Stygmatycy

Marek Nowakowski
Stygmatycy
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2005
    146 x 208
    152 strony
    ISBN 83-7337-952-5

Impuls demaskatorski jest przewodnią intencją prozy Nowakowskiego. Stygmatycy to kolejny zbiór portretów Polaków w fazie komplikujących ich powszedni byt zmian ustrojowych. Tyle że pióro Nowakowskiego towarzyszy teraz w mniejszym stopniu głównym profitentom tych zmian, a w większym stopniu osobom przegranym, zubożonym, wypchniętym na margines ze wspólnoty społecznej. Odrzutkom nowej cywilizacji pieniądza, nieumiejącym dostosować się do reguł „żarłocznej walki” o szmal, stawić czoła wymogom także nowej obyczajowości.
Paradoksalnie, są wśród nich tacy, którzy wybornie potrafili „nażyć się”, jak sami powiadają, pod Hitlerem, Stalinem i za czasów gierkowskich, dorobkiewicze, kombinatorzy, dawni badylarze i inni przedstawiciele tzw. prywatnej inicjatywy, kiedyś z odpowiednimi dojściami i układami, wykorzystujący sprytnie luki prawne i podatkowe PRL-u. Teraz to niedostosowani do nowych wymagań, utrzymujący się z „rencin” i żyjący wspomnieniem przeszłości bywalcy knajp, w których, jak w „Małgorzatce”, znajoma właścicielka pozwala im korzystać z tańszych trunków zakupionych w sąsiednim sklepie - wyparci z gry rynkowej przez nowych kombinatorów, „bydło agresywne i rozpasane” z mafijno-politycznych układów, o których to osobnikach mają jak najgorsze zdanie.
Są w tym gronie przegranych i odrzuconych też poeci (przedstawieni z łezką w oku w opowiadaniu Dawni poeci i Muza), dla których słońce sławy i jako takiej mamony, a także wielbiących ich panienek z prowincji, świeciło w PRL-u, obecnie zaś opuściło, pozostawiając ich na łasce mecenasów o wątpliwej reputacji i ewentualnych, uwodzonych podczas jakiegoś bankietowania, sponsorów z grubym portfelem. Są i byli dygnitarze, często o inteligenckim rodowodzie i kartach ładnej ideowej przeszłości wojennej i tuż powojennej m.in. w PPS-ie, którzy bez przekonania i wbrew sobie dali się zaprząc do orszaków komunistycznych, po czym przymykając oczy na farsę polskiej polityki, usłużnej wobec wschodnich mocodawców, dali się do imentu zeszmacić i teraz boleją nad ujawniającą im się coraz wyraźniej klęską własnego życia.
Nowakowskiego literacka diagnoza czasów, w jakich żyjemy, zdaje się trafnie uzupełniać i motywować ten obraz życia w III RP, jakim można się poważnie przejąć czy przerazić, wysłuchując na bieżąco codziennych serwisów informacyjnych w polskich mediach.

