Boży bojownicy

Andrzej Sapkowski
Boży bojownicy
  • superNOWA
    Warszawa 2004
    124 x 195
    588 stron
    ISBN 83-7054-167-4

Andrzej Sapkowski uważany jest za najlepszego polskiego pisarza fantasy. Po zamknięciu niezwykle popularnego wśród czytelników cyklu o przygodach wiedźmina Geralta z Rivii autor zapoczątkował książką Narrenturm trylogię powieściową, której głównym bohaterem jest lekarz i mag Reynevan. Powieści z nowego cyklu należą do tzw. fantasy historycznej, ich akcja rozgrywa się na tle ciekawie ukazywanych czasów wojen husyckich. Drugą część trylogii stanowi książka Boży bojownicy, przedstawiająca przygody Reynevana i jego przyjaciół w latach 1427/28. Reynevan przebywa początkowo w Czechach, potem wyjeżdża na Śląsk, gdzie wypełnia tajne i niebezpieczne misje zlecone mu przez husyckich dowódców. Przy okazji próbuje pomścić śmierć brata i odnaleźć ukochaną kobietę. I nieustannie, ścigany przez licznych wrogów, pakuje się w kłopoty. Świetnie napisana powieść Sapkowskiego zapewnia czytelnikom - jest to niewątpliwie zaleta prozy tego autora – rozmaite przyjemności lekturowe. „Pożeracze” fabuł znajdą w Bożych bojownikach wciągającą, obfitującą w liczne zwroty i zagadki akcję, doprawioną elementami magii i charakterystycznego dla pisarza humoru (momentami nieco rubasznego). Czytelnicy lubiący przyjemności tekstu mogą śledzić wpisane w tekst gry intertekstualne. A wielbiciele książek historycznych zapoznać się ze szkicowanym przez autora obrazem wycinka średniowiecza.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Już z daleka widział, że w klasztorze jest coś nie tak. Zamknięta zwykle na głucho furta była rozwarta na oścież, wewnątrz, na dziedzińcu, migały sylwetki ludzi i koni. Reynevan skulił się w kulbace i zmusił wierzchowca do jeszcze dzikszego galopu.
I wtedy go dopadli.

