Dym

04.07.2016 Marcin Podolec, Marcin "Flint" Węcławek
#
  • Karrot Kommando, Kultura Gniewu
    maj 2016
    165 x 230
    192 strony
    oprawa: miękka
    ISBN: 9788364858321

Między muzyką a komiksem występuje silny związek, którego nigdy do końca nie rozumiałem. Być może ta relacja zasadza się na wrażliwości samych twórców, którzy często oscylują pomiędzy mediami. Być może każdy rysownik, jak niesforny Simon Bisley, w skrytości ducha pragnie być gwiazdą rocka. Faktem jest, że w Europie powstaje wiele komiksów – zarówno autobiograficznych, jak Bend Mawila, obyczajowych, jak Sala Prób Gipiego, czy fantastycznych, jak Doomsboy Tonego Sandovala – w których muzyka odgrywa szczególną rolę. W tej sytuacji nie może dziwić, że zaczynają powstawać także w Polsce.

Polacy uwielbiają literaturę faktu, co więcej – jak przyznają pisarze – czytelnicy bywają rozczarowani, jeśli fabuła nie jest oparta na rzeczywistych wydarzeniach. Jakby wymyślanie historii było czymś prostszym niż ich spisywanie. Od lat rośnie popularność reportaży, także komiksowych. Dobrze sprzedają się nie tylko humorystyczne szkice z podróży Guya Delisle'a (Kroniki Birmańskie, Kroniki Jerozolimskie), ale także poważne relacje wojenne Joego Sacco (Palestyna, Strefa Bezpieczeństwa Gorażde) czy Igorta (Dzienniki rosyjskie, Dzienniki ukraińskie).

Dym, graficzny wywiad-rzeka z charyzmatycznym Pablopavo, jest jak sądzę owocem dwóch opisanych powyżej zjawisk: związków komiksu z muzyką oraz koniunktury na komiksowy reportaż. Jak przyznają we wstępie autorzy – dziennikarz Marcin Flint i rysownik Marcin Podolec – obaj od lat są fanami Pablopavo i chętnie rozmawiają o jego twórczości. Wybór jednego z pierwszych wokalistów śpiewających raggamuffin po polsku nie jest więc przypadkowy. Od strony scenariusza Dym to robota głównie dziennikarska. Nie fabularyzowaliśmy; dopasowaliśmy do siebie wspomnienia i utwory, a elementy tej układanki się zazębiły  – czytamy dalej.

Wśród europejskich twórców komiksu da się wyróżnić szereg artystów specjalizujących się w komiksowych biografiach, jak choćby Reinhard Kleist, który dekadę temu zasłynął komiksem o życiu Elvisa Presleya. Kleist poszedł za ciosem i w kolejnych latach rysował następne biografie – m.in. kubańskiego dyktatora Fidela Castro, ocalałego z Auschwitz żydowskiego boksera, Hertzko Hafta, oraz somalijskiej biegaczki olimpijskiej, Samii Yusuf Omar – aż stał się ekspertem w tej dziedzinie. Dotąd w Polsce nie objawił się artysta tej klasy, który potrafiłby w porywający sposób opowiadać historię życia autentycznych osób.

Urodzony w 1991 r. Marcin Podolec swoją przygodę z komiksowymi biografiami zaczął nietypowo, ponieważ od biografii klubu muzycznego. Wydany w 2013 r. komiks Fugazi Music Club powstał wprawdzie na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego, jednego z założycieli legendarnego warszawskiego klubu, ale opowiada raczej historię miejsca niż konkretnej osoby. Mimo to najwyraźniej chwyciło, ponieważ komiks doczekał się nie tylko doskonałych recenzji w Polsce, ale także wydań w językach niemieckim, francuskim, hiszpańskim i włoskim.

Sześć lat po swoