Skaza

Magdalena Tulli
Skaza
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    125 x 195
    216 stron
    ISBN 83-7414-151-4

Mieszkańcy domów przy wielkomiejskim placu wydają się nam dobrze znani. Służąca ze swoimi marzeniami, zatrudniający ją notariusz, policjant ranny niegdyś na froncie, student skłonny do awantur politycznych i pijackich oraz inne postacie Skazy otrzymują role na pierwszy rzut oka typowe niczym szablony krawieckie. Należą do epoki minionej, ale bliskiej – tej, którą symbolizuje w książce krach giełdowy, lokalny przewrót albo tłum niemile widzianych uchodźców. Sylwetki ludzi w opresji, wyrzuconych ze swojskości w obcość, przywołują pewien prawzór dwudziestowiecznych doświadczeń. Jednak postacie i zdarzenia, nie pierwszy zresztą raz w prozie Tulli, tylko na pozór są tutaj powtarzalnym stereotypem. Plastyczny i empatyczny opis przywraca im jedyność. Zarazem ktoś w rodzaju narratora tej „historyjki” nie jest jako jej stwórca bynajmniej wszechmocny. Musi walczyć o lepszy los dla bohaterów powołanych przez siebie do istnienia. Zmaga się z partactwem, rozpanoszonym za kulisami owego niezbyt rzeczywistego placu, i boryka z niedbałością, która psuje tym ludziom życie. Magdalena Tulli z właściwym sobie bogactwem języka oraz muzycznym zmysłem rozwoju i polifonicznej formy prowadzi opowieść do dramatycznej kulminacji, a potem do zaskakującej puenty. Skazę, podobnie jak Tryby, wolno chyba nazwać swoistą „literaturą niewyczerpania”. Poczuciu, że narrator ma nad przedstawianym światem aż nadto ograniczoną władzę, wydaje się tu bowiem towarzyszyć świadomość, że nieustannie przybywa historyjek o ludzkiej egzystencji, które domagają się opisu i współczucia.

-
Jakub Ekier

Fragment

A tamten plac, położony w innej historyjce, z konieczności opróżniony i zamknięty? A nagle ucięte wątki, które go oplatały? A jego mieszkańcy, nieodwołalnym rozporządzeniem usunięci z własnych domów, pozbawieni dachu nad głową, choć nie mieli nic wspólnego z notariuszem, jego kancelarią i jego kasą pancerną? Żyli dotąd spokojnie, nie wprowadzeni w tajemnice  wąskotorowej kolejki, nie poinformowani o pokładach sypkiego piasku pod fundamentami ich domów, o oszczędnościach poczynionych na zaprawie murarskiej, o nadużyciach, których ukrywanie – lecz przecież nie przed nimi – w końcu popchnęło kogoś do radykalnych posunięć. Nie wiedzieli, czyj zapłacili rachunek, inaczej nigdy nie pogodziliby się ze swoją krzywdą. Nieszczęście łatwiej przyjąć, kiedy jest niepojęte. I teraz, w przeciwieństwie do notariusza, ludzie ci nie musieli się więcej o nic martwić. Najgorsze już się stało. Tam, gdzie dotąd żyli, grunt usunął im się spod nóg.
Więc nie powinno dziwić, jeśli zaczną teraz wysiadać z tramwaju na przystanku przed urzędem okręgowym. Najpierw tylko kilkoro, powiedzmy, jedna rodzina, jak znak, który poprzedza przybycie tłumów – ktoś musi zrobić początek, a ów początek to z późniejszej perspektywy nic innego, jak tylko zapowiedź wiadomego już dalszego ciągu. Oto tramwaj się zatrzymuje i pojawiają się na placu pierwsi uchodźcy, parę ciemnych postaci w różnym wieku, w grubych zimowych paltach, w czapkach z nausznikami, chustach, szalikach i rękawicach. Stąpają niepewnie, oszołomieni nagłą zapaścią swego losu. Pytanie, czy to możliwe, że przybyli nie w porę, jest ostatnim, jakie zechcieliby sobie zadać. Ich także nie pytano, czy eksplozja będzie im na rękę. Wynoszą walizy i tobołki, ustawiają je na trotuarze, jakby sądzili – i to nawet bez cienia wdzięczności – że teraz oddany im został na własność w zamian za utracony dom. Tramwaj nie może ruszyć, póki się nie uporają ze swoim dobytkiem, póki z pomocą dzieci nie wytaszczą wszystkich kartonowych pudeł przewiązanych sznurkiem, sanek, pluszowego misia, gramofonu z wielką tubą i kanarka w klatce. Kiedy dźwigają to wszystko, mają jeszcze zajęcie, a póki jest coś do zrobienia, jest i nadzieja. Potem będzie już tylko gorzej.
Ledwie tramwaj odjedzie, zaczną rozglądać się bezradnie, nie wiedząc, co teraz począć z tobołami i ze sobą. Sprawdzą, czy zabrali wazę ze złotym szlaczkiem, wspomnienie wielkiego serwisu z najlepszej porcelany, który nie mógł się pomieścić w bagażach. Wdadzą się w drobną sprzeczkę, pozwalając, by wzbiły się aż po okna mieszkań ich podniesione głosy. Potem przytkną ucho do kufrów, żeby sprawdzić, w którym z nich tyka zegar z jadalni. Ale nigdzie nie słychać tykania, muszą więc otworzyć kufry i w końcu się upewnić, że zegar leży bezpiecznie, zawinięty w obrusy, tam gdzie go włożyli. Gdyby nie pośpiech, narzucony przez nagłe zdarzenia, mogliby zabrać nawet komplety szklanek i kieliszków, a każdą sztukę zdążyliby jak najstaranniej owinąć papierem i obłożyć trocinami. Lecz gdyby nie owe zdarzenia, od nich niezależne, po co w ogóle mieliby opuszczać swoje domy? Najmniejsza dziewczynka trzyma w objęciach jasiek. To jej bagaż, najlżejszy. Lecz dla niej i tak za ciężki, za duży, wszystko zasłania. Potykając się, dziewczynka niesie swój ciężar, ale nie doczeka się pochwały, bo dorośli zapomnieli o zadaniu, które jej powierzyli. Jest rozczarowana, chwyta ich to za rękawy, to za poły palt: skoro tak, chciałaby już wracać do domu. Była ich oczkiem w głowie, czemu więc teraz nie słyszą, że marudzi i popłakuje? Mogłaby by pomyśleć, że kłębki niewidocznej waty utkwiły im w uszach. A kiedy tupie bucikiem w trotuar, ich wzrok prześlizguje się po niej nieuważnie, przesłonięty jakąś dziwną mgłą ważniejszych spraw. Poduszka równie dobrze może leżeć na krawężniku i właśnie tam upada. Lecz rozpacz pozostaje bez echa. Dziewczynka zaczyna rozumieć, że nie ma powrotu to tego co było i że wszystkie jej przywileje przepadły. Siada więc na tej poduszce z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia. I łzy, które na nic się nie zdały, zasychają na policzkach.
Ale dwoje starszych dzieci niczego się jeszcze nie domyśla. Podczas gdy policjant zajmie się legitymowaniem dorosłych, będą karmić kanarka skórką od chleba, wsuniętą między pręty klatki, beztrosko porzuciwszy swoje pakunki na trotuarze. Kanarek, zmęczony podróżą, stroszy się i odwraca ogonem. Wobec tego pozostało im tylko biegać w kółko. Toteż biegają do upadłego, śmiejąc się jak szalone. Uszczęśliwione własnym nieposłuszeństwem, będą teraz dla zabawy uciekać matce i z daleka robić głupie miny do ojca – który chodzi wokół placu, siląc się na grzeczność, co oczywiste w jego sytuacji, i rozpytując o jakiś kąt do wynajęcia. Matce tymczasem brak już sił. Zmęczona, siada na walizkach, choć jeszcze chętniej byłaby się położyła. Jest w zaawansowanej ciąży, palto jej się nie dopina na brzuchu, w każdej chwili można spodziewać się rozwiązania. Dzieci będą chować się za rogiem i wracać, zgrzane, spocone, aż w końcu, wyczerpane własną wesołością, rozpłaczą się gorzko. I widać, że ich śmiech nic nie znaczył, bo tylko ten płacz liczy się naprawdę.