Ballada o dobrym dresiarzu

Marek Kochan
Ballada o dobrym dresiarzu
  • W. A. B.
    Warszawa 2005
    121 x 195
    236 stron
    ISBN 83-7414-062-3

Kochan stwierdza: „Ludzie lubią historie z życia”. I właśnie tego rodzaju opowieści serwuje czytelnikom w opowiadaniach składających się na tom Ballada o dobrym dresiarzu. W realistycznych, precyzyjnie skomponowanych tekstach pisarz portretuje przede wszystkim współczesnych warszawiaków, skupiając uwagę na ludziach z bardzo różnych środowisk. Pisze o pracownikach wielkich firm, próbujących za wszelką cenę zrobić karierę, niezbyt rozgarniętych ochroniarzach, blokersach, muzyku komponującym tło muzyczne dla sklepów, młodym naukowcu pozostającym na utrzymaniu żony, dresiarzu, który wbrew wszystkim chce zmienić własne życie. Przedstawia ludzi, którzy w bezpardonowym wyścigu szczurów zatracili zdrowy rozsądek i umiar, bo kierują się tylko jedną zasadą: „Jak się nie wybijemy, to spadniemy”. Z opowiadań Kochana wyłania się obraz dzisiejszej Polski, kraju, w którym coraz trudniej jest ludziom odnaleźć własne miejsce i realizować marzenia. Wbrew pozorom książka Kochana nie jest jednak ponurym donosem na współczesną Polskę i Polaków. Autor Ballady… chętnie posługuje się humorem (choć czasem jest to śmiech przez łzy), ironią i absurdem, o problemach, a nawet tragediach, pisze z przymrużeniem oka. Dowcip i dystans sprawiają, że proza Kochana wyróżnia się na tle wydawanych ostatnio realistycznych powieści i opowiadań.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Musiała walczyć, bo choć zdała aplikację najlepiej w roczniku i niedługo później została wspólniczką w swojej kancelarii, to jednak wciąż była to mała polska kancelaria, która tylko okazjonalnie dostawała naprawdę duże zlecenia od korporacji. Trzeba było dbać o wizerunek, bo bez tego łatwo mogła spaść, stracić dobrą opinię i zajmować się mało dochodową dłubaniną: rozwodami, spadkami czy konfliktami typu właścicielka małej perfumerii kontra centrum handlowe. Co z tego, że Mączyńska była dobra w takich sprawach, skoro nie było z nich pieniędzy. Dyrektora Wasiaka poznała na balu w ambasadzie amerykańskiej. Bywało tam dużo osób z towarzystwa, ale przede wszystkim biznesmeni z różnych amerykańskich korporacji, zwłaszcza ci, którzy cenili sobie sławny bufet z nieograniczoną ilością łyskaczy. Mączyńska była kiedyś w Stanach na półrocznym stypendium i teraz skwapliwie wykorzystywała obecność na liście zapraszanych, żeby namotać jakieś większe zlecenie. Nazwisko Kiryłło wiele w Warszawie znaczyło, nawet kiedy ojciec Marcela przestał być szyszką w Okręgowej Radzie Adwokackiej, ale żeby zarobić prawdziwe pieniądze, musiała być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
Dlatego wolała chodzić na takie imprezy sama. Łatwiej było manewrować w tłumie, kończyć jedne rozmowy i zaczynać inne. Zresztą Marcel Kiryłło wcale się tym nie martwił. Nie lubił zgiełku, wolał w tym czasie umówić się z jakimś kolegą z Zamojskiego na partyjkę szachów. Chodził na bankiety tylko wtedy, gdy naprawdę musiał.
Była sama, kiedy ktoś przedstawił jej Wasiaka. Już wiedziała, że mają kłopot z paroma spadkobiercami właścicieli działek na środku terenu, gdzie miało stanąć ich centrum logistyczne na Europę Wschodnią. I że to się okazało po czasie, kiedy nie dało się odkręcić transakcji. Pozostało zatrudnić małą, sprytną kancelarię – międzynarodowe korporacje prawnicze z takimi sprawami radziły sobie gorzej.
Ale oczywiście nie zaczęła od interesów. Pogadali o tym, o owym, aż zeszło na wakacje. Mączyńska chciała być miła i zależało jej na dobrym kontakcie, więc kiedy Wasiak powiedział, że jedzie na Lazurowe Wybrzeże, ona odruchowo zasugerowała, że też się tam wybiera. Pomyślała, że nic jej to nie kosztuje. Potem próbowała się wywinąć, wypytując, gdzie jedzie Wasiak, żeby wyszło, że będzie akurat na drugim końcu. Wasiak był polonusem z Ohio, który po studiach postanowił szukać szczęścia w starym kraju. Opowiedział o swoim koledze z MIT-u. Ten miał posiadłość w górach niedaleko Saint-Tropez i zaprosił tam Wasiaka na tydzień lub dwa.
