Dygot

Jakub Małecki
Dygot
  • SQN
    październik 2015
    150 x 215
    320 stron
    ISBN: 978-83-7924-438-6

Dygot ma liczne zalety tzw. książki przebojowej – oraz sporo jej wad. Atrakcyjność książki Jakuba Małeckiego zawiera się gdzieś w obszarze między (cokolwiek groteskowymi) blurbami wydawniczymi („Naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji” – czytamy na froncie okładki, a na jej czwartej stronie wybija się kolejna anonimowa rekomendacja: „Porywające obsesje, niszczące namiętności i groza przemijania”) a skromnym zdaniem zamykającym recenzję Dariusza Nowackiego w „Gazecie Wyborczej”: „Dygot to po prostu udana, dobrze zrobiona powieść”. Na pewno należy zwrócić uwagę na narracyjną sprawność autora. Precyzyjne pomieszczenie w książce o rozsądnych rozmiarach, rozciągniętej na lata 1938-2004, opowieści o niezwykłych i splatających się losach dwóch rodzin jest sztuką nie lada. Zdystansowany, rzeczowy styl Małeckiego (który przypomina nieco dokonania Łukasza Orbitowskiego, nijak ma się natomiast do cytowanych wyżej eksklamacji z okładki) potrafi przykuć uwagę czytelnika, jakkolwiek o jakości niektórych bardziej efektownych w założeniu pomysłów (historyjka o „zbudowaniu wojny” przez jednego z bohaterów, który w 1939 konstruuje radioodbiornik, by przy pierwszym jego użyciu usłyszeć o napaści Niemiec na Polskę) można by dyskutować. O Orbitowskim wspominam tu nieprzypadkowo, bo tych prawie rówieśnych autorów sporo chyba łączy. Na przykład to, że Małecki, mający już na koncie kilka powieści wykorzystujących sztafaż fantastyki czy horroru, Dygotem ponawia gest Orbitowskiego jako autora Szczęśliwej ziemi, wkraczając w obręb literatury bez gatunkowej etykiety, zachowując wszakże pewne elementy rodzajów pisarstwa dawniej uprawianych.

U Małeckiego wygląda to tak, że na obie powieściowe rodziny spada pewnego rodzaju klątwa (w dosłownym znaczeniu), w jej wyniku w jednej z familii pojawia się chłopiec-albinos, ściągający na siebie złe oczy i czyny ciemnego ludu, w drugiej zaś strasznych poparzeń doznaje mała dziewczynka. Jak to w powieściach bywa, ci dwoje spotkają się i pokochają, ale wcale nie będzie to koniec ich nieszczęść. Poniekąd dzięki takiemu naznaczeniu bohaterowie (nie tylko ci właśnie przywołani) zaznają tytułowego „dygotu”, czyli jakby kontaktu i wglądu w ciemne podglebie życia, co skutkuje nieoswajalnym lękiem przed śmiercią, przemijaniem, nieistotnością własnego i wszelkiego istnienia. I w kreowaniu takiej, zaiste beznadziejnej, wizji naszej egzystencji Małecki osiąga moim zdaniem całkiem przekonujące efekty. Trzeba natomiast zapytać o pisarskie koszta opisywanych tu decyzji, a zatem pewnej „kompaktowości” książki i sięgania po siły właściwie nadprzyrodzone, by rzecz całą skonstruować. Otóż wydaje mi się, że koszta takie są znaczne – przy wszystkich pochwałach, na jakie Dygot zasłużył. Pierwszą kwestią jest pewna umowność przedstawianego świata – nie znajdziemy u Małeckiego ani wsi, ani miasta w całej okazałości i gęstości materialnej i/lub obyczajowej, co więcej stosunkowo często używane są fabularne klisze (wiejska wariatka etc.), które zbrodnią nie są, ale o mistrzostwie także nie świadczą. Po drugie zaś – i to może najbardziej wprawia w dygot piszącego te słowa – czytelnik zaczyna w końcu dumać, czemu ma służyć w opowieści o naturze „zwykłego życia” cały ów fantastyczno-niesamowity sztafaż. Czy to ostentacja i odwaga autora, czy raczej lęk przed pozbawieniem powieści fabularnych i narracyjnych szczudeł, do których autor pewnie przywykł? Kwestia fascynująca, powieść Jakuba Małeckiego – powtórzmy – atrakcyjna, sprawna, ciekawa.

- Marcin Sendecki


Fragment książki Dygot Jakuba Małeckiego można przeczytać tu.