Córki Lota

Roman Praszyński
Córki Lota
  • Jacek Santorski & Co
    Warszawa 2004
    125 x 200
    296 stron
    ISBN 83-88875-85-X

Jeśli ktoś zna przezabawny film Żywot Briana zrealizowany przez grupę Monty Pythona lub czytał wyśmienitą powieść Josepha Hellera Bóg wie, to… wie już prawie wszystko. Roman Praszyński ułożył bowiem porywający i przewrotny apokryf, w którym parodystycznie wykorzystał wątki zaczerpnięte z Biblii i Tory, a na dodatek historie starotestamentowe połączył z epizodami wziętymi z Koranu i Baśni tysiąca i jednej nocy. Istne pomieszanie z poplątaniem, miejscami bardzo dowcipne. Głównymi postaciami tej historii uczynił pisarz tytułowe bohaterki, które choć uciekły z płonącej Sodomy, szczęścia bynajmniej nie zaznały. Rzec by można, iż prawdziwa Sodoma dopiero przed nimi: przemoc, gwałty, karkołomne awantury i ukradkiem zrodzone, niechciane dzieci, jakie wydały na świat Mea i Lea. Autor Córek Lota nie tylko mnoży dowcipy i wymyśla skomplikowane przygody – chce także uchwycić jakiś wzór kobiecego losu. Perspektywa feministyczna obecna na kartach tej powieści to bodaj jedyny poważny aspekt tego pisarskiego przedsięwzięcia. Cała reszta służy zabawie i przygodzie.

- Dariusz Nowacki

Roman Praszyński – ur. w 1965 r. Skandalizujący pisarz, którego młodzieńcze, antyklerykalne, śmiałe obyczajowo i prowokacyjne powieści zwróciły uwagę publiczności czytającej w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Na kilka lat prozaik zamilkł. Dziś powraca powieścią Córki Lota.

