po głowie chodziło takie nic a nic. Ani by co zjadła, ani coś. Ale jeść raczej nie można, jeżeli schudnąć się chce. No a jak się ucieka, to jeść chyba trzeba, żeby siłę dalszą mieć do ucieczki. No to zrzucać coś, schuść wreszcie czy uciekać? Jeść czy nie jeść? Główkowała. A im dłużej, tym bardziej skołowana była. A to macała się po brzuchu, żeby sprawdzić, czy zrzucić było co, a to rozpamiętywała, czy jakiej krzywdy komu nie zrobiła, żeby uciekać trzeba było. Ale zrzucić zawsze jest co, jak nie ma nawet, to też jest, tak to przynajmniej ukazują w tych programach o zagranicznych wesołych narodach. A i ludzie też różne zawsze powody mają, by gonić, a i bez powodu, to też przecież pogonią, bo im co głupiego do głowy przyjdzie, tacy są.
No, ani wte, ani wewte. Stała tak i stała. Buty jej wilgocią naszły od rosy, jaka się na łące podniosła. Niebo się też całkiem ciemne zrobiło i gwiazdy to tu, to tam pokazywać się nieśmiało zaczęły. No co miała robić. Wracać? Biec? Stała tylko i stała.
Aż ją wreszcie dopadł po cichu. Że się nawet nie zorientowała. Jak stała. Mąż jej. Włodek.
Silny chłop.
– I co, miałaś zrzucać, a stoisz?! – krzyczy.
– Ja cię już zaraz pogonię, zobaczysz! Wycierucho!
Znajdo! Kurwiszonie! – I pasem ją przez plecy zmiął, że aż zaświszczało.
Zapiekło ją też, ten pas, że ojej. I zaraz jej pamięć wróciła. Zaraz sobie wszyściutko przypomniała. O ślubie bratowej. W sobotę. I że sukienka trochę w pasie pije. Że nie ma innej, bo nie ma na inną, a jakoś wyglądać trzeba. I o sałatce warzywnej, jaka będzie serwowana. O pysznej szynce. O napojach gazowanych. O tych smakowitościach, że ojej. Aha, pomyślała, już wiem. I dawaj dalej. Przez łąki.