Bociany nad powiatem

Piotr Szewc
Bociany nad powiatem
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, 2005
    123 × 197
    110 stron
    ISBN 83-08-03706-2

Pisarstwo Piotra Szewca to zjawisko niezwykłe i odosobnione w polskiej prozie. Autor ten od blisko 20 lat, w trzech kolejnych powieściach, opowiada o jednym dniu i jednym miejscu. Ów dzień – zawsze do świtu do zmierzchu, zawsze w środku upalnego lata – to kilkanaście godzin z życia przedwojennego, polsko-żydowskiego Zamościa i jego najbliższych okolic zwanych powiatem. Ten wyróżniony dzień jest szczególny – paradoksalnie – właśnie dlatego, że nic szczególnego się nie dzieje, za to wszystko jest na swoim miejscu i ma swój sens. W Bocianach nad powiatem pisarz wydaje się jeszcze głębiej wnikać w najdrobniejsze elementy rzeczywistości, kontemplować każdy jej skrawek. Cały smak tej prozy zawiera się bowiem w detalu, w niuansie, w wyrafinowanych dialogach między kolejnymi wersjami tego bezprecedensowego działa. Zwykli bohaterowie (drobi kupcy i sklepikarze, krawcowa i dziewczyna sprzątająca w karczmie) są tu zajęci zwykłymi sprawami, każdy jest na swoim miejscu, w zgodzie ze światem i samym sobą. Od czasu do czasu ujawnia się dziecięcy bohater tego utworu, Lolek, który z wolna odkrywa mniej przyjemne aspekty istnienia – jego kruchość, nietrwałość, ulotność. Bociany nad powiatem – tak jak dwie wcześniejsze powieści Piotra Szewca – to dzieło wielkiej urody językowej, wycyzelowane, warsztatowo dopracowane w każdym calu. Pisarz zaprasza do odwiedzenia małomiasteczkowej arkadii; chce byśmy rozkoszowali się sennością i solidnością miasta i powiatu, których już nie ma, które żyją tylko w jego opowieści.