Fragment

Minęło południe. Od Morza Pustynnego ciągnęła słona bryza. Dwaj Aniołowie zeszli z gór i stanęli pod bramą Sodomy. Na ramionach mieli wełniane płaszcze. W dłoniach podróżne kostury.
– Pukamy czy przenikamy? – zapytał młodszy. Aniołowie nie różnią się wiekiem, ale ten miał młodszą ziemską powłokę. Włosy bardziej blond, oczy bardziej niebieskie.
– Bez efekciarstwa – mruknął starszy.
Zastukał w wielkie drewniane odrzwia.
Na wysokim murze z wypalonej cegły stał wartownik. Miał służbę od rana i kryzys wieku średniego. Jego kompani pili mocne piwo i grali w kości, a on sechł pod pustynnym słońcem. Czuł się sfrustrowany.
– Kto wy? – krzyknął, obserwując przybyszów.
Anioły nie mogą kłamać, ale nie muszą też mówić całej prawdy.
Starszy skorzystał z tej zasady.
– Przybywamy w Panu.
Strażnik wyglądał na zadowolonego. Splunął nad głowami wędrowców.
– A kto jest waszym Panem?
Starszy Anioł odpowiedział cierpliwie, łagodnym głosem, jakim ludzie mówią do dzieci.
– Pan nie ma imienia. Pan po prostu jest.
Strażnik nie wyglądał na przekonanego.
– Człowieku – krzyknął – nie zasuwaj mi głodnych kawałków. Nawet najgorszy niewolnik jakoś się nazywa.
Młodszy Anioł obruszył się.
– Musimy z nim dyskutować? – szepnął. – Może od razu spalimy tę budę? Starszy Anioł podniósł uspakajająco rękę.
– Wszystko ma swój czas.
Słońce oślepiało. Morze Pustynne wygięło brzuch w ołowianą misę. Odbijały się w niej wielkie talerze chmur. Wiatr szarpał je ostrymi pazurami. Starszy Anioł zamachał do strażnika.
– Przyjacielu, pochodzimy z dalekiej krainy, która leży bardzo wysoko. W samym niebie, rzec można. Panuje tam wielki władca, zwracamy się do niego, Panie. Przyjmij, że to jego imię.
Strażnik pomyślał chwilę.
– Nie mogę was wpuścić. Pełno się tu kręci babilońskich szpiegów.
– Na Boga! – zdenerwował się młodszy Anioł. – Nie jesteśmy szpiclami. Po prostu szukamy schronienia przed nocą. Co wy w tej Sodomie nie macie serca w piersi?
Strażnik uniósł się honorem.
– Nie będziesz, przybłędo, pouczał Sodomity!
– Sodomity? – młodszy Anioł mruknął kącikiem warg. – Ciekawe, gdzie zatem mieszkają Nekrofile?
Starszy Anioł popatrzył na młodszego z dezaprobatą. Napisze raport, mówiły jego oczy. Przyjaźnie zamachał do strażnika.
– Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. Tylko porywczym. Przypomnij sobie własną córeczkę i jej nieszczęsny los.
Strażnik westchnął. Egipska niewolnica urodziła mu słodką dziewczynkę. Aniołka. Ale nie traktował ich dobrze. Uciekły na pustynię, gdzie pożarł je lew. Strażnik z wiekiem coraz bardziej wątpił, czy ktoś urządził ten świat z sercem.
– Skąd, do cholery, wiesz o mojej małej? – krzyknął do przybysza.
Przez twarz Anioła prześliznął się uśmiech wieczności.
– Mówiłem ci, że nasz Pan jest wielki. Otwórz bramę.
Strażnik splunął przez zęby i poprawił miecz. Najchętniej posłałby obcych do diabła, ale wspomnienie córki poruszyło jego wyschnięte sumienie.
– Dobra – rzucił niechętnie – pogadam z dowódcą. II.
W dniu, w którym zginęła Sodoma, Lot zwlókł się późno z łóżka. Całą noc pił w karczmie „Pod pustynnym psem”. Pamiętał, że grał w kości i dużo stawiał. Potem dziura. Obudził się z potwornym kacem. Wstał powoli, mózg grzechotał w czaszce jak orzech w skorupie. Zanurzył głowę w cysternie z deszczówką na wewnętrznym dziedzińcu domu. Poczuł ulgę. Zawołał żonę, żeby dała mu kefiru.
– Przepijesz dom i nas wszystkich – dogryzła mu Adit, stawiając przed nim dzban. Była chuda i brzydka. Lot dawno z nią nie spał.
– Morza nie wypijesz, jak mawiał mój pradziad Noe – odparował. – A piję za swoje.
– Zanim opuściliśmy twego szwagra, Abrama, nie pozwalałeś sobie na takie bezeceństwa – nie dawała za wygraną. – Trudno z tobą wytrzymać.
– Kobieto – usiadł z bólem na ziemi. – Pan nakazuje czcić swego męża, a nie ciosać mu kołki na łbie, wiec zamilcz.
– Martwię się o nasze córki. Zły przykład im dajesz.
Klasnął dłonią o dłoń.
– Zawsze musisz mieć ostatnie zdanie. Uważaj, żebym nie stracił cierpliwości!
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że wkracza na niebezpieczny teren. Mąż w złości potarł czerwoną bliznę nad okiem, pamiątkę po kłótni z Abramem. Poszło wtedy o lepsze pastwiska dla jego stad. Pomyślał z goryczą, ile lekceważenia musi znosić we własnym domu. I to od żony o urodzie pustelnika. Dobrze, że chociaż córki są ładne.
Adit urodziła mu dwie dziewczynki: Leę i Meę. Chciał, żeby dała mu syna. Ale jej łono było puste. A on wolał krągłość dzbana z winem niż jej kobiece kształty.
– Nasze panny dorastają. – Otarł wąsy z kefiru. – Czas najwyższy wydać je za mąż.
– Oszalałeś? – żona Lota osłupiała. – Przecież to jeszcze dzieci!
– To już postanowione. – Lot nie zwykł dyskutować swoich decyzji. – Dzisiaj jeszcze udam się do swatki. Ty myśl o weselu. Żeby było taniej, urządzimy dwa naraz.