Mój Wehrmacht

Janusz Rudnicki
Mój Wehrmacht
  • W.A.B.
    Warszawa 2004
    130 x 221
    166 stron
    ISBN 83-7414-047-X

Mój Wehrmacht to piąty tom prozy w dotychczasowym dorobku Janusza Rudnickiego. Tylko debiutancką książkę tego pisarza osadzić można w porządku gatunkowym (był to zbiór opowiadań), pozostałe wymykają się takim ujęciom. Rudnicki wypracował własną, niezwykle oryginalną formułę wypowiedzi prozatorskiej. Najwięcej ma ona wspólnego z sylwą współczesną, czyli tekstowym variétés, mieszaniną, która mieści w sobie literackie zmyślenie, prozę dokumentu osobistego, cytaty i parafrazy, komentarze i impresje. Mój Wehrmacht także powstał z wrażeń i okruchów codzienności. Te pierwsze (wrażenia) należy rozumieć dosłownie. Tom otwierają bowiem dwa obszerne komentarze Rudnickiego odnoszące się do książek, które zrobiły na pisarzu duże wrażenie. Jedna z nich to monografia Kobiety Brechta z 2002 roku, druga to także monografia – Kobiety nazistów z r. 1998. Obie odczytane i skomentowane przez pisarza w sposób niezwykle przewrotny. W kolejnych – tym razem miniaturowych – tekstach Rudnicki zwraca się ku otaczającej go rzeczywistości. Siłą tego pisarstwa jest nieprawdopodobna spostrzegawczość i nietuzinkowy humor – tutaj dosłownie każdy drobiazg, najbardziej banalne zdarzenia (na ulicy, w sklepie, w widzie) mogą być zarzewiem wyszukanej anegdoty. Bo też prześmiewcze nastawienie Rudnickiego ma głębszy, w jakiejś mierze filozoficzny sens. Czytając jego prozę śmiejemy się przez łzy, komunikujemy się z tym, co w naszym życiu i świecie absurdalne, złudne, wieloznaczne, naznaczone dziwnością, której na ogół nie dostrzegamy.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Jestem na wczasach

