Mistrz

Bronisław Wildstein
Mistrz
  • Świat Książki
    Warszawa 2004
    132 x 226
    335 stron
    ISBN 83-7391-725-X

Mistrz ma niejawnego bohatera. Jest nim Jerzy Grotowski (w powieści: Maciej Szymonowicz), znany reformator teatru, jedna z największych osobistości kultury polskiej drugiej połowy XX wieku. Jednak twórca Teatru Laboratorium nie pojawia się na kartach powieści Bronisława Wildsteina. Jest za to na każdym kroku przywoływany. Jego biografia i dokonania artystyczne są jak gdyby przedmiotem niekończącej się spekulacji, odsłaniają się we wspomnieniach osób, które go znały. Fabuła tej powieści jest prosta. Oto amerykański producent telewizyjny zleca francuskiemu dziennikarzowi przeprowadzenie dokumentacji poprzedzającej realizację dużego filmu o Szymonowiczu. Ów dziennikarz zjawia się w Polsce (mamy rok 1992) i wszczyna coś w rodzaju wielowątkowego śledztwa. Kierują nim również, a może przede wszystkim, prywatne motywacje. Francuski dziennikarz był niegdyś (w latach 70.) związany z teatrem Szymonowicza. Teraz jako mężczyzna doświadczający kryzysu wieku średniego uświadamia sobie, że przygody duchowe, jakich zaznał w Polsce przed wieloma laty, były najważniejszymi zdarzeniami w jego nudnym i jałowym życiu. Najważniejszą jednak sprawą pozostaje poszukiwanie prawdy o Mistrzu i fenomenie jego teatru, prawdy w wielu wymiarach. Na przykład w wymiarze politycznym. Wildstein pyta tedy, jak była możliwa wolność artystyczna i sztuka przez największe „S” w Polsce Ludowej? Pisarza zajmuje mnóstwo spraw z różnych porządków myślenia o historii i rzeczywistości. Pojawiają się tu pytania o kondycję duchową dzisiejszych Polaków, o kształt kultury współczesnego Zachodu, o to, czy obecnie jest możliwy mit wielkiej sztuki.