– A to szkoda, bo ja mam jechać w okolice Nicei – powiedziała z udawanym zawodem.
– Tak czy owak, mogłabyś wpaść. Przecież autostradą to jest godzinka. Karl jest bardzo gościnny. Lubi Polaków. Jego babka kochała się w jakimś ułanie emigrancie – namawiał ją Wasiak i w końcu zmusił, żeby na odwrocie jego własnej wizytówki zapisała sobie adres tego Karla.
No a potem powoli zeszli na interesy, i wyszło, że robota będzie od połowy sierpnia, tuż po domniemanym urlopie na Lazurowym Wybrzeżu.
Dyskusja z mężem była trudna. Mączyńska molestowała go dwie godziny, ale tym razem Marcel się uparł.
– Daj sobie spokój z tym Lazurowym Wybrzeżem. W sezonie: nigdy. Tłum, smród, korki i francuski rap. Dla mnie to za wiele. A poza tym mieliśmy w sierpniu jechać na Mierzeję.
– Zrozum, Marcel, facet jest dla mnie naprawdę ważny. Powiedziałam, że jadę do Francji, nie mogę teraz nie pojechać.
– Trzeba było nie mówić. Nie konsultowałaś tego ze mną. Możemy jechać do Francji pod koniec sierpnia. Ale najpierw Bałtyk. I od razu mówię, że lipiec mam zajęty.
– To może się na tydzień rozdzielimy?
Marcel spojrzał na nią dziwnie. Tak, była cena za wejście do rodziny z nazwiskiem. Pewne rzeczy nie przechodziły. Pewne rzeczy trzeba było robić. Kobiety nie jeździły na wakacje same. Rodzina Kiryłłów od niepamiętnych czasów jeździła na dwa tygodnie na Mierzeję. Nie do Juraty, nie do Łeby, nie do Władysławowa. Taki mieli styl. Marcel nie mógł zrozumieć argumentów typu “co ja powiem w kancelarii”.
– W kancelarii powiesz: byłam w małej rybackiej wiosce na Mierzei Wiślanej.
– Marcel, zrozum, to nie tak – mówiła.
– Kochanie, czy twoja pozycja zawodowa naprawdę zależy od tego, gdzie spędziłaś wakacje? Zresztą, to bardzo dobre miejsce. Cisza, spokój, piękna plaża, stosunkowo mało ludzi.
Już mu nie tłumaczyła, bo to nie było do tłumaczenia. Tak to mógł mówić ktoś podobny do Kiryłły. Ale inni musieli szpanować Morzem Śródziemnym albo egzotyką, a i tak trzeba było uważać, gdzie i kiedy się jechało. Mączyńska pamiętała, jak jeszcze za aplikacji ktoś próbował chwalić się Tunezją, a jej patron, a późniejszy wspólnik, tylko się skrzywił.
– Do Tunezji? – powiedział. – Tam to jeżdżą socjologowie z uniwersytetu w Bremie.
– W Bremie? – zapytał ten po wakacjach w Tunezji.
– Tak, bo to jest najlepsze miejsce, żeby badać populację enerdowskich hydraulików. Nigdzie ich tylu nie ma w jednym miejscu.
Od tamtej pory Mączyńska najpierw dobrze słuchała, gdzie wypada jeździć, i zdradzała swoje plany wakacyjne dopiero wtedy, kiedy była absolutnie pewna, że to dobry wybór. I dlatego czuła, że nie może mówić “byłam na Mierzei Wiślanej”, bo to osłabiłoby jej pozycję. O takim miejscu w ogóle mówić nie wypadało. Nie wiadomo, czy i Francja nie była za banalna.
No i teraz był klops. Marcel Kiryłło się uparł, ona powiedziała, że będzie we Francji, wspólne wakacje mieli spędzić na Mierzei. Normalnie by pewnie jakoś postawiła na swoim, ale akurat sytuacja była zabagniona przez to, że Marcel nalegał na drugie dziecko. Chciał mieć syna, a ona potrzebowała jeszcze roku– dwóch, żeby umocnić swoją pozycję. I żeby tam nie ulec, tu musiała ustąpić pola.
Powiedziała więc, że jako dobra żona podporządkuje się mężowi. Zdecydowała, że po prostu skłamie co do wakacji. W końcu byli parę razy we Francji, i nie było to takie trudne, powiedzieć po wszystkim parę okrągłych zdań. A że kolor opalenizny inny? Cóż, w końcu były jeszcze solaria.