Z głowy

Janusz Głowacki
Z głowy
  • Świat Książki
    Warszawa 2004
    130 x 226
    270 stron
    ISBN 83-7391-830-2

Tytuł nowej książki prozaika i dramaturga Janusza Głowackiego jest wieloznaczny, ale doskonałe przystaje do jej treści. Pisarz mówi z głowy, czyli bez planu, z pamięci, głównie o samym sobie, a więc o Głowie (tak nazywają go znajomi), aby wreszcie mieć własną autobiografię „z głowy”. Głowacki snuje wspomnienia o sobie i ludziach mniej lub bardziej mu bliskich pozornie chaotycznie, gęsto przetykając je anegdotami, ale mimo to krótkie opowieść, z których składa się książka, są starannie skomponowane, mają rytm i wyraźną puentę. Jednak Głowacki nie ogranicza się wyłącznie do ukazywania swoich powikłanych losów. Z głowy to także książka o absurdach PRL-u oraz blaskach i cieniach emigracji (Głowacki w latach 80. wyjechał do Stanów Zjednoczonych), o ludziach, którzy odnieśli sukces, i – częściej – przegrali swoje życie (na przykład o Jerzym Kosińskim). Autor pisze o sobie i innych dowcipnie, ale wyraziście, ostro i bez złudzeń. Wiele jest w tej prozie ironii, ale też autoironii. Niektórym czytelnikom książka Głowackiego wyda się być może cyniczna, moim zdaniem jest po prostu aż do bólu szczera.

