Narty Ojca Świętego

Jerzy Pilch
Narty Ojca Świętego
  • Świat Książki
    Warszawa 2004
    129 x 226
    165 stron
    ISBN 83-7391-728-4

W sztuce Narty Ojca świętego Jerzy Pilch rozwija wątek, który pojawił się w poprzedniej książce pisarza, powieści Miasto utrapienia (2004). Akcja sztuki rozgrywa się współcześnie w podgórskiej miejscowości Granatowe Góry. Jej mieszkańców elektryzuje wiadomość o rzekomo przygotowywanej pielgrzymce papieża Jana Pawła II, który odwiedzić ma miejsce, gdzie w młodości jeździł na nartach, a – kto wie – może pozostać tam na dłużej. Bohaterami sztuki są postacie niebanalne, obdarzone – jak zwykle w pisarstwie Pilcha - wyjątkową charyzmą. Są wśród nich między innymi Ksiądz Kubala („znawca Biblii i koneser motoryzacji”), zwariowany nauczyciel Profesor Chmielowski („ekstatyczny fanatyk futbolu”), burmistrz Granatowych Gór Jan Nepomucen Wojewoda („antyklerykał o lewicowych skłonnościach”) i jego nieszczęśliwa żona Joanna W Co Się Ubrać. Pogłoski o przyjeździe papieża skłaniają ich do przewartościowania własnego życia i nieco chaotycznych prób dostosowania się do standardów moralnych zawartych w nauce papieskiej. Co oczywiście prowadzi do wielu komicznych zdarzeń. Jednak Narty Ojca Świętego trudno uznać za komedię. Sztuka jest raczej smutno-gorzką próbą rozliczenia się pisarza z polskich katolicyzmem, w który więcej jest pustych rytuałów niż modlitewnego skupienia. A także zrozumienia fenomenu papieża, kochanego przez Polaków a nawet czczonego niczym „boski idol”, ale jednocześnie w coraz mniejszym stopniu postrzeganego jako duchowy przywódca czy autorytet.

-
Robert Ostaszewski

Fragment

SCENA SIÓDMA
Zamiast pełnego grozy oczekiwania na Sąd Ostateczny - idylliczne klimaty. Aura pogodnego pikniku, liczne światła, panorama Granatowych Gór, tłum tańczący i śpiewający jak podczas ludowego święta. Na szczyt wzgórza albo na jakiekolwiek inne podwyższenie wstępuje Profesor Cbmielowski, jest pełen wewnętrznego światła i pogody ducha, i pomimo rozmierzwienia we fryzurze i przyodziewku widać, że istotnie jego szaleństwo jest „postacią dobra". Co trafniejsze fragmenty jego monologu nagradzane są euforycznymi owacjami.

