Szklana huta

Daniel Odija
Szklana huta
  • Prószyński i S-ka, Wydawnictwo Czarne
    Warszawa, Wołowiec 2005
    142 x 202
    200 stron
    ISBN 83-7469-019-4

W zbiorze opowiadań Szklana huta Daniel Odija zafundował czytelnikom „powtórkę z rozrywki”, powracając do zagadnień, które interesowały go w powieściach Ulica i Tartak. Trudno w przypadku tego tomu mówić o wyrazistej dominancie, ale można wskazać pewne pasma tematyczne. Odija po raz kolejny pisze o problemach młodych ludzi z prowincji, czyli cieszącej się złą sławą Polski B, zmagających się z brakiem pracy, perspektyw, a nawet sensu życia (opowiadania Melisa, Szklana huta, Brokat czy Zgryz). Tworzy także galerię ludzi pogubionych, wykluczonych, z wyboru albo konieczności umiejscowionych na niezbyt przyjemnych marginesach rzeczywistości (opowiadania Anatomia, Bokser albo Mięśnie). Najczęściej są to ludzie nieszczęśliwi, którym życie dało ostrą szkołę i nauczyło szacunku dla kilku zasad prostych jak z wojskowego regulaminu – na przykład takiej: „Zawsze znajdzie się silniejszy”. Ostatnie pasmo tematyczne w Szklanej hucie stanowią historie rodzinne, swego rodzaju mini sagi, w których autor opowiada o narodzinach i śmierci, wspomina rodzinną historię i prehistorię, zastanawia się nad rolą przypadku, który na długie lata wiążę tych a nie innych ludzi (opowiadania Tryptyk, Historie prawdziwe czy Nauka bezruchu). W kolejnej już książce Odija konsekwentnie maluje prozatorskie obrazki w konwencji czarnego realizmu.
Mimo iż w niektórych tekstach z nowego tomu pobłyskuje niewielkie światełko nadziei, jakim jest miłość krewnych i bliskich, dająca bohaterom nadzieję i siłę do walki ze światem, to jednak wymowa opowiadań jest zdecydowanie pesymistyczna. Świat jawi się bohaterom opowiadań Odiji jako niebezpieczna dżungla, ich życiu ciągle zagrażają mniejsze lub większe katastrofy. Czy tak faktycznie wygląda polska rzeczywistość? To kwestia do dyskusji. Trudno jednak odmówić autorowi Szklanej huty sugestywności w opisach ciemnych stron naszej przaśnej teraźniejszości.