Kelnerzy. Skrępowany ich obsługiwaniem. Skrępowany ich pracą, polegającą na usługiwaniu mi. Skrępowany ich istnieniem na każde moje skinienie. Pan, którego onieśmiela sługa. Nie żebym użalał się nad jego losem, jego rola leży mu zapewne, to nie o niego chodzi, o mnie. Odwracam skrępowany głowę, kiedy nalewa mi wino do kieliszka. Świadek koronny jego poniżenia, którego on nie czuje wcale. Ja czuję, tak jego wywyższaniem mnie poniżony.
Z obiadu na plażę. Mdłości przy powtarzaniu zdania: zażywanie kąpieli morskiej. Morze. Bezwstydna egzystencja jego bałwochwalczych fal. Ludzie kochają morze. A ja wiem, że ono jest czarne i zimne. Pełne kotłujących się, ohydnych i zimnych zwierząt. Ja nie nabieram się na jego zielonkawy kolor. To tylko cienka zasłona, na której lep lecą ruchome szkielety naiwnych turystów.
Dlaczego ruchome szkielety? Bo ja wściekłym psem jestem, z wetkniętą na mordę obrożą.
Z plaży na skwer, na ławkę.
Ławka, powtarzam, ale nie mogę tego słowa przełknąć. Wisi mi ono na ustach jak feralna nitka śliny. Za długa, żeby ją wciągnąć do ust, za krótka, żeby opaść miała na ziemię. Słowo, im dłużej mielone, tym dalej od rzeczy, za którą jak cień stało.
Dlaczego ławka? A nie koń, na przykład. Martwy, zakopany pod ziemią koń. U niego był osioł. Brzuch osła. Jechał tramwajem, ławka, na której siedział, miała siedzenie z czerwonego pluszu, a plusz to tysiące sterczących w górę łapek. Martwych. Więc rzecz, na której siedział, mogła być równie dobrze brzuchem, czerwonym jak krew, wzdętym, bo tramwaj jechał wzdłuż plaży, wzdętym więc brzuchem martwego osła. A on na nim. Mały, niski, w grubych okularach.
Ławka, na której siedzę, stoi pod drzewem. Drzewo istnieje na odlew, za dużo go. Soki toczą się w górę, bo muszę. Korzeń pod ławką, nagi, drapiąc ziemię czarnymi pazurami, wstaje z niej, bo go za dużo.
Wszystkiego za dużo.
Świat jako ośmiornica. Istniejąca bez przyczyny, uwięziona w egzystencji, cierpiąca na nadmiar formy. Sartre jako przerażony odkrywca świata in flagranti. Ja jako zakochany w jego ontologicznych mdłościach wyznawca. Siedzący wtedy na ławce koło ogólniaka z ta samą książką, z którą siedzę dziś, teraz, na Majorce.
Na skwerze, na ławce, pod drzewem. Jakaś pinia chyba, nie wiem. Natura nie interesuje mnie dziś specjalnie. Pionowe drzewa wyrastają z poziomej ziemi, to wszystko.
Skwer? Nie wiem, jak się nazywa, choć wiem, że jego hiszpańską nazwą musnąć mógłbym Was przyjemnie po twarzy powabnym welonem faktu.
Po lewej mam kościół, ludzie z niego wychodzą i do niego wchodzą. Kościoły nie interesują mnie specjalnie. Pionowe budowle, raz mniejsze, raz większe, wyrastają z poziomej ziemi. Od wewnątrz, żeby mnie onieśmielić, wysokie ściany, poobwieszane wydłużonymi twarzami typów spod smutnej gwiazdy.
Po prawej mam huśtawkę, za nią budki telefoniczne. Na huśtawce huśta się dziecko, huśtawka skrzypi. Telefonujący krzyczą „halo?!”, „halo?!”.
Przede mną trzech staruchów gra w kule. Jestem chyba najmłodszym człowiekiem na tej wyspie. Jakiś triumfalny festiwal starości tu. Las kul i lasek, podtrzymujących cierpliwie puste worki znoszonych ciał. Starość mnie dziś specjalnie nie interesuje, dlaczego mam patrzeć na siebie samego w każdym z tych do nieba o życie wołających ciał?
Przede mną więc trzech staruchów gra w kule. Rzucają, a potem drepczą po to, co rzucili. Jeden z nich rzucił drugiemu kulę prosto na nogę, śmieją się do rozpuku, na ławce z tego śmiechu usiedli.
Za plecami mam morze, które dobija się do moich pleców. Morze nie interesuje mnie specjalnie, choć przyznam, że kiedy przyjdzie fala podczas „zażywania kąpieli”, to cieszę się jak moje dziecko.
Nie interesuje mnie żadna z tych rzeczy z osobna, krótko mówiąc. Ale one razem, kościół, budki telefoniczne, huśtawka, trzech starców i kule, drzewo, ławka, morze, razem stają się nagle, jak by to powiedzieć? Intensywnie kompatybilne? Jakby porozrzucane dotąd, pojedyncze instrumenty grać zaczęły w jednej orkiestrze. Koncert tylko i wyłącznie dla mnie. Huśtwak piszczy, jęczy, za mną; ‘halo?!”, „halo?!” brzmi tak, jakby nie było już tych, co dopiero byli; trzech staruszków zamiera w śmiechonośnym skurczu; z kościoła wypływają i do kościoła wpływają fale wiernych; na głowie mam koronę z drzewa. Jakby nieruchomy dotąd kalejdoskop skweru przekrzywił się lekko, zrobił „klik” i pokazał nagle minę. Że stać go na mały spektakl nawet dla najbardziej znudzonego widza. Czasami świat spada mi na głowę jak orzeł na mysz. I jak tu pojąć tajemnicę życia, skoro siedzę w samym jej środku?