-
Robert Ostaszewski

Fragment

Osiemnastego grudnia 1981 roku wieczorem przepychałem się przez tłum grzybków, aniołków, świętych Mikołajów i krasnoludków, żeby wystąpić w najbardziej oglądanych świątecznym show w telewizji angielskiej. Brzmi to dobrze i wszystko byłoby jak się należy, gdyby nie okoliczności.
Otóż dziesięć dni wcześniej w moim mieszkaniu na ulicy Bednarskiej w Warszawie ściągnąłem ozdobnym paskiem ze świńskiej skóry wyjściowe czarne spodnie z najdelikatniejszego sztruksu, wyglansowałem buty, żeby nabrały wyglądu, i pognany żądzą zysku i sławy wybrałem się do Londynu na premierę mojej sztuki Cinders, czyli Kopciuch, w Royal Court Theatre. Za sobą zostawiłem strajki, negocjacje, pałowania i na oko mocno już chwiejącą się władze komunistów. A także moją matkę, dwuipółletnią córeczkę Zuzię, której obiecałem przywieźć lalkę, oraz ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Ewę Zadrzyńską, która nie mając złudzeń co do moralnego poziomu tej opowieści, zażądała, żeby jej imię się ani razu nie pojawiło; co obiecałem, ale słowa nie dotrzymałem, podobnie zresztą jak większości obietnic składanych jej oraz innym kobietom.
Oczywiście żaden z moich warszawskich przyjaciół, których z pychy zawiadamiałem, że jeden z najlepszych teatrów w Londynie wystawia moją sztukę, ani przez chwilę nie wierzył. Owszem, potakiwali uprzejmie i gratulowali, na boku wymieniają porozumiewawcze mrugnięcia. Ponieważ bilet powrotny miałam na 22 grudnia, zabrałem ze sobą tylko pustą walizkę na prezenty, rezerwowe dżinsy, dwie koszule i dwadzieścia funtów gotówką.
Z początku wydawało się, że to jest akurat.
Zamieszkałem za darmo w hotelu Holiday Inn, bogacąc się dodatkowo, bo za udział w próbach, w przeciwieństwie do Polski, gdzie autora do teatru wpuszcza się niechętnie – płacono. Aktorzy byli bez zarzutu, reżyser Danny Boyle, ten od filmu Trainspotting, też. I już po pierwszej próbie upewniłem się, że Cinders w przeciwieństwie do Kopciucha, po którego obejrzeniu w Polsce obiecałem sobie nie pisać więcej dla teatru, jest sztuką jak się należy. A trzej konsulowie polscy w Londynie, panowie Kopa, Słomka i Mucha. Zadzwonili do teatru, że przyjdą celebrować. Miło mnie to połechtało, bo do tej pory osobiści znałem tylko jednego polskiego dyplomatę (i to na dodatek byłego), mianowicie konsula w Glasgow. Słabym jego punktem był brak znajomości języków obcych. Mocnym – posiadanie ładnej żony, aktorki. Z powodu konsul spędzał wakacje w warszawskim SPATiF-ie i po kilku setach chętnie dzielił się ze słuchaczami doświadczeniami z pracy dyplomatycznej. Robota – mówił - jest w zasadzie przyjemna, tyle że od czasu do czasu do gabinetu wpieprzy ci się Anglik i on coś che. To by też nie było najgorsze, gdyby nie to, że go nic a nic nie można rozumieć.
Wieczorami po próbach chodziłem z aktorami na guinessa do któregoś z pubów przy Sloan Square, coraz dalej był Jaruzelski i Breżniew, Wałęsa, Kuroń i Michnik, rozpierała mnie duma i czekałem spokojnie na premierę.
Ale trzynastego grudnia, właśnie w dniu, w którym moja ówczesna narzeczona Ewa miała wsiąść o ósmej do samolotu, odwiedzić Londyn, kupić sobie coś z ubrania i wziąć udział w uroczystościach, o siódmej rano obudził mnie telefon. Dzwoniła zaprzyjaźniona Nina Smolar z informacją, że generał Jaruzelski rozpoczął dobrze znaną polskim czytelnikom akcję. Dodała, że być może pierwszy samolot wypuszczą, a jeśli tak, mam błyskawicznie przyprowadzić Ewę do BBC, gdzie szefem polskiej sekcji był mąż Niny, Gienio Smolar.
– Dobrze, dobrze – odpowiedziałem, mając reakcję spowolnioną od nocnego guinessa. Odłożyłem słuchawkę i dopiero wtedy, jak wampir w filmie Herzoga, sztywno usiadłem na łóżku.
Pierwszego samolotu nie wpuszczono. Ale ja, dzięki akcji generała Jaruzelskiego i krzywdzie narodu polskiego, w jednej chwili zamieniłem się z nikomu nieznanego prowincjonalnego pisarza w zupełną znakomitość.
Wprawdzie konsulowie Słomka, Kopa i Mucha na premierę nie przyszli, za to przed teatrem kłębiły się tłumy. Dziennikarze ustawiali się w kolejce, a recenzje zgodnie podkreślały antytotalitarny charakter i ponury kafkowski humor Kopciucha.
No i właśnie w związku z tym osiemnastego grudnia szedłem długim i szerokim, wyłożonym dywanami i obwieszonym obrazami korytarzem, przeciskając się przez tłum grzybków, aniołków, krasnoludków i świętych Mikołajów, żeby wystąpić w najbardziej oglądanym show telewizji angielskiej. W klapę marynarki z kolekcji Barbary Hoff w Juniorze wpiąłem znaczek „Solidarności”. Szedłem raz wolniej, raz szybciej i okropnie się wstydziłem myśli, które akurat telepały mi się po głowie. A były one mniej więcej takie: Na cholerę ja się zgodziłem w tym wystąpić. Niby płacą w funtach, ale nie aż tak dużo i sława z tego krótkotrwałą. A jak powiem, co myślę o stanie wojennym, to już moja córeczka tej obiecanej lalki w życiu na oczy nie zobaczy. Niby owszem, można by się przed kamerami przysiąc, że nie polityka mnie interesuje, tylko sztuka czysta. Ale to jednak wstyd straszny. I jak ja potem spojrzę w oczy temu patriocie, co mnie namawiał, żebym ciężarówkę z bronią dla „Solidarności” przeprowadził prze granicę. Przecież on, chociaż agent bezpieki, w twarz mi publicznie napluje. A w ogóle kto tym z telewizji dał mój telefon. Jakiś Polak pewnie zawistny, co mnie chciał wykończyć. I jeszcze jedna sprawa delikatna: jak tu mówić o tragedii narodu z kiepskim akcentem. A jeszcze nie daj Boże jakiś gramatyczny błąd mi się przytrafi.
Tak myśląc, szedłem korytarzem, popychany przez śliczną angielską aktorkę, a ostatnio tłumaczkę, o której w tej chwili też myślałem bez sympatii, bo przez nią te wszystkie kłopoty.