- Mieczysław Orski, Nowe Książki, 7/2005

Fragment

Ledwo usiadł, krzywo na niego spojrzała. W tych ślepiach tyle oburzenia, świętego gniewu. Jakby zobaczyła, że wieprzek z gnojowiska do salonu wpadł. Rozliczała się z dostawcą. Podpisywała faktury. Zajęta rachunkowością. Podniosła wyfiokowany płomienisty łeb i nieomylnie wyłowiła go z ciżby, choć schronił się w najdalszym kącie. Zasłonił się gazetą i zerkał na nią ukradkiem. Oparła się o kontuar, łapą w pierścieniach przebiera po blacie. Denerwuje się jego obecnością. Garkotłuk nigdy nie zostanie damą. Zad jak kufer, cycki może sobie na ramiona zarzucić, A niedawno taka była serdeczna, przymilna, do rany przyłóż. Jak ich kiedyś witała! Oni najdawniej tu przychodzili. Jeszcze wtedy była to „Małgorzatka". Tak ponazywali za komuny knajpy. „Dorotka". „Poziomka". „Kubuś". „Ploteczka". „Danusia". Lubili zdrabniać. Im gorsza mordownia, tym bardziej słodka pieszczota w nazwie. Takiego mieli hopla. Przed komuną zwyczajnie, po ludzku były ponazywane. „Pod Karpiem". „Pod Setką". „Pod Żółwiem". „Cichy Kącik". „U Ślepego Leona". Też taka była. Już nie pamięta, jak się „Małgorzatka" po ludzku nazywała. Teraz „Las Vegas", proszę bardzo. Zachciało im się Ameryki. Nerwowo zaszeleścił gazetą, myśli rozproszone, ani czytać, ani nic. Uparcie szydełkowała go ślepiami bazyliszka.
- Proszę wyjść! - wrzaśnie zaraz. - Pan tu nie ma wstępu!
Ruchem zamaszystym psa z izby wygoni. Wieśniaczy atawizm. Taka gruboskórna osoba nie ma żadnych oporów. Burzyła się w nim duma. Przecież nie wysrała go koza na kamieniu. Przez cały PRL szanowali go partyjni i bezpartyjni. Przodków miał zacnych, wiek stosowny, zaznał jeszcze Polski dawnej, przedwojennej. Jego babka, matrona o imieniu Honorata, rzadko obecnie na chrzcie dawanym, prowadziła w carskiej Warszawie pensję dla panienek z dobrych domów. Pamięć rodzinna przekazywała zasady surowe, niezłomne, którymi w misji pedagogicznej się kierowała. Surowość obyczajów w rodzinnym domu spowodowała zapewne, że sam poluzował znacznie ciasne pęta i niczym pies zerwawszy się z łańcucha, ruszył w odmęty życia. Burzyła się w nim krew szlagona. A jakże ma się nie burzyć! Z łatwością może się wykazać klejnotem szlachectwa, rodowodem od sejmikowych Sarmatów z podgolonymi w garnek łbami. Świętej pamięci ojciec Napoleona, buchalter z firmy ubezpieczeniowej Prudential, plac Warecki, obecnie Powstańców, przechowywał pieczołowicie pożółkłe papiery, starożytne pergaminy, łaciną zapisane, lakową pieczęcią opatrzone; tam czarno na białym wyłożona była przeszłość rodu. Herb efektowny, półkozic w czerwonym polu. W czasach obecnych chamy co dorobiły się majętności, za herbami  chętnie  się rozglądają, noszą na grubych, prostackich paluchach sygnety i grawerować sobie każą odpowiednie znaki i symbole. Kopiują bezczelnie z herbarzy. Podróba, imitacja w tylu dziedzinach zapanowała. Napoleon dawno temu sprzedał sygnet po tatusiu, ale w sercu go wiernie przechowuje. W moich żyłach płynie błękitna krew i nikt mi tego nie odbierze, powtarza z upodobaniem. Z błękitem przesadzał jak zwykle, szaraczkowa szlachta, małe folwarczki na mazowieckich piachach, ale czasem miód i piwo chmielowe wychylali z kasztelanami i senatorami, może nawet z hetmanami.
I taki oto garkotłuk, tłumok prowincjonalny, pańszczyźnianego chłopstwa owoc niewątpliwy, staje się panią na włościach i traktuje go jak marnego kundla nie wiadomo skąd. Pamiętał doskonale czas, kiedy ona przybyła na podbój stolicy. Tapir piętrowy na głowie, sukienka z bistoru w kolorach jaskrawych, wulgarnych, pięty niedoszorowane, żółtym rogiem pokryte wystawały z ciasnych pantofli na wysokim obcasie, szerokie stopy uwięzione w ciasnocie szpilek. Poruszała się niezgrabnie, tłukła szkło, wszystko leciało jej z rąk i długo nie mogła się rozeznać w nazwach i rodzajach trunków. Wówczas już w mnogości zapełniały półki różne brandy, koniaki, łyskacze. Także koktajle i drinki stawały się coraz bardziej modne. Trudna to była umiejętność na jej tępy łeb i toporne, krótkie paluchy. Mozolnie uczyła się miejskiego obycia po terminowaniu w zaplutych gospodach GS-u we wschodniej części naszej ojczyzny. Wspomagał ją Napoleon swą rozległą, wyrafinowaną wiedzą bywalca. Nieraz gorąco mu dziękowała. Niezwykle szybko o tym zapomniała i takiej doczekał się wdzięczności. Przestał być dla niej gościem godnym szacunku. Poczuł się jak ostatni rycerz, co broni się przed wrażą nawałą w ostatniej wieży. Już łapę z kontuaru zdjęła, poprawiła rudą szopę na głowie, nogę do przodu wystawia. Szykowała się do szarży. Czasem los szczęścia ratuje przed upadkiem. Posłyszał głośny rechot. W progu pierwszej sali pokazał się ten byk, cały w skórach i złotych łańcuchach, troglodyta mocarny. Obcasem go nazywali. Lubił grywać w bilard. Jego specjalność to piramidka. Wróciła moda bilardu, która przez komunizm została doszczętnie wytrzebiona. Najlepsze stoły to były petersburskie. Czy zachował się gdzieś petersburski stół?
-Napoleon! - zawołał Obcas i obdarzył go szerokim uśmiechem.
Był wyjątkiem wśród tych nowych bywalców; lubił go słuchać, szczególnie kiedy opowiadał o dawnych grach w kasynach i hazardzistach wielkiego formatu.
Ona, właścicielka, okropnie bała się Obcasa. Cham przed silniejszym chamem zawsze ustępuje, w rewanżu słabszego wdeptać w glebę pragnie. Obcas dwa winiaki zamówił. Sama przyniosła. Klepnął ją w tyłek i pochwalił:
-Obsługa ekstra, mięsista!