Rien ne va plus

Andrzej Bart
Rien ne va plus
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2005
    wydanie 3 poprawione
    123 x 197
    388 stron
    ISBN 83-08-03719-4

Jeśli miałbym porównać Andrzeja Barta do któregokolwiek z pisarzy zachodnich, sięgnąłbym po osobę Thomasa Pynchona. Obu autorów łączą co najmniej trzy cechy: ich książki ukazują się niezwykle rzadko; stanowią przykład wyrafinowanej prozy postmodernistycznej, pełnej szalonych pomysłów fabularnych i licznych odwołań kulturowych; a wreszcie – o obu pisarzach prawie nic nie wiadomo.
Jeśli natomiast miałbym szukać natchnienia dla prozy Andrzeja Barta (a zwłaszcza dla Rien ne va plus) w twórczości wybitnych polskich autorów, wspomniałbym o książkach Teodora Parnickiego – wielkiego maga powieści historycznej. O ile bowiem w momencie wydania Rien ne va plus krytycy skupili się nade wszystko na wątkach dekonstrukcji polskich mitów i poszukiwaniu aluzji literackich oraz malarskich, dziś śmiało możemy powiedzieć, że książka Andrzeja Barta ukazuje przede wszystkim subiektywność wszelkich opowieści historycznych. Z wyrafinowaną ironią – narratorem jest książę d’Arzipazzi, który na mocy swoistego cyrografu na wieczność zamknięty zostaje we własnym portrecie – Bart ukazuje dzieje Polski (tu zrządzeniem losu trafia obraz) od XVIII po czasy komunizmu włącznie z perspektywy niezwykle skromnych możliwości, jakie daje wiszenie na ścianach u kolejnych właścicieli. Tym samym opowieść, którą snuje książę pełna jest nieścisłości, ewidentnych pomyłek, a także zabawnych nieporozumień – należy pamiętać, że d’Arzipazzi jako Włoch nie musi koniecznie rozumieć niuanse polskiej duszy, stąd jego interpretacje, często kłócą się z tym, co Polacy przyjmują za oczywistość. W ten sposób Bart rzeczywiście występuje przeciw polskim mitom, krytykuje i wyśmiewa ich bezrefleksyjne powtarzanie. Najistotniejszy wydaje się jednak wątek kreowania historii czy historycznych opisów, które – zdaje się mówić Bart – nie są wyrazem obiektywnej prawdy, lecz spojrzenia prywatnego, ograniczonego polem widzenia, wreszcie podporządkowanego subiektywnym interpretacjom.
Ale trudno nie zauważyć, że Rien ne va plus – jak każda porządnie skrojona powieść postmodernistyczna – charakteryzuje się tyleż poważną treścią, ile ubraną w ironiczne szaty, doskonale napisaną historią, która zachwycić może nawet najbardziej wybrednych pożeraczy fabuł.

- Igor Stokfiszewski

Fragment

To, że znalazłem się w kraju tak odległym, było zasługą maestra Solteriniego. Tak, tego samego, który przed kilkuset laty - jeszcze jako Bonifacio Bembo - w zamian za duszę zapewnił księciu Francesce Sforzy największą witalność męską ówczesnego świata. Ten wzięty malarz, a przy tym mag i nauczyciel wielu, pozwolił żyć mojej świadomości w portrecie przedstawiającym mnie en trois quart. Pozowałem na łożu śmierci, w starej koszuli z batystu, przykryty dwiema kołdrami - maestro przedstawił mnie w wierzchniej sukni z zielonego aksamitu, bogato szamerowanej, w białych jedwabnych spodniach i koszuli, której żabot i mankiety były z najdroższych koronek. Zieleń aksamitu nie była przypadkowa, zielenie i umbry bowiem przewodziły w palecie i to właśnie o nich pisał Giorgio Mancini w swoim Traktacie o sztuce przedstawiania ludzi, zwierząt i rzeczy, że mogą być kobiercem godnym stopy Boga. Jakże się mylił, był przecież Solterini ostatnim człowiekiem chcącym mieć cokolwiek wspólnego z Bogiem. Cały swój talent poświęcił przecież dla podtrzymania najściślejszych więzów z jego głównym adwersarzem.
Był więc Andrea Bartlomeo Solterini człowiekiem niezwykłym, lecz jak każdy człowiek, nawet ten pozostający w komitywie z siłami nazywanymi przez lud nieczystymi, błądził. Błędem, spowodowanym roztargnieniem czy użyciem pędzla z niewłaściwego włosia, było pozbawienie mnie słuchu w moim drugim, jakże innym od poprzedniego, wcieleniu. Kiedy zmarłem po ostatnim dotknięciu pędzla, moja świadomość przeniosła się na płótno, wczepiona jak rzep w żółcień neapolitański, ołowianą biel i umbrę paloną. Niestety, świadomość owa okazała się być ułomną. Sposób myślenia pozostał na poziomie lat przedśmiertnych, a nie - jak obiecywał maestro - najlepszych lat męskich. Co najgorsze - ogłuchłem, a to już było karygodne, gdyż obdarzony wspaniałym słuchem, umierając słyszałem jeszcze kłótnię dwóch lokajów w odległym skrzydle pałacu. Gwoli prawdy przyznaję, że bydlęta te krzyczały wyjątkowo głośno, nie potrafiąc uszanować pana, odchodzącego, przynajmniej dla nich, na zawsze.
Wreszcie wyzionąłem ducha. Solterini schował do malkastry utensylia swojego zawodu, zabrał, czego nie było w umowie, świetny strój skopiowany na płótnie i pokłonił się ciału, przy którym służba zapalała świece. Jeszcze niżej skłonił się przed dopiero co ukończonym portretem i, jak mi się zdawało, mrugnął do mnie porozumiewawczo. Na wszystkie pretensje było już za późno, zresztą szczęśliwy podówczas z przeistoczenia, w które powątpiewałem, nie miałem ich wcale. Chcąc zawsze widzieć więcej niźli można zobaczyć, cieszyłem się niezmiernie, nawet kiedy zmuszony byłem obserwować mozolną pracę żałobnic i gestykulującą rodzinę, która rozpoczęła niesmaczne spory o spadek.