-
Robert Ostaszewski

Fragment

Przypadkiem się stałem. Stworzył mnie przypadek. W niekontrolowanym wystrzale, który w ciemności rozlał się Drogą Mleczną, ugrzęzłem w miękkim gnieździe. Zwinięty w kłębek rozkurczałem się, a w głowie miałem rytm, który stawał się moim rytmem. Byłem wyrażany powoli, ale uparcie. Pompowano we mnie krew i wapń. Przelatywały przeze mnie witaminy i trucizny. Pierwsze afrodyzjaki i ostatnie ukojenia. Zapętlały się nieśmiałe supły myśli. Byłem namawiany do reakcji – kodowano mi odruchy.
Odwieczny schemat głowy, dwóch rąk i pary nóg przeciągniętych kruchym kręgosłupem był kreślony specjalnie dla mnie, dla nowego ciała i umysłu, które choć tyle razy się wykluwały, były jednak wyjątkowe przez to, że moje i tylko moje. W tej jednej chwili od zmasowanego popędu wymagano skupienia się na jednostce, rozpoznania jej i zarysowania w niej niepowtarzalnych cech. Czy to wyróżnienie jednego z nas spośród innych nie jest pewnego rodzaju prezentem? I w jakim stopniu od nas zależy? Czy jest to prezent od wroga czy przyjaciela?
Szukający siebie. Szykowany poza sobą dla siebie i pośrednio dla innych. Będący zapowiedzią, kolejną nadzieją – sensowną dopóki przybywa mózgu, twardnieją kości i mięśnie, szybko goją się rany; zawiedzioną, gdy pęknięta skóra pozostaje już pęknięta do końca, a zamiast nowych słów, ulatują juz nawet te stare – jednak rozrastałem się. Bezczelnie, z pomocą sił, których nie można poznać.
Bo może nasz początek nie tkwi w nas samych, ale w zwielokrotnionej zapowiedzi, która musi złożyć się w czasie i przestrzeni w tę jedną możliwość powstania naszych protoplastów? I chociaż mój pradziadek musiał spotkać moją prababkę i wspólnie wyprodukowali moją babkę, to przecież wcale nie musieli jeszcze być moi, a co za tym idzie ja ich. Nawet jeśli trochę oni, to chyba przede wszystkim wpływ na moje powstanie miało niezrozumiałe ukierunkowanie losu i przeznaczenia, ten szczególny wysiłek poświęcony na zbudowanie miniaturowej piramidy sensów i nonsensów, która odwrócona wierzchołkiem w dół, na mnie się kończy, a rozrasta w górę matka i ojcem, i tymi, których coraz szybciej zapominam, a którzy są wyblakłymi postaciami uwięzionymi w rodzinnych fotografiach. I tylko czasem uwalniają się w naszych głowach i rozmawiają z nami, pokonując zasieki czasu i rozkładu. Nawet jeśli ich nie znamy, stają się naszymi bliskimi, tym bliższymi, im słabsze nasze ciało, a gorączka silniejsza. Ponieważ zapominając o ciele, uzyskujemy zdolność zapominania o czasie. A wtedy nie ma chronologii i starszy o dwieście lat może być naszym wnukiem.
Wróćmy jednak do świata żywych, nawet jeśli już dawno zmarłych. Wystarczyło przecież, by moja prababka poślizgnęła się pod innym, i juz by mnie nie było. Albo by mój pradziadek upadł na inna i już by mnie nie było.
A przecież trzymając się wykresu piramidy, miałem aż czterech pradziadków i cztery prababcie, czyli jak każdy, ale przyznajcie, że dla stworzenia jednej osoby to wiele. Wiadomo, po drodze zdarzyli się dziadkowie, babcie, wujkowie, ciotki, kuzyni, ale tutaj zajmuję się sobą, a co za tym idzie, i wami. Dlatego teraz pomyślcie... Każdy z moich pradziadków musiał tak się sczepić i odpowiednio zmieszać płyny z odpowiednią prababką, by powstały odpowiednie ogniwa łańcucha, czyli moi dziadkowie. A wtedy, zresztą jak zawsze, wojny były i ludzi więcej umierało, niż się rodziło. To kolejne sito, przez które musiały przemknąć plemniki moich dziadków. To kolejny stres, który babkom nie pozwalał swobodnie otworzyć się na zapomnienie. A jednak jakoś doszło do tego, że obudzili się moi rodzice.
