Nionio

Tomasz Piątek
Nionio
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2005
    124 x 197
    194 strony
    ISBN 83-08-03679-1

Nionio Tomasza Piątka to powieść heretycka.
Herezja, przynajmniej dzisiaj, to nie tyle pogląd sprzeczny z doktryną kościoła, co raczej odstępstwo od przekonań powszechnie podzielanych. W tym sensie powieść Piątka jest herezją podwójną. Po pierwsze – bohaterem Nionia jest ojciec samotnie wychowujący sześcioletniego synka. Oczywiście w dzisiejszym świecie nie ma niczego wyjątkowego w samotnej matce czy ojcu-singlu. Herezja Piątka polega na tym, iż pokazuje on, jak ojciec zaraża syna złem wbrew swoim najlepszym chęciom. Ojcowska edukacja jest tu łagodna, oparta na rozmowie i perswazji, pozbawiona bicia i krzyku, zapatrzona w Chrystusa, a jednocześnie – trująca. Bo choć tata stara się, jak może, to stosowana przez niego metoda dialogowa przesycona jest indoktrynacją, opiera się na uczuciowym szantażu, zaraża dziecko lękami, poczuciem winy i wdraża do bizantyjskiego traktowania boga. Kiedy tytułowy Nionio będzie już dorosły, z zakamarków jego psychiki wypełznie potworek bigoterii albo okrucieństwa. Dowodem na to jest wieloznaczne zakończenie powieści, z którego możemy się domyślać, że narratorem był właśnie Nionio: to on zatem wymyślił historię pełną zbrodni i gwałtów.Skąd te obrazy zła? Stąd, że – skomplikujmy nieco sprawę - ojciec Nionia jest szefem firmy detektywistycznej działającej w wielkim mieście. Nionio opowiada więc o przygodach swego ojca, a także o wątpliwościach własnej duszy językiem, którego nauczył się od taty. W języku tym niezawinione cierpienie innych ludzi jest niewyjaśnialne (dlatego większość zagadek kryminalnych nie znajduje rozwiązania), zaś na pytania dziecięcej duszy padają odpowiedzi infantylne, tautologiczne, raczej autorytarne niż przekonujące. Piątek stworzył więc powieść antyedukacyjną, pokazując, jak w dobrych wzorcach wychowawczych skrywa się ziarno przemocy. Ale na tym nie kończy się heretycki ładunek jego tekstu. Oto w trakcie swoich poszukiwań detektyw trafia na ślad założonej jeszcze w czasach państwa komunistycznego sekty, która miała rozbijać jedność kościoła katolickiego. Trop kościelny odsłania przed bohaterem paradoksalną prawdę: wierni należący do kościoła katolickiego nadal pozostają niewolnikami mentalności ofiarniczej, a członkowie sekty okazują się bliżsi prawdziwego przykazania Chrystusa, który nakazywał wyrzec się zła i odwetu. Glebą katolicyzmu w powieści Piątka okazuje się traktowanie ofiary Chrystusa jako uzasadnienia dla „świętej przemocy”, to znaczy dla sprawiedliwości wymierzanej w imię boga. Mentalność ofiarnicza jest silniejsza i trwalsza od duchowości chrześcijańskiej. Czytelnicy sami będą musieli rozstrzygnąć, czy klęska wychowawcza, jaką poniósł ojciec Nionia, jest jego winą czy też naprawdę wynika z formy, jaką społeczeństwo nadało katolicyzmowi. Ten dylemat – co łatwo zauważyć – ma także postać herezji.

