Opowieści przebrane

Wojciech Kuczok
Opowieści przebrane
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    125 x 195
    232 strony
    ISBN 83-7414-103-4

Już debiutancki tom opowiadań Wojciecha Kuczoka z 1999 roku spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony tak czytelników, jak i krytyków, czego wyrazem była m.in. nominacja do Literackiej Nagrody NIKE. Ale w krytycznej recepcji opowiadań Kuczoka wyczuwało się pewne oczekiwanie, które bezpośrednie ujście znalazło w szkicu Kingi Dunin pt. Dlaczego Wojciech Kuczok powinien napisać powieść. Oczekiwanie to wiązało się z intuicją, że opowiadania te stanowią próbę znalezienia: po pierwsze tematu, który byłby tematem własnym autora; po drugie zaś – języka adekwatnego do jego ujęcia. I rzeczywiście – powieść Gnój, która zebrała liczne laury, od Paszportu „Polityki” po Nagrodę NIKE włącznie, dowiodła, że Kuczok wypracował własny temat (rodzinne piekło) oraz poetykę – nieco groteskową, romansującą z realizmem, ale estetycznie nieobojętną – pełną wyrafinowanych konstrukcji, świadomie przełamywanych a to gwarą śląską, a to językiem ulicy. Jeśli zatem Gnój stanowił ukoronowanie dotychczasowej twórczości Wojciech Kuczoka, to przypomniane w tomie Opowieści przebrane krótkie formy prozatorskie, doskonale ilustrują drogę, jaką przeszedł chorzowski autor, by napisać swoją pierwszą powieść.Przede wszystkim przypominają o źródłach tego pisarstwa – twórczości Witolda Gombrowicza oraz wpływie prozy awangardowej lat 70. i 80. Gombrowicz obecny na stronach Opowieści... patronuje m.in. zamiłowaniu Kuczoka do stawiania własnych bohaterów w sytuacjach wyzwalających zarówno skrajne emocje, jak i wręcz atawistyczne gesty. Rodzą one często jakże Gombrowiczowski absurd – zdarzenia wymykają się realności i ciążą ku ironii (aż śmiać się chce... przez łzy). Ale autor Ferdydurke odzywa się w Kuczoku również wówczas, gdy uzmysławiamy sobie, że – paradoksalnie – Opowieści... mają bardzo przemyślaną kompozycję, są przykładem – jak napisał niegdyś Krzysztof Uniłowski – prozy „studyjnej”.Jednak opis krótkich form autorstwa Kuczoka byłby niepełny, gdyby nie drugi wspomniany patronat. Przede wszystkim awangardowość dostrzec można w eksperymencie estetycznym oraz wykorzystaniu wielorakich aspektów języka mówionego – gwary śląskiej, mowy niskich warstw społecznych, wreszcie młodzieżowego slangu. Ta różnorodność pozwala czytać Opowieści przebrane nie tylko jako wiwisekcję pułapek egzystencji, ale także jako zderzenie języków, polifonię mowy, wieloaspektowość naszych pragnień porozumiewania się.