Profesor Chmielowski
Wiecie, co czułem, jak Wojtyła został papieżem? Czułem się tak, jakby Polska zdobyła mistrzostwo świata. Jakby w meczu finałowym nasi wygrali z Brazylią cztery do zera. Wybór Wojtyły był jak wielki i zwycięski mundial. A potem jak przyjechał w siedemdziesiątym dziewiątym roku do Polski, to był mundial mundiali, puchar pucharów i liga lig. Papież grał na środku ataku, na skrzydłach, w pomocy. Grał na każdej pozycji, był libero nie do przejścia i był bramkarzem, który w ogóle nie przepuszczał bramek. Nie schodził z boiska, nie potrzebował nawet napić się wody mineralnej. Przeciwnicy się zmieniali, na boisko wchodziła reprezentacja za reprezentacją i Wojtyła w pojedynkę gromił najsilniejsze jedenastki świata. Dawał długi przerzut na skrzydło z głębi pola, sam był skrzydłowym, do którego podawał, gnał jak wiatr, był szybszy od Gadochy, nie mówiąc o przeciwnikach, centrował i zanim piłka doleciała na pole karne, już tam był w podniebnym wyskoku i już główkował, a jego biała piuska nawet nie drgnęła. Siatka bramki, owszem, drgała. Jego falowe ataki doprowadzały do rozpaczy bezradnych obrońców, włoskie catenaccio przy dryblingu polskiego biskupa Rzymu szło w całkowitą rozsypkę, Argentyńczycy chcieli się poddać na długo przed upływem dziewięćdziesiątej minuty. Brazylijczycy tylko w pierwszej połowie byli w stanie dotrzymać mu kroku. Hiszpanie, choć pierwszorzędni katolicy, doznali sromotnej porażki – w sporcie nie ma litości. A najprzyjemniej było, jak Jan Paweł II spuszczał lanie libertyńskim Holendrom, którym wszystko wolno. I jak odszczepieńczych teamów nie wypuszczał z wody. Anglikańscy Anglicy- do zera, I reprezentacja Niemiec, w której na jedenastu graczy przynajmniej dziewięciu to zajadli w osiąganiu doskonałości synowie luterskich pastorów - dwucyfrówka. Tak jest. Niemcy za reformację - do przerwy siedem zero. Po przerwie drugie siedem. Za schizmę. I tak niski wynik, i tak papież bawił się z nimi, jak chciał. Dał im nawet jedną honorową bramkę strzelić, umyślnie dał się ograć, pozwolił jednemu protestantowi wyjść na pozycję i potem na bramce specjalnie rzucił się w drugą stronę, żeby niby widać było, że przepojony jest duchem ekumenizmu i wolą pojednania. Ale wynik czternaście do jednego mówi sam za siebie.
A potem słynny, chyba najsłynniejszy, arcyważny mecz o wszystko z Rosjanami. Papież zawsze grający w białych strojach na to spotkanie narzucił na ramiona mozzettę - czerwoną pelerynkę. Wagę wydarzenia chciał podkreślić? Swoją watykańską czerwień ich bolszewickiej czerwieni przeciwstawić? Pelerynka aerodynamikę jego ruchów poprawiała? Pewnie wszystko po trochu. I zaczęło się. Zaczęło się, Chryste Panie! Na początku bombardowanie z dystansu. Bomba za bombą. Z trzydziestu," z czterdziestu metrów, z połowy boiska, z każdej praktycznie pozycji. I wszystko wchodziło. Piłki uderzane fałszem z potworną siłą i nieubłaganą precyzją. Przy rogalach Wojtyły słynne rogale Kazimierza Deyny to były podwórkowe zagrania. I do tego żelazna konsekwencja taktyczna, każdy stały fragment gry bezlitośnie wykorzystany, bezpośrednio z rzutów rożnych dwie bramki. Wszystkie pola karnego zamienione w gole. Nienaganna technika. Najpiękniejszą bramkę meczu papież strzelił przewrotką. Najpierw w obronie rozegrał trzy niespieszne pozycyjne podania, co na oko wyglądało nawet na szukanie chwili wytchnienia, bo tamci jednak nacierali ostro. Mimo to nie było żadnego wybijania na oślep, żadnej obrony Częstochowy, ale konstrukcje zaczynane natychmiast na własnym polu karnym. Tak jak w przypadku tej akcji, która po odebraniu piłki przeciwnikowi od razu, choć z pozornym kunktatorstwem, ruszyła spod naszej świątyni. I zaraz po uśpieniu sowieckich szeregów poszło krzyżowe podanie i Wojtyła w pełnym biegu podał do samego siebie i tamten mu błyskawicznie oddał z klepki, pozycja była w zasadzie strzelecka, ale papież, jakby chciał zadanie sobie utrudnić, zaczął się nagle kiwać, a raczej niczym wytrawny slalomista minął trzech całkowicie bezradnych Ruskich, okiwał ich, ale o mało nie wyleciał poza linię autową, był wprawdzie na wysokości pola karnego, ale, jak mówię, całkiem z boku i tyłem do ich bramki, i w tej karkołomnej pozycji podniósł piłkę jakby przyklejoną do nogi i miękkim lobem wrzucił ją pozornie nieprecyzyjnie, bo mniej więcej na dwudziesty piąty metr, i tam, zdawało się, będzie miał wielkie kłopoty z przyjęciem, bo też jakoś niefrasobliwie stał tyłem, piłka szła górą, więc było w zasadzie absolutnie pewne, że nawet jak ją przyjmie, to wycofa do tyłu, ale to było typowe myślenie w ziemskich kategoriach, bo on jakby pokonując prawa fizyki, w okamgnieniu, tak jak stał tyłem, wzleciał w powietrze, zrobił salto i ledwo dało się widzieć, jak w górze spod sutanny, która nawet nie zdążyła opaść, wyślizgują się jak dwie bordowe błyskawice dwa specjalnie szyte przez papieskiego szewca Gianfranco Pittarela buty, i jak te buty czynią w powietrzu klasyczny nożycowy ruch, i jak piłka prawym z nich trafiona wlatuje w lewy górny róg. Ta bramka załamała Ruskich psychicznie.