-
Przemysław Czapliński

Fragment

Nionio urodził się sześć lat temu. Zawsze był dzielny. Wtedy też. Widziałem na własne oczy, jak wydostawał się na zewnątrz z ciemnej i krwistej jamy, czyli z Marty. Miał taki sam wyraz twarzy, jaki przybiera teraz, gdy musi odpowiedzieć na szczególnie trudne pytanie. Kiedy już był na zewnątrz, zadzwoniła komórka. Marta chyba popatrzyła na mnie na mnie wtedy przez chwilę. Zobaczyła, jak wybiegam. Zdążyłem tylko zauważyć, że Nionio ma zielone oczy. A po minucie byłem już w radiowozie.
Po zbyt długiej minucie. Ze względu na poród spóźniłem się pod wiadukt na Dolinie Służewieckiej. Stał tam krótko ostrzyżony blondyn w dżinsach, koszulce polo i czapce z daszkiem. Pod pachą trzymał długi metalowy przedmiot, coś jak gruby pręt albo rurę. Dokładnie odpowiadał rysopisowi tak zwanego „Rurarza”, który napadał na kobiety z twardą rurą, żelazną. Zazwyczaj pozbawiał je świadomości, a czasem od razu życia. Potem wyprawiał z nimi różne nienioniowe rzeczy. Na przykład robił im dziurę w głowie i gwałcił je w tą dziurę. Albo gwałcił je zupełnie normalnie, ale po zmiażdżeniu potylicy i wysmarowaniu twarzy mózgiem. Pewien psycholog, z którym wtedy współpracowaliśmy i który też był potencjalnym mordercą, twierdził, że Rurarz pragnie połączyć obcowanie cielesne z mózgowym, umysłowym. W każdym razie, był naprawdę zmyślnym facetem, umiał ze swoją rurą zrobić wszystko.
Kiedy dojechaliśmy pod wiadukt, już go nie było. Ze względu na poród nie tylko się spóźniłem, ale także opóźniłem przyjazd całej ekipy operacyjnej. Była to ostatnia szansa schwytania Rurarza. Nigdy więcej już się nie pojawił.
Dwa lata później to Marta się spóźniła. Spóźniła się na kolację, którą zrobiłem dla niej w domu. Przez pierwsze trzy godziny nie denerwowałem się specjalnie, bo zazwyczaj to ja dotąd spóźniałem się na jej różne kolacje. Poza tym, ona mogła być trochę zła, że przygotowuję tylko dania wegetariańskie, ale ja nie mogłem patrzeć na żadne mięso po tym, jak w ciągu dnia musiałem patrzeć na ludzkie.
Po godzinie drugiej w nocy postawiłem wszystkich kolegów na nogi. „Witaj, tu Marta. Jeżeli jesteś uparta, to próbuj dalej ostro, a może mnie złapiesz, siostro” – rymowała jej komórka przez cały następny dzień, zanim nie zaczęła mówić: „Przepraszamy. Wybrany numer jest nieprawidłowy”.
Można powiedzieć, że w ostatecznym rezultacie Marta spóźniła się na kolację trzy lata. Bo dopiero po trzech latach znowu się spotkaliśmy i - proszę sobie wyobrazić - przy wieczornym posiłku.
- Nie mogę na ciebie patrzeć – powiedziała, patrząc w befsztyk.
- Nie dziwię się. Bo jak rozumiem, chodzi ci o patrzenie mi w oczy.
- Nie przegadam cię. I nie będę nawet próbowała. Po prostu, oddasz mi Nionia i będziesz mógł spokojnie zajmować się całymi dniami i nocami swoimi zasranymi Sherlockami Holmesami.
- Słucham?
- Oddasz mi dziecko. Dziecko potrzebuje matki...
- Hm, ciekawe. Szybko to zrozumiałaś. Już po trzech latach.
- A na pewno nie potrzebuje takiego ojca jak ty.
- Na pewno potrzebuje rodzica. Jakiegokolwiek. A ty, wybacz, w tej konkurencji przegrywasz na starcie. Opuściłaś go. Nie nadajesz się. Nie oddam ci go, to oczywiste.
- Sąd cię zmusi.