- Dariusz Nowacki
 

Fragment

Ścieżki, sztachety i kamienie trwały w milczącej uwadze. Jakby oczekiwały czegoś, co niechybnie miało nastąpić i o czym wiedziały, że to odmieni ich byt. Milczały, o nic nie prosząc ani się nic uskarżając, podkowa i rozbita dachówka. Milczały koleiny i polne drogi. A ranek dźwięczał. Dzwoniły niepewne najbliższych chwil krople na liściach. Ćwierkały i pogwizdywały ptaki. Wzniesienie, które co rano w skupieniu słuchało tej osobliwej, o nie całkiem zgodnym rytmie muzyki, rozpoznawało tworzące ją instrumenty. Nie były one widoczne. Bo i ptaki, w które obfitowało przedmieście, ukrywały się jeszcze w chłodzie poranka. Dopiero się rozbudzały. Rozbudzało je coraz bliższe słońce: tylko patrzeć, a wtoczy się na ulicę Młyńską. Gdy odezwał się jeden ptak, odpowiadał mu drugi, powiadamiając, że i on szczęśliwie doczekał świtu. Zdawało się, że i tu, gdzie ulica Krasnobrodzka spotykała się z ulicą Młyńską, dało się słyszeć wzdychanie Łabuńki. Może Łabuńkę utrudził wartki nocą nurt i teraz, gdy słońce toczyło się koleinami i potykało o bruzdy, chciała powiedzieć, że jest zmęczona. Ale nie całe wzniesienie ją słyszało: szmer i westchnienia zapadały się w mgłę, stając się wpół tylko realne, a wpół przez tych, którzy je słyszeli, zmyślone. I zdawało się, że rade z dotyku światła szeleściły liście. Znały ten dotyk: nie czekając, aż obeschnie rosa, unosiły się, prężyły, oddawały światłu. Prężyły się na drzewach i pod dziurawym płotem ze sztachet, wzdłuż ścieżek i na pastwiskach. Liście prężyły się i oddawały światłu jednocześnie, wbrew woli każdego z nich, aby czynić to odrębnie. Bo teraz, kiedy i one budziły się do życia, były szczęśliwsze niż o którejkolwiek późniejszej godzinie: tym szczęściem nie chciały się dzielić. Nie chciały dzielić się światłem i w przyszłości. Dlatego z pilnością, którą zwykła dyktować zazdrość, liście nie opuszczały słońca ani na chwilę: obracając się, podążały za nim, gdy znajdowało się naprzeciwko kościoła św. Krzyża, naprzeciwko piekarni Unterrechta i ulicy Moranda. Ich ruch — słuszne byłoby w nim widzieć przejaw adoracji — przypominał gest wierności właściwy tym, którzy kochają.
Mimo że z mieszkania na piętrze domu na ulicy Wierzbowej do wzniesienia było daleko, Emilia Ku-czyńska, krawcowa, już obudzona, słyszała śpiewające tam ptaki. Ale i tu, na ulicy Wierzbowej — tak wą-skiej, że korony orzechów z obu stron zamykały się nad jej koleinami, a jadące z naprzeciwka furmanki mijały się z trudem — miało swoje miejsce, swój dom, mnóstwo innych ptaków. I one śpiewały, gaworzyły, przekrzykiwały się, powiadamiały się o czymś. Jak w całym powiecie. Emilia Kuczyńska uchyliła okno. Za drzewami, po drugiej stronie ulicy Hrubieszowskiej, gdzieś nad łąkami za ulicą Nadrzeczną, tętniło poranne światło. Spoza pól, drzew i dachów przenikało na ulicę Wierzbową, rozlewało się po ogrodach, bramach i podwórkach, rozchylało płatki pelargonii na parapetach, poruszało się jak żywe stworzenie. Przez uchylone okno napływało chłodne i wilgotne powietrze: pani Emilia nie broniła się przed nim. Powietrze zostawiało na jej ramionach i szyi ślad jak niecierpliwy oddech kowala i gospodarza, Adama Ostrowskiego. To jej w chwili, gdy była sama, pochlebiało. Niech ją omiata oddechem, liże i pieści. I niech nie przestaje: wolała mieć coś, o czym można by powiedzieć, że było czymkolwiek, niż gdyby miała tego nie mieć. Pani Emilia spała krótko i źle, jak zwykle, a działo się tak coraz częściej, gdy nie miała w kogo się wtulić. I zasypiając, wsłuchać się w czyjś oddech i sen. Najdelikatniej, jak mogła, dotknęła poduszki. Palce przesuwały się w różne strony, ale nie natrafiły na to, czego szukały: doświadczyły zawodu. Cofnęła je. Opuszki palców zdawały się pozbawione czucia. Pani Emilia podkurczyła nogi. Nic pamiętała, by była kiedyś bardziej samotna niż teraz. Ale myliła się: każda z chwil, w której samotność podobnie się jej objawiała, mogłaby uchodzić za najbardziej dotkliwą, a na pewno za dotkliwszą od tej, która ją poprzedzała. Pani Emilia nie pomyślała o tym, kolejne bowiem doznanie samotności okazywało się tym, które boli silniej od poprzedniego. Bo możliwe, że samotność, z dnia na dzień większa, rozrastająca się jak bluszcz, wiodła własny żywot, na który pani Emilia, mimo iż by chciała i starała się, nie potrafiła wpłynąć. Odrzucić z ramion, z piersi, pleców. Nie pozwolić samotności, by stale jej towarzyszyła.
Nad zboczami wzniesienia, wzdłuż jego ścieżek, dróg i bezdroży, aż po łąki od południowej strony i ulicę Młyńską od zachodniej, unosiły się zapachy. Była to ich ciężka od nadmiaru, wplątana w mgłę kompozycja. Pachniała ziemia, a na niej zboża. Pachniały kwiaty: niecierpliwe, bo chciałyby już dziś wydać nasiona, bławatki, kąkole, osty. Od rzeki ciągnął zapach mułu, a od łąk zapach płytkich rozlewisk, w których, gdy mgła ustępowała, długimi godzinami, mącąc obraz miasta, brodziło słońce. Zapachy sączyły się z ogrodów za sztachetami i za rozrastającymi się wedle swojej woli żywopłotami. Ze stajni, komórek i obór. Ciągnęły z zagonów gryki i koniczyny. Rozpadlinami i bruzdami sączyły się z wnętrza ziemi. Oddalały się i powracały. Drżały Może się zastanawiały dokąd, którędy, podążyć. Były w ruchu jak światło. Niektóre zapachy składały obietnicę, że objawią się pełniej. Inne nie były niczym więcej niż rozmyślną lub nieświadomą aluzją do swojego istnienia. Za ich sprawą owa wplątana w mgłę kompozycja nie była już zjawiskiem trwałym: jutrzejszy świt miał ją wystawić na nową próbę. Podobnie działo się i ze światłem, które odsłaniając pozornie te same kształty i barwy, żadnego dnia nic podlegało rutynie: cokolwiek wydało się śladem nowego zarysu czy odcienia, światło ogarniało czujnym spojrzeniem. W tym spojrzeniu akacja sprzed domu Pesacha Forema co dnia coraz bardziej się pochylała, a światło nie odsłoniło jeszcze jej rozpostartej nad ulicą Węgierską korony. Akacja jeszcze kwitła i gdyby mogła, za kilka tygodni znów okryłaby się bielą. W padających ukośnie od szczytu wzniesienia promieniach przeobrażał się — bladł, to znów nabierał wyrazu — seledyn łąk i zroszonych pastwisk znad rzeki. Kolory i kształty dopiero się ustalały. Najdrobniejsza zmiana lub coś, ca mogło ją tylko sugerować, zapisywały się w tym skrupulatnym rejestrze. Światło dopełniało swojego dzieła tak, jakby dzieło to było czymś więcej niż powinnością: dzieło stawało się wzniosłym obrządkiem, o którego znaczeniu najlepiej zaświadczał takt, że odbywał się codziennie. I światło przemieniało się w niepodległego wszelkiej rutynie kapłana.