Polot nad niskimi sferami

06.03.2017 Miron Białoszewski
#
  • Państwowy Instytut Wydawniczy
    Warszawa 2017
    teksty zebrali, ułożyli i przygotowali do druku Maciej Byliniak i Marianna Sokołowska
    392 strony
    ISBN: 978-83-64822-73-5

Mamy w Polsce ostatnimi czasy mały festiwal dzieł i fragmentów odnalezionych, rozproszonych etc. Dość przypomnieć niedawne wydania utworów Stanisława Grochowiaka, Rafała Wojaczka, a nieco wcześniej Marka Hłaski. Trzynasty tom „Utworów zebranych” Mirona Białoszewskiego, noszący podtytuł „Rozproszone i niepublikowane wiersze – przekłady poetyckie – dramaty – 1942–1970”, przynosi tych utworów ponad trzysta, o objętości od poematów (i minipoematów) do kilkuwersowych zapisków, jest zatem – w tej grupie książek – pozycją najbardziej obszerną i substancjalną. (I trzeba od razu dodać, że jest to pierwsza część zaplanowanej przez PIW dylogii – w zapowiadanym 14. tomie dzieł Białoszewskiego znajdą się teksty powstałe po 1970 roku). 

Zawartość tomu to w lwiej części inedita: teksty młodzieńcze, wiersze odrzucone przez redagującego debiutanckie „Obroty rzeczy” Artura Sandauera oraz utwory niewłączone do kolejnych książek na mocy decyzji samego autora i w wyniku wydawniczych sugestii. (Największa grupa takich utworów pochodzi z czasów, gdy poeta pracował nad swoim trzecim tomem „Mylne wzruszenia” z roku 1961).

Przepatrując bruliony autora, edytorzy zdecydowali się – w moim przekonaniu jak najsłuszniej – pominąć jedynie teksty przekreślone, niekompletne, ewidentnie ledwie naszkicowane oraz wcześniejsze warianty utworów później publikowanych. Do tomu nie weszły także „pisane w celach zarobkowych teksty piosenek i wiersze dla dzieci” – i ta akurat decyzja budzi pewne wątpliwości, bo zdaje mi się, że uznając pośledniejszy status tych tekstów,  można by w dziełach zebranych wygospodarować dla nich trochę miejsca, choćby na prawach ciekawostki.

Zasadniczo, „Polot...” stanowi logiczne (i kapitalne) uzupełnienie znanego już (i to znanego w dużej części dzięki wydanym już pośmiertnie ineditom) dzieła Mirona Białoszewskiego. Nie ma tu może  – bo i trudno byłoby się ich spodziewać – rewelacji, które wywracałyby do góry nogami naszą wiedzę o jego pisaniu, lecz zyskujemy sporo bogatego materiału, dzięki któremu obserwować można proces kształtowania się oryginalnego języka poety oraz jego przemian i krystalizacji w kolejnych okresach twórczości. A także, rzecz to oczywista, radować się najróżniejszymi przejawami językowej i formalnej inwencji autora „Chamowa”.

Pamiętając o tym, trzeba wyróżnić dwie grupy tekstów, które zdają się szczególnie interesujące. Pierwsza to nieznane dotąd teksty najwcześniejsze, okupacyjne i tużpowojenne, pokazujące wielokierunkowość poszukiwań Białoszewskiego, a jednak – zdaje się – już naznaczone, mniej czy bardziej wyraźnie, jego wyjątkową sygnaturą. Uwagę przykuwa tu, na przykład, rymowana, pisana trzynastozgłoskowymi dystychami „Zimowa legenda” (grudzień 1942) czy zwłaszcza blok dłuższych wierszy, w których pobrzmiewają, o dziwo?, jakby echa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „Scherzo h-moll” (z grudnia 1945), „Mit Krakowa” (z podtytułem „na powrót ołtarza W. Stwosza do Krakowa w 1945 r.)”, „Sen miasta” (1947) czy wreszcie trzyczęściowy poemat „Rozmowy jońskie” z roku 1950. 

Po drugie, niezwykle ciekawe są też w „Polocie...” fragmenty metapoetyckie (często tytułowane  jako zapisy swego rodzaju poetyckiego dziennika), w których Białoszewski dokonuje autoanalizy i komentuje własne pisarsko-życiowe strategie i gry z publicznością. Weźmy dla przykładu tekst „z dziennika (kombinacji)” (s. 223, początek lat 60.):

może to łatwiocha
tak nocą żyć (o! o! Już jest słowo o!)
i o nocy kombinować
!ale się nabrali!
wy wy     czytalnicy (o! O! i tu!)
ale się nabrali
drugi raz
            i to raz za razem
            w kupie
ja tak po judaszowsku
podprowadzam     pod moje
chodzenie po nocach od
łóżka po Ochocie, Grochowie,
bramach imienia Kickiego
do leżenia z myśleniem
z cieszeniem się, bo późno,
ciemno i śpią (oni     ci-wy)
bo i po co?
                 A takich słów
słów-o! Słów na y na końcu
                                 też nie

No ale szczęśliwie to wciąż jeszcze nie koniec, więc w stosownym podekscytowaniu możemy czekać na następny tom „rozproszonych i niepublikowanych” zapisów Mirona Białoszewskiego.

Marcin Sendecki