- Dariusz Nowacki

Fragment

- Przynieś mi jego skalp! - wykrzykiwał podniecony Johnson. - To jest to, czego potrzebuje nasza publiczność! Nasi wyznawcy czekający na cud.
Przez wielkie okna do gabinetu wlewała się coraz gęstsza przestrzeń. Szklana klatka na czterdziestym czwartym piętrze wieżowca wolno frunęła nad obracającą się ziemią, która wybrzuszała się pod nimi tunelami ulic, wibrowała w ruchu samochodów i przechodniów nieomal stąd niewidocznych.
-To cudowny pomysł, mon petit Paul. Właśnie teraz. Bo przecież wiesz, że mierzeni jesteśmy miarą czasu. Właśnie teraz odnaleźć należy tego zapomnianego proroka. Teraz, kiedy upadł komunizm. Rozsypało się imperium zła i nic nam nie grozi. Chociaż, tak naprawdę, to nam tu przecież nigdy nic nie groziło! Prawda, Paul? Tak, wydawało się, że po tym wszystkim teraz zatriumfować miał zdrowy rozsądek. Pod każdą szerokością geograficzną. Teraz, kiedy ideologie się rozpadły, ukazując swoje zatrute flaki, a ich swąd powinien na długo co najmniej odstraszyć od wszelkich mesjanizmów, projektów zbawienia świata i wszystkich na nim śmiertelników, przywrócić zdrowy rozsądek! Tylko czy człowiek może żyć zdrowym rozsądkiem? Przecież nie samym chlebem... Kończy się drugie tysiąclecie. Nadchodzi nowa era! I to my jesteśmy jej kapłanami i zwiastunami. Poprowadzimy na nowe ścieżki, bo to my teraz, naukowo, wiemy najlepiej, co potrzeba ludzkości - publiczności naszej. My będziemy serwować w tej kuchni potrawy za największą forsę, a klientela będzie się oblizywać i prosić o następne. Wymyślne dania, żeby się nie znudziła, coraz to nowe, a przecież takie same, bo nie wolno nagle zmieniać przyzwyczajeń.
Johnson zerwał się i biegał wokół biurka, wokół wpatrującego się w jego blat Paula. Pękata postać wymachiwała krótkimi łapkami, a za oknem, w ażurowych konstrukcjach niekończącego się miasta rozbłyskiwały światła. Szerokimi gestami rąk Johnson ożywiał elektryczne płomienie prześwietlające kolejne szklane bryły tak, że nie było już wiadomo, gdzie światło zapala się, a gdzie tylko odbija. W ciemniejącej przestrzeni na znak klowna Nowy Jork ożywał jak nocne zwierzę.
- Cudownie, żeś znalazł tego rosyjskiego proroka... dobrze, niech będzie, polskiego... rozumiem, że znajdziesz go. Wiesz, pamiętam, jak przybył tu... Kiedy to było, dwadzieścia? Dwadzieścia pięć lat temu? Trzeba było mieć specjalne zaproszenie, aby dostać się na jego spektakl... Na jego gusła. Trzy spektakle, coś koło trzydziestu miejsc na jednym... na cały Nowy Jork. Szalałem, żeby znaleźć się między wybranymi i nie udało mi się. Byłem jeszcze młody, a to było takie wyróżnienie. I to był niesamowity sukces. Wyobraź sobie, osiągnięty dzięki odtrąceniu publiczności. A całe miasto mówiło o tym dłużej niż o wszystkich premierach, wszystkich filmach, które podbiły wtedy ekrany. Teraz nawet daje mi to do myślenia. Więc grać można na tak wielu instrumentach, wygrywać wbrew regułom, na przekór zdrowemu rozsądkowi... Może ten Mistrz jest rzeczywiście mądrzejszy niż my wszyscy razem wzięci? Największa widownia, ta, która nie może zobaczyć, zgodnie wydaje najwyższą ocenę... Przecież spektaklu mogło w ogóle nie być. Wtedy nie myślałem tak. Zgoda, byłem naiwny, wierzyłem w objawienia... Ale wierzyłem właśnie w to objawienie, którego nie dane mi było dostąpić, czułem, ile straciłem. To był nieomal cios. Tak, petit Paul, to było w ideowych czasach. Walczyliśmy wtedy razem o pokój, wojowaliśmy z agresją i nieźle na tym zarobiliśmy. Pamiętasz moje wietnamskie reportaże? I ty też. Młodzi intelektualiści Starego i Nowego Świata na rzecz świata najnowszego. Ty dłużej pozostałeś pasjonatem. Pojechałeś do tej Polski poszukać guru. Dobrze się stało. Ja wierzę w opatrzność. Teraz dopiero zrobimy z niego guru.
- Tak, Paul, to bohater na nasze czasy. Wyciągniemy go gdzieś z tych słowiańskich lasów, z postkomunistycznego chaosu wyłoni się prorok, jeden z tych, którzy przyniosą nam sacrum. Sprowadzą Boga na wyjałowioną ziemię, dla rzesz czekających i gotowych zapłacić każdą cenę. A my będziemy jego kapłanami. To w naszych szklanych świątyniach będzie odprawiał swoje msze.
-Niepotrzebnie płakano nad odczarowaniem świata. My zaczarujemy go na nowo. Dostarczamy przecież ułudy, magii, tajemnicy. Tyle a tyle cali, bezpieczny, wygodny wymiar ekranu, wymiar naszych widzów, nie herosów przecież. A my nie wywyższamy się, demokraci jesteśmy, bo my jedni z nich, eter ich eteru, lekarze ich dusz, kapłani ich objawień, pozwalamy kieszonkowym pilotom otwierać nowe wymiary za przyciśnięciem guziczka.
Przez szklane ściany po krańce wzroku miasto mieniło się pajęczyną świateł. W gęstej wodzie bez dna. Na horyzoncie pulsowała rozjarzona plazma lotniska Kennedy'ego. Wieża Babel spiralnym ruchem okręcała się w przestrzeni. Johnson nachylił się ku Paulowi Tarois: - Daj mi tego proroka, a dam ci dużo forsy. Zrobimy z niego największą, transoceaniczną gwiazdę. Ta najnowsza historia, którąś mi o nim opowiedział jest warta krocie. Jest tam wszystko, czego potrzebuje nasza publiczność. Przezwyciężenie polityki, czarnoksięstwo, śmierć, tajemnica. My z tego zrobimy spektakl. Stwarzaj świat! Idź!