- Grunt to dobry humor – powiedziałem – Już cię widzę, jak opowiadasz w sądzie: „No więc, opuściłam dziecko na trzy lata, bo poszłam do kosmetyczki i wizyta trochę mi się przedłużyła. Ale to wina tej dziwki, bo nie spieszyła się z lakierem”.
- Grunt to dobry humor – powtórzyła po mnie – W sądzie cię opuści.
- Ciekawe, dlaczego?
- Bo powiem im, co z nim robisz. Gdzie go zabierasz
- To lepsze niż przedszkole.
- Na pewno.
- To samo oglądałby codziennie w telewizji. A tak nie tylko ogląda, ale też dowiaduje się, że to są rzeczy nienioniowe. A ja mu to wszystko tak podaję, że nie zabieram mu dzieciństwa.
- Przepraszam, jakie są to rzeczy?
- Nienioniowe. Ty nawet nie będziesz umiała z nim mówić.
- Ja będę z nim mówiła normalnie. I będę go wychowywała normalnie. Dlatego sąd odda go mnie. Wystarczy, że opowiem im, gdzie go zabierasz. I opowiem, jak uciekłeś od porodu, bo wezwali cię do pracy. To wystarczy.
Po tej rozmowie Marta wróciła do domu późno wieczorem. Po drodze miała jeszcze spotkanie z koleżankami, którym chciała opowiedzieć o swoim zwycięstwie. Razem piły truskawkowe daiquiri, margeritę, a nawet piwo „Książęce” w lokalu „Parrot”. Dopiero o drugiej w nocy dotarła do swojego apartamentu na Natolinie.
Weszła do mieszkania, zapaliła światło i chciała zamknąć drzwi za sobą, ale zrobił to ktoś inny. A światło natychmiast zgasło.
- Na kolana, kobieto – coś powiedziało chórem. Od razu musiała się zorientować, że w ciemnym pomieszczeniu jest kilku mężczyzn, z czego jeden stoi za jej plecami. Musiała się zorientować, bo zrozumiała, że nie ma szans i nie krzyczała. Bała się, że ją uciszą.
Uklękła.
- Nie tu. W lewo, w kąciku. Twarzą do ściany – powiedziała ciemność, tym razem jednym głosem. Noktowizorowa Marta błyszczała niebieskawo. Miała chyba brokat na twarzy, może koleżanki tak ją udekorowały w lokalu.
- Teraz powtarzaj: nigdy więcej nie będę niepokoiła mojego syna, którego kiedyś porzuciłam.
- Nigdy... Więcej... Nie będę... – zaczęła powtarzać, ale zupełnie nie swoim głosem. Takiego głosu nigdy dotąd nie słyszałem. Później musiałem go parę razy posłuchać, bo dokładnie tak mówiła pani od wuefu w zerówce u Nionia. Tyle, że ona mówiła takim głosem na codzień.
- Jeżeli złamię tę obietnicę, spotka mnie coś o wiele gorszego niż teraz.
- Spotka... Mnie... Coś... Gorszego... – głos robił się coraz bardziej paniowuefowy i zrozumiałem, że muszę jednak ratować równowagę we Wszechświecie. Przez chwilę wyznaczałem obowiązujące w Kosmosie prawa.
- Bo teraz zostanę potraktowana łagodnie. Będę klęczeć twarzą do ściany. Dziesięć minut.
-...Twarzą... Do... Ściany... Dziesięć... Minut...
- Podziękuj.
Nie podziękowała. To już nie przeszło jej przez gardło.


Kto pełza, ten zajdzie daleko
Na przykład, pójdzie po mleko
Kto życie przeżyje pokornie
Po śmierci się zdziwi potwornie

Kto ciężko pracuje, ten zyska
Zobaczy szatana on z bliska
Kto zbiera grosik do grosza
Z groszami trafi do kosza

Kto wie, komu świadczyć przysługi
Ten będzie leżał jak długi
Wyświadczy bowiem ich mnóstwo
Aż stanie się skisłą kapustą

Kto wierzy w odwieczne mądrości
Wysysa spróchniałe on kości
Kto wierzy w mądrości życiowe
Śmiertelną głupotę ma w głowie

Ottone in villa, 2005