Najpierw był czar, rzucone zaklęcie, piorunowe uderzenie mocy, które spanikowało konia i zwaliło Reynevana z siodła. Nim zdążył się podnieść, z rowów i zza drzew wypadło i rzuciło się na niego kilkunastu ludzi. Zdążył dobyć noża z cholewy, dwoma szerokimi cięciami zdołał chlasnąć dwóch, krótkim pchnięciem w twarz powstrzymał trzeciego. Ale pozostali dopadli go. Ogłuszyli ciężkimi ciosami, obalili na ziemię. Skopali. Przydusili. Obezwładnili. Spętali ręce na plecach.
- Mocniej - usłyszał znajomy głos. - Mocniej dociągać powrozy, nie żałować! Jak się coś w nim złamie, mała strata. Niech ma przedsmak tego, co go czeka.
Poderwano go do pionu. Otworzył oczy. I zadygotał.
Przed nim stał Pomurnik. Birkart Grellenort.
Od uderzenia w twarz rozbłysło mu w oczach, policzek i oko zapiekły jak przypalone żelazem. Pomurnik odwinął się, uderzył go jeszcze raz, tym razem od lewej, wierzchem urękawiczonej dłoni. Reynevan poczuł w ustach smak krwi.
- To było - wyjaśnił cicho Pomurnik - tylko celem zwrócenia twojej uwagi. Abyś się skoncentrował. Jesteś skoncentrowany?
Reynevan nie odpowiedział. Wykręcając głowę, usiłował zobaczyć, co dzieje się za klasztorną furtą, co to za konni tam krążą i co za knechci biegają. Jedno było pewne - nie byli to Czarni Jeźdźcy z Roty. Ci, którzy go trzymali, wyglądali na zwykłych najemnych zbirów. Obok zbirów stał człowieczek o krągłej twarzy i odzieniu zdradzającym Walona. I oczach zdradzających czarownika. To ów Walon, odgadł Reynevan, zrzucił go z siodła zaklęciem.
- Łudziłeś się - wycedził Pomurnik - że o tobie zapomnę? Albo że cię nie odnajdę? Uprzedzałem, że mam oczy i uszy wszędzie.
Zamachnął się i uderzył Reynevana jeszcze raz, wprost w puchnący już policzek. Obolała od poprzedniego uderzenia powieka zaczęła łzawić. Poleciało i spod drugiej. I z nosa. Pomurnik pochylił się ku niemu. Bardzo blisko.
- Wydawało mi się - wysyczał - że wciąż nie całą uwagę mi poświęcasz. A wymagam całej. Wytęż pomyślunek. I słuchaj propozycji. Wpadłeś. Z życiem ci nie ujść. Ale ja mogę cię z tego wyciągnąć. Mogę uratować skórę. Gdy mi obiecasz, że doprowadzisz mnie do... Wiesz, do kogo. Do tego astrala, który maskuje się jako wielki przygłup. Ocalisz życie, jeśli doprowadzisz mnie do niego...
- Hola! Mości Grellenort!
Z wysokości siodła spoglądał na nich rycerz w pełnej płytowej zbroi. Na koniu okrytym kropierzem szachowanym w błękitno-srebrny wzór. Reynevan znał go. Pamiętał.
- Książę żąda, by mu go dostawić przed oczy. Natychmiast.
- Decydujesz się? - zdążył syknąć Pomurnik. - Doprowadzisz?
- Nie.
- Będziesz żałował.
Na klasztornym dziedzińcu roiło się od konnych, kłębiło od pieszych. W odróżnieniu od pstrych i raczej oberwanych zbirów Pomurnika, strzelcy i knechci na dziedzińcu odziani byli porządnie i jednolicie, w czarno-czerwoną barwę. Wśród konnych przeważali pancerni, tak armigerzy, jak i herbowi.
- Dawać go tu! Dawać husytę!
Reynevan znał ten głos. Znał posturę, urodziwą męską twarz, modnie po rycersku golony kark. Znał czarno-czerwonego orła.
Zbrojnymi na klasztornym dziedzińcu dowodził Jan, książę na Ziębicach. Własną książęcą osobą, w płaszczu obszytym gronostajami na mediolańskiej zbroi.
- Dawać go tu, bliżej - władczo skinął głową. - Panie marszałku Borschnitz! Panie Grellenort! Dawać go tu! A tego Walona zabierzcie mi z oczu! Nie znoszę guślarzy! Podprowadzono Reynevana bliżej. Książę spojrzał nań z góry, z wysokości rycerskiego siodła. Oczy miał jasne, szarobłękitne. Reynevan wiedział już, kogo przypominały mu oczy i rysy twarzy opatki.
- Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy - wygłosił Jan Ziębicki nosowo i patetycznie. - Nierychliwy, ale sprawiedliwy, tak, tak. Zaparłeś się religii i krzyża, Bielau, ty Judaszu. Parałeś się czarnoksięstwem. Knułeś zamach na mnie. Za zbrodnie będzie kara, Bielau. Za zbrodnie będzie kara.
Gdy kończył frazę, nie patrzył już na Reynevana. Patrzył w stronę wirydarza. Stały tam cztery mniszki. Wśród nich opatka.
- W tym klasztorze - ogłosił gromko Jan, wstając w strzemionach - skrywało się husytów! Dawało się tu azyl szpiegom i zdrajcom! Nie zostanie to bez kary! Słyszysz, niewiasto?
- Nie ty mnie będziesz karał - odrzekła opatka, głosem dźwięcznym i nieulękłym. - Nie ty! Łamiesz prawo, książę Janie! Łamiesz prawo! Na teren klaszoru wstępu nie masz!
- To moje ziemie i moja tu władza. A ten klasztor z łaski mych dziadów tu stoi!
- Klasztor stoi z łaski Boga! I nie podlega ani twej władzy, ani jurysdykcji! Nie masz prawa tu wejść ani przebywać, ani ty, ani twoi zbrojni! Ani ten łotr, ani jego zbiry!
- A on - Jan Ziębicki stanął w strzemionach, wskazał Reynevana - miał prawo tu przebywać? Przez całe lato? Wolnoć to, pani siostro, skrywać tu heretyków? Takich jak ten, co tam leży?
Reynevan spojrzał w kierunku, który wskazał książę. Tam, gdzie mur okalający wirydarz schodził się z pokrytą suchymi pędami bluszczu ścianą budynku infirmerii, leżał Bisclavret. Reynevan poznał go po szytej na miarę kurtce z cielęcej skóry, którą Francuz niedawno sobie sprawił i którą wszystkim kazał podziwiać. Tylko po kurtce mógł go poznać. Zwłoki były potwornie zmasakrowane. Jasnowłosy miles gallicus, niegdysiejszy Ecorcheur, Obłupiacz musiał, gdy go osaczono, stoczyć ciężką walkę. I żywy wziąć się nie dał.