Człowiek w cieniu

Eustachy Rylski
Człowiek w cieniu
  • Świat Książki
    Warszawa 2004
    129x206
    136 stron
    ISBN 83-7391-478-1

Człowiek w cieniu to atrakcyjna powieść współczesna. Jej akacja rozgrywa się na początku lat dziewięćdziesiątych w Warszawie; utwór posiada także szeroki plan retrospektywny. Głównym bohaterem Człowieka w cieniu jest trzydziestokilkuletni warszawski notariusz, Aleksander Rański. To wnuk generała „białej armii”, syn rozkochanej w Czechowie i mieszkającej od trzynastego roku życia w Polsce Rosjanki.
Skomplikowane dzieje rosyjskich przodków Rańskiego układają się w osobną, wychyloną w przeszłość, warstwę fabularną powieści. Eustachy Rylski to pisarz niejako wyspecjalizowany w „temacie rosyjskim”. Tym razem rozwinął go w sposób niezwykle interesujący. Oto bowiem do znającego świetnie język i obyczaje Rosjan polskiego prawnika zgłaszają się rezydenci rosyjskiej mafii. Zrazu chodzi o zwykłą obsługę prawną mniej lub bardziej legalnych interesów. Szybko jednak gangsterzy uzależniają od siebie swojego prawnika, wciągają go w krąg mrocznych i perwersyjnych atrakcji. Między Rańskim i ponurym mafioso Pasławskim rozpoczyna się dziwna, psychologiczna gra, która prowadzi do ponurego finału. Powieść zatytułowana Człowiek w cieniuskłada się zatem jakby z trzech odrębnych, doskonale przenikających się opowieści: historycznej, traktującej o środowisku rosyjskich emigrantów osiadłych na początku lat 20. XX wieku w Warszawie, sensacyjnej i obyczajowej (mnóstwo cennych obserwacji związanych z restytucją kapitalizmu w Polsce po roku 1989).