-
Igor Stokfiszewski

Fragment

...Spał pod kroplówką. Cały przykryty kołdrą, tylko główka mu wystawała, złożona na przepastnej poduszce. Patrzyłam z nosem przy szybie izolatki, czy aby niezbyt wierci się przez sen, bo gotów skręcić sobie karczek. Lekarz przyszedł, wreszcie wolny, zdjął jakieś tam rękawice, fartuchy i myjąc ręce, powiedział: „Taak, teraz możemy porozmawiać”. Zanim się do niego odwróciłam, na odchodnym spoglądając na mojego męża, postanowiłam, że co bądź zdarzy się jeszcze, póki nie wróci do zdrowia, lub też póki nie... w każdym razie, nim się wszystko zakończy definitywnie w tę lub we w tę, będę przy nim, dla niego, w związku z nim.
„Przede wszystkim, muszę panią uspokoić, pani mąż od tego nie umrze”.
No to mogłam usiąść, popatrzeć przez okno i zauważyć dzień, chmurę, drzewo, gołębia na parapecie, wszystko po coś. Ja po coś, on po coś. Sensy. Łzy mogłam wypuścić na wolność, nie były już potrzebne.
„Rozumiem, że płacze pani ze szczęścia, choć sprawa nie jest tak oczywista, jak byśmy wszyscy chcieli”.
Stop-klatka. Nawet krew na tę chwilę się zatrzymała, czekając na informację, czy warto płynąć dalej.
„Domyślam się, że od pewnego czasu pani kontakt z małżonkiem był cokolwiek utrudniony. Niestety, mam podstawy sądzić, że w tej materii nic się już nie poprawi”.
Słuchałam. Po prostu słuchałam. Gołąb odfrunął. Tyłem.
„To rzadka choroba. Na tyle, że nie ośmielono się jej dotąd nazwać. Wie pani, w medycynie to, co zostaje nazwane, tym samym ma się za opisane, oswojone, pojęte. Nazwać patologię to pierwszy krok do tego, by ją ujarzmić. My jeszcze nie zrobiliśmy pierwszego kroku w przypadku tego, co spotkało pani męża. Ale co do genezy choroby i, zwłaszcza, jej przebiegu, prawie nie mamy wątpliwości”.
Był opanowany do szaleństwa, jak przystało na ordynatora; zawsze ten spikerski timbre, nienaganna dykcja, głębokie spojrzenie. Szukałam, gdzieś musiało uciec to „prawie nie mamy”, to „rzadka choroba”, gdzieś musiał wepchnąć niepewność na czas tej rozmowy, szukałam, ach tak, długopis, banalny, niejako standardowy rekwizyt wyładowań czynnika ludzkiego, bawił się pan doktor długopisem, obracał go w palcach, drżączkawych nieco, całą słabość z najodleglejszych zakamarków swojej prywatności, swojej po godzinach nie-ordynatorowości ściągając w długopis, a kiedy biedaczyna zobaczył, że go przyłapałam, pomylił się w kolejnej sekwencji ruchów i długopisik upadł, niezgrabnie odbił się od biurka i spadł niżej, na podłogę, pod stolik, pod moje nogi. Chrząknął, uśmiechnął się nerwowo, „przepraszam” beknął, poprawił okulary, zamrugmrugzaciął się przy mruganiu i jego opanowanie runęło niczym peleton kolarzy podcięty upadkiem prowadzącego. Wykonał ruch, jakby chciał się schylić, ale machnął ręką, takim półmachem, z taką miną „e tam”, i poczułam, że cała jego dystynkcja obraca się przeciw niemu w dwójnasób, że się zgubił w sobie, w swojej urzędowości-lekarskości utraconej, i woła teraz w myślach pomocy, mamo, tato, wilki, las ciemny, ratujcie.
„Słucham pana”, powiedziałam do niego jak do studenta, któremu trafiło się niewłaściwe zagadnienie i czeka na cud, na pytania pomocnicze.
„Ttak, no właśnie. Więc pani mąż... jest jeszcze we wczesnym stadium. Zresztą, ech... proszę, proszę ze mną, sama pani zobaczy”.
Wdarłam się w to wtajemniczenie; gdybym nie podstawiła nogi jego pewności, niczego by mi nie pokazał, użyłby jeszcze kilku zdań wypolerowanych i w końcu, składając ręce, powiedziałby coś o dzielności, że muszę być dzielna. Kiedy mu zabrakło słów, kiedy mu je odebrałam, musiał się wyręczyć, zabrał mnie parę korytarzy dalej, weszliśmy do zaciemnionej sali, powiedział coś do pielęgniarki, ruszyły żaluzje, wpadło światło, rażące, i zobaczyłam po chwili rzędy łóżek, w każdym to samo, wszędzie leżeli faceci bez głów.