I tu kolejna loteria przypadków. Moja matka przyjechała z jednego końca kraju na drugi tylko dlatego, że jej brat zachorował na zapalenie płuc i cała rodzina postanowiła przenieść się nad morze, by chore płuca wyleczyło tutejsze powietrze. To już trochę moją matkę zbliżyło do ojca. A przecież na kilka lat przed przyjazdem matki były to ziemie niemieckie – od zawsze. I gdyby nie wojna, ani ojciec, ani matka nie spotkaliby się w tym miejscu, bo każdy z nich żyłby tysiące kilometrów od siebie. A tak, wykorzenieni z ziemi pradziadków, całkiem przypadkowo zostali rzuceni na ziemię swoich wrogów i wyrośli na niej trochę jak te drzewa przeznaczone na opał. I ja, choć się tu urodziłem, nie potrafię pozbyć się poczucia przypadkowości, że nie jestem gdzie być powinienem...
No, ale o rodzicach. Spotkali się wreszcie, i to całkiem przypadkowo. Na imieniny mojej matki miał przyjść chłopak z dziewczyną, ale zachorował i ta dziewczyna, żeby mieć kogoś, kogokolwiek do pary, wzięła mojego ojca, tylko dlatego, że znał się z chorym. Mój ojciec znalazł się na imieninach swojej przyszłej żony i z miejsca się w niej zakochał. Nic by jednak z tego nie wyszło, ponieważ matka była po uszy zakochana w innym. Sprawa przedstawiała się beznadziejnie, ale zadziałał przypadek. Okazało się, że koleś, którego kochała matka, wcale tak bardzo jej nie kochał, i gdy zobaczył dziewczynę, z którą przyszedł ojciec, to z miejsca się w niej zakochał. I tak się pomieszało i rozwiązało, i zawiązało, że w tydzień później moi rodzice wskoczyli do łóżka, a dalej to już wiadomo. Oczywiście odtąd musiało się spleść wiele sprzyjających okoliczności, tak cienkich jak żyłki wirusów, bym w końcu zdarzył się ja. Ale jakoś się splotły...
Bo wszystko to przypadek. Nawet jeśli wyrysować najdoskonalszy plan powstawania i niszczenia, i obliczyć psychicznie i fizycznie wszystkie możliwości budowania i burzenia, to nigdy nie będą one ostateczne, bo zawsze znajdzie się ta jednak możliwość, która sprawia, że wszystko to przypadek.
Dlaczego przez dwadzieścia lat, mieszkając dwieście metrów od siebie, nigdy się nie spotkaliśmy? Może dlatego, że prowadziło do nas wiele zakrętów, a drogę przecinało nam kilka przecznic? Ale któregoś dnia w tym samym momencie całkiem przypadkowo zobaczyliśmy się na ulicy. A trzeba wziąć pod uwagę, że na chwilę przed naszym spotkaniem mogłem się rozmyślić i jednak skręcić w prawo, w uliczkę prowadzącą od Ciebie albo Ty mogłaś skręcić w lewo, w uliczkę prowadzącą ode mnie; mogłaś też zapatrzyć się na wystawę, i wtedy minąłbym Ciebie odwróconą do mnie plecami; albo tamten samochód mógł przejechać wcześniej i Ty, żeby nie wpaść pod jego koła, stałabyś na tyle długo, że na kilka metrów przed Tobą wszedłbym do sklepu, nie mając najmniejszego pojęcia, że gdybym tylko trochę zwolnił, to jednak natrafilibyśmy w końcu na siebie... Ten wszystkie możliwości pozostawiam do rozpatrzenia.
W dodatku, pomimo całkiem przypadkowego spotkania, nic by z niego nie wynikło, gdyby nie to, że przypadkowo znaliśmy tę samą osobę. Na dobrą sprawę oboje nie za dobrze. Ale któregoś dnia miałaś sprawę do tej osoby, a ona leczyła kaca w mieszkaniu moich rodziców, którzy od jakiegoś czasy wyjeżdżali w weekendy nad jezioro, i wtedy chata była wolna, a jak wolna, to imprezy. I gdy zobaczyłem Ciebie w drzwiach mieszkania moich rodziców, to wpuściłem do środka, wiedząc, że już tak łatwo nie wpuszczę. A Ty wchodząc, wiedziałaś, że nie tak łatwo będzie Ci się mnie pozbyć. I choć na miesiąc wyjechałaś do Holandii, gdzie Twój czas w amsterdamskich kofiszopach pokrył się z moim czasem w bandażach, bo zaraz po Twoim wyjeździe tak mnie zmasakrowali na ulicy, że ledwo się z tego wylizałem, to jednak po tym miesiącu, długim jak pięć żywotów, spotkaliśmy się po raz drugi i był to znak, że schemat piramidy zacznie się rozszerzać w schemat klepsydry.
Bo po tym drugim spotkaniu staliśmy się przyczyną kolejnych przypadków, wyrażonych naszą córką, a później synem. I chyba już tak jest, że jak oni przypadkiem powstali i przypadkiem rosną, tak nam przypadkiem zabraknie oddechu.