Samo święto

23.10.2017 Barbara Gruszka-Zych
#
  • Wydawnictwo Śląsk
    Katowice 2017
    format 145x205 mm
    86 stron
    ISBN 978-83-6078-197-5

Książka „Samo święto” jest wyborem poetyckich miniatur miłosnych Barbary Gruszki-Zych gromadzącym 75 tekstów z 10 tomików ogłaszanych przez poetkę w latach 1994–2015. Publikacja prezentuje wiersze w porządku chronologicznym, co pozwala prześledzić dynamikę rozwoju zarówno pojmowania relacji kobiety i mężczyzny, jak i sposobu mówienia o miłości, a także intensywność tego motywu w kolejnych tomach poetki. Umożliwia także obserwację stałych i niemal obsesyjnych motywów tej twórczości spod znaku Erosa i Psyche. Ich obecność zapowiada zresztą przypominający monidło kadr z twarzami mitologicznych kochanków na okładce. W opowieści o Erosie i Psyche sporo jest wzruszeń, niewyobrażalnych zwrotów akcji, perypetii i suspensów, trochę nieprawdopodobieństw i szczypta patosu. Nie inaczej w wierszach Barbary Gruszki-Zych, które pomimo oczywistej przynależności do liryki układają się jednak w opowieść o życiu kobiety.

Jeden z ważniejszych – tych obsesyjnych – motywów tomu stanowi ciało, a w zasadzie części ciała, które tak jak części mowy tworzą materię języka, tak one są podstawą czułości. Cielesność w wierszach miłosnych i to cielesność precyzyjnie nazwana jest nie tylko obsesją, ale po prostu koniecznością. Także sporym ryzykiem, które poetka chętnie podejmuje: łopatka (1), gardło (1), rzęsy (1), broda (1), sutki (1), wzgórek (2), palce (2), wargi (2), brwi (2), paznokcie (2), ucho (2), brzuch (3), kolana (3), szyja (3), włosy (3), piersi (4), głowa (4), plecy (4), nogi (4), język (5), serce (5), policzek (6), twarz (7), ramię (8), ręka (10), usta (11), dłonie (16), oczy (16). Przedstawiona statystyka przywołań kolejnych części ciała w tomie akcentuje to, co jest najczęstsze, i dlatego zwraca uwagę na kluczowe znaczenie dłoni i oczu. To właśnie za sprawą „oczu” anatomia miłości, a także jej odważna fizjologia („spojrzenie na rosnącym wzgórku w twoich spodniach”, s. 66; „ale tam w dole zamiast krwi miesięcznej”, s. 69), nie zostaje ani zbanalizowana, ani zwulgaryzowana, czym groziłaby dominacja „dłoni”, która mogłaby „pieścić zamiast oczami” (s. 61). Ale często nie pieści wstrzymana spojrzeniem, które domaga się wyjścia poza fizyczną czułość i pożądanie.

Choć uprawiane przez Barbarę Gruszkę-Zych pole semantyczne, a także zwięzła forma jej liryków może przywoływać twórczość Anny Świrszczyńskiej, to demony tomu „Jestem baba” u Gruszki-Zych są zupełnie nieobecne. Portret kobiety wyłaniający się z książki „Samo święto” nosi inne znamiona i inne brzemiona. Powinowactwa z twórczością Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej są oczywiste i piękne. Jednak nie wyczerpują o wiele głębszej charakterystyki kobiety mówiącej w wierszach „Samego święta”, która rzeczywiście często przegląda się w spojrzeniu męskiego „ty”, równie często stwarza się w rozmowie z kochanym mężczyzną. Ale zarazem jest „anatomicznie” odważna, psychologicznie samoświadoma i wychylona ku metafizyce.

Za sprawą pierwszych tekstów zamieszczonych w książce (z tomu „Teren prywatny”) portretująca się kobieta przypomina raczej czeszącą się z obrazu Władysława Ślewińskiego (1897) niż współczesną feministkę, dlatego w pewnym sensie wiersze te są – w najlepszym tego słowa znaczeniu – staromodne. Na secesyjnym w formie płótnie widzimy zmysłową, półnagą kobietę, która dłonią przeczesuje swoje długie włosy koloru miedzi. W lusterku, które leży przed nią, widać twarz – jest to twarz mężczyzny. Podobnie u poetki: „przeglądając się w lustrze / zauważyłam błękitną wstążkę/ na mojej twarzy/ to było twoje spojrzenie” (s. 8). Mając w pamięci obraz, wiemy, że mistrzostwo Ślewińskiego nie polega na podjętym temacie czy prowadzeniu pędzla, a raczej na kompozycji, w której kadrowanie rzeczywistości, a więc ukazywanie jej w pewnym wycinku, ma pobudzić widza do refleksji nad jej całością. Warto ten kontekst dostrzec także w poezji Barbary Gruszki-Zych.

Definiujący miłość inicjalny wiersz tomu od razu ten kontekst metaforycznie wprowadza: „ktoś rozbił/ nade mną/ dzban pełen ognia” (s. 7), inne w sposób dosłowny kontynuują: „chyba na chwilę/ wymknęliśmy się Panu Bogu” (s. 16), „w niedzielę/ wywiesiłam na słońce wyprane majtki/ chyba nie obrażę tym Pana Boga” (s. 60). To tylko rama, która pozwala utrzymać nasz wzrok na syntetycznym kadrze podobnym do płótna z pracowni Ślewińskiego. Co w tym złego, by żądze, podniety i radość dotyku, owe „tysiące zachwytów” (s. 82) konfrontować z czymś, co jest poza, z „kimś rozbijającym dzban ognia”?

Co jest poza tą ramą? Poetka wierzy, że życie: „chwila/ której Bóg mówi – trwaj” (s. 82). Miłość u Barbary Gruszki-Zych jest podróżą nie tylko w przestrzeni i czasie. To także podróż poza egzystencjalne ograniczenia i możliwości kobiety. To powołanie, które w dużej mierze realizuje się w relacji z mężczyzną. Kadrowanie na użytek tematycznego wyboru wierszy miłosnych może sprawiać wrażenie, że ta relacja je wyczerpuje. Nic bardziej mylnego.

- Małgorzata Juda-Mieloch