- Dariusz Nowacki

Fragment

Z wielkimi nadziejami przyjął zmianę ustroju w 1989 roku, jak każdy uczciwy człowiek w jakiejś mierze się do niej przyczyniając. Umiarkowana, chłodna natura nie predysponowała go do działań radykalnych czy ryzykownych, ale inteligencja, elegancja i refleks utrzymywały go na powierzchni przyzwoitości, wymuszając, chciał czy nie chciał, konsekwentny opór wobec niegodziwości i absurdów reżimu. Ofensywę motłochu, tę całą górę ludzkiego śmiecia sunącego w awangardzie zmian uznał za dziecięcą chorobę nowego porządku i oczekiwał, że państwo się z tego otrząśnie. Gdy po dwóch latach nadziei przekonał się, że państwo, nie tyle w swej naiwności i młodości, ale w starym jak świat kurewstwie sankcjonuje ten stan, stając się jego depozytariuszem, że państwo nie tępi hołoty, ale ją ośmiela, wynosi, wręcz sakralizuje, że przez swe instytucje samo staje się sprzedajną, rozchwianą od ściany do ściany hołotą, że rozwielmożniony motłoch tam i tu pociągnięty politurą zachodniości nie jest nieszczęściem tego państwa, ale jego tężyzną, jego chojrackością, to nabrał do tej konstrukcji rezerwy. A od rezerwy do pogardy był tylko krok. Uczynił go, wspierając się na masywnym barku Sebka Pasławskiego.
Kiedy kilka miesięcy temu w wynajętym apartamencie warszawskiego hotelu, podczas jednej z częstych balang z panienkami, doszło do ostrego spięcia między Sebkiem a Rańskim, ten pierwszy dopowiedział do końca to, co do tej pory, dosyć zresztą niezręcznie, zawoalowywał: -Nie podoba ci się mój kałdun!- wrzasnął, plując śliną. –Nie podobają ci się moje kwadratowe bary! Mój spasiony i przepity ryj! Moje grube paluchy i łeb wysmarowany brylantyną...No to ci powiem, rejent, że większość z tego, co tu jest, i wszystko z tego, co tu będzie, jest z tych rąk! I z tego łba!
Sebek podbiegł wtedy do płaszczyzny okien i zamaszystym, gospodarskim gestem rozsunął portierę. Jak na scenie ukazała się oświetlona reflektorem szczytowa ściana sąsiedniego budynku zamalowana reklamą jakiegoś kapitalistycznego śmiecia. Wskazując ją, Pasławski wykrzyknął:
- Wszystko! Wszystko!
- Dobrze mu powiedziałeś, Sebek- odezwał się wtedy Gites półnagiej dziwki- niech nie zadzierają nosa.
Sebek odwrócił się od panoramicznej szyby zlewanej wiosennym deszczem i dodał ciszej, ale z nie mniejszą pasją:
- Chyba przechytrzyłeś, rejent. Chciałeś być mądry, ale znaleźli się mądrzejsi. Chciałeś być cwany, ale są cwańsi. Chciałeś być przewidujący, ale trafiłeś na takich, co widzą lepiej. Myśleliście, że teraz to już będzie wasza działka, wasz ogródek, wasza piaskownica, wasza Polska, atu się, kurwa, okazało, że to jest Polska takich jak ja. Jak ja i moi kumple! Czy to wam się podoba, czy nie! Bo to my zakładamy firmy. My ściągamy pieniądz. My dajemy wam robotę. My płacimy podatki. To moje tiry rozjeżdżają Europę od Hiszpanii po Ural. Że mało ich? Zgoda, może i mało. No to będzie więcej. Kiedy? Z czasem, rejent. Z czasem.
Sebek podszedł wtedy do Rańskiego na długość ramienia i powiedział spokojnie, wręcz przyjacielsko:
- Więc nie zadzieraj nosa i zatańcz z Marzenką jak trzeba. Nie okazuj jej takiej pogardy, bo nie zasługuje na nią. Ani ona, ani my.
Uśmiechnął się, a w jego śmiałych oczach zaświeciły się iskierki inteligencji i uroku, których w pewnych sytuacjach Rański nie mógł mu odmówić.
- Bez urazy, Rański- odezwał się Gites- ale kiwamy was, jak chcemy.
Sebek objął Rańskiego wpół i powtórzył:
- Zatańcz z Marzenką. Proszę cię.
Jakiś czas później Lubow Kiriłłowna zapytała go, czy zatańczył.
O kogo tej czarownicy może chodzić, zapytał siebie w duchu Rański i odpowiedział, kryjąc twarz za uniesionym ramieniem:
- Naturalnie, ciociu.
Od mniej więcej roku okłamywał ciotkę i matkę.
Nigdy z nią nie zatańczył. Nigdy jej nie objął, nie przytulił, nie pocałował. Nigdy nie szepnął jej do ucha żadnej nieprzyzwoitości ani intymności, ani serdeczności, ani niczego. I oczywiście nigdy z nią nie zatańczył.
Był dystyngowany, miły, zawsze poprawny, ale namiętności było w nim tyle, co w kołku od płota.
Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Krojono to małżeństwo za jego plecami, przypatrując się bez obaw jego obojętności i obojętnie jego obawom.
Poza wszystkim bał się, że w mniej czy bardziej stałym związku, słowo „małżeństwo” nie przechodziło mu nawet przez usta, powtórzy los ojca. Lęk nie brał się z powietrza. W miarę upływu lat coraz bardziej przypominał ojca, a w Zosi Ronnert doszukał się matki. Podobnie wiotka, podobnie na niewidocznym wietrze rozkołysana, równie panieńska i równie, cokolwiek by się miało, wydarzyć, niewinna. Zbyt mu bliska, by mogło ich czekać wspólne życie. Jakiekolwiek wspólne życie.