Zupełnie bez głów.
Uprzedził moje pytanie: „Tak, oni żyją. Proszę, pani pozwoli”. I podeszliśmy do jednego z nich. Nad poduszką, na podeście zawieszony był mikroskop. „Proszę spojrzeć”. Zobaczyłam w powiększeniu głowę śpiącego mężczyzny w średnim wieku, z przyjemnym nalotem siwizny na skroniach, wydawał się spać spokojnie, żadnych grymasów, taka przystojność przezsenna.
„To też stosunkowo wczesna faza. Kiedy się budzi, możemy przez mikroskop czytać z ruchu jego warg. Z większością już nigdy nie odzyskamy kontaktu”.
Poprosiłam, żebyśmy wyszli. Na przykład na taras jakiś, balkonik. Tam gdzie powietrze, tam gdzie można by się na moment wydostać poza nawias tego budynku. Bo w tej klinice (rzeczywistość) wymawiało się w nawiasie, bez wątpienia.
„Wiemy już, że to coś w rodzaju paradoksu Zenona Eleaty. Kiedy dochodzi do rzutów choroby, ich głowy zmniejszają się zawsze o połowę. Wobec czego nigdy nie znikną, choć nie przestaną się kurczyć”.
Był balkon, było powietrze i park-spacerniak w dole. Normalni ludzie w piżamach, szlafrokach i osoby towarzyszące. Wyglądało na to, że niczego im nie brakuje. Doktor pozwolił sobie na papieroska.
„Pierwszy z nich dostał się do nas piętnaście lat temu. Żaden z pacjentów jeszcze nie umarł, wie pani, to bardzo niejednoznaczna sytuacja. W razie przedłużającej się komy zwykle odłącza się pacjentów od aparatury podtrzymującej, ale oni... żyją także umysłem, są świadomi, tyle że, jak by to powiedzieć, w pewnym momencie tracą kontrolę nad resztą ciała, trudno sobie wyobrazić, w jakiej rzeczywistości znajduje się teraz pacjent po trzystutysięcznym rzucie, nie ma takiego sprzętu; za każdym razem dystans między rzutami maleje o połowę, tak że najstarsi z nich – w sensie «stażu» – przeżywają permanentny, szalony pęd regresyjny, zmniejszają się z niewyobrażalną prędkością, wciąż rosnącą, dlatego prawdopodobnie psychicznie też są martwi, żaden ludzki umysł nie mógłby tego przetrwać, tak, ale to znów prawdopodobieństwo, jak już mówiłem, jeszcze niewiele wiemy, wszystko jest w sferze przypuszczeń, no więc etyka...”
Gadał, im więcej gadał, tym bardziej chciałam wracać do izolatki, tym szybciej szłam przez korytarze zastawione szpitalnymi akcesoriami w ciasnotę, szłam, a on lazł za mną i gadał dalej, chcąc może już wszystkiego się pozbyć, całą wiedzę i bezradność swoją wobec niej zrzucić na mnie, masz, babo, co chciałaś, teraz wiesz wszystko i leć do swojego chłopa, póki jeszcze masz do kogo, dreptał za mną i gadał:
„Nie znamy jeszcze genezy, ale istnieje prawdopodobieństwo, och, znowu to słowo, że to jakaś hipersomatyzacja nerwicy lękowej, bo oni wszyscy mieli przedtem podobne objawy: zaniżona samoocena, depresje, hipochondria, wreszcie kryzys w małżeństwie, czy związku, i to malenie jest jakby w ścisłej reakcji, wie pani – metaforyka neurozy, wszystko zawsze skupia się na głowie, ale proszę tak nie pędzić, czy pani mnie słyszy?...”

„Jestem przy tobie”, powiedziałam, kiedy się obudził. Nachyliłam się, żeby mógł mi coś pisnąć do ucha. Poczułam na policzku pocałunek chrząszcza. Poprawiłam mu poduszkę. Bał się. Patrzył. Dwa świderki wwiercały się we mnie, szukały odpowiedzi. Na wszystkie pytania jednocześnie. Musiałam znaleźć słowa zdolne załatać wszystkie dziury, przez które uciekało nam światło.
„Przyniosłam ci gazetki”.