Widma w mieście Breslau

Marek Krajewski
Widma w mieście Breslau
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    122 × 194
    296 stron
    ISBN 83-7414-115-0

Marek Krajewski, filolog klasyczny, pracownik naukowy Uniwersytetu Wrocławskiego, zadebiutował w 1999 roku powieścią Śmierć w Breslau. Gdyby chcieć bezczelnie przyporządkować tę książkę do tradycji jakiegoś gatunku, to mamy do czynienia z niemal klasycznym czarnym kryminałem. Bohater Krajewskiego, radca kryminalny Eberhardt Mock, prowadzi w przedwojennym Wrocławiu śledztwo w sprawie makabrycznego morderstwa. W Breslau AD 1934 mieszają się światy nazistowskich rządów, wielonarodowej jeszcze społeczności i tajemniczej satanistycznej sekty. Krajewski, przechadzając się po tamtym mieście, mimochodem niejako odnotowuje dziwaczność rzeczy i znaki wróżące katastrofę. Nadaje tym obserwacjom mroczną tonację, zanurza się w niejednoznaczności.
Eberhardt Mock znakomicie wpasowuje się w ten model tajemniczej, ciemnej rzeczywistości zbrodni. To on jest Wrocławiem. W jego rozchwianej osobowości odbijają się światła i cienie miasta.
Koniec świata w Breslau (2003), kontynuacja debiutu, cofa nas w czasie. Jest rok 1927. Wbrew pozorom ten zabieg – choć wymagający – okazał się pomysłem doskonałym. Poznajemy wcześniejsze losy Mocka, otrzymujemy wskazówki, wyjaśniające jego perwersyjną nieco psychikę. Nie to jednak jest w tym posunięciu najistotniejsze. Wszak w kryminale główny bohater nie zmienia się w serii ze swoim udziałem w sposób znaczący. Czytelnik czarnych kryminałów woli swojego ulubieńca takiego, jaki został zaproponowany w debiucie. Niemniej zmiana dekoracji i starcie bohatera z nową rzeczywistością mieszczą się w schemacie gatunku jak najbardziej.
A lata dwudzieste to prawdziwy kąsek dla Krajewskiego. Jego predylekcja do okultyzmu, tajemnicy i masek właśnie w szalonych latach dwudziestych znajduje najlepszą pożywkę. Zapełniające strony powieści osobliwe typy: heroiniści, degeneraci, protagoniści nierzeczywistości, doskonale wpisują się w świat, który uwodzi Krajewskiego (a razem z nim Eberhardta Mocka). Nie ma jeszcze faszystowskiego kagańca na pooranej twarzy Breslau. I prawie nie ma słońca. Jasny dzień mógłby odsłonić blizny na twarzy Mocka-Wrocławia. I ktoś mógłby chcieć wytłumaczyć strukturę tego świata racjonalnie. A nie powinien. Los Angeles Chandlera pozbawione nocy, zostałoby pozbawione duszy. Podobnie Wrocław Krajewskiego.
Jest rok 1919. Asystent kryminalny Eberhardt Mock prowadzi śledztwo w sprawie morderstw, których sam jest siłą napędową. W Widmach w mieście Breslau najnowszej części cyklu o Wrocławiu bohater Krajewskiego staje się przedmiotem gry. I znowu cofnięcie w czasie przynosi zaskakujący efekt. Wybranie bohatera-policjanta na ofiarę, to zabieg stary jak gatunek. Ale zazwyczaj dotyczy doświadczonych i znanych z ekstrawagancji gliniarzy. Krajewski dużo zaryzykował obracając ten schemat. I znowu wyszedł obronną ręką.
Podobno w ostatniej odsłonie tetralogii Krajewski zamknie wątki rozrzucone po trzech częściach. Te wątki, które dotyczą Eberhardta Mocka i jego losów dalszych, a nie wcześniejszych. Rzecz będzie się działa w 1945 roku. A to oznacza, że będzie to także zamkniecie losów Breslau. Ostateczne. Nikt już nie nazwie tak Wrocławia po wojnie. Nie będzie wolno.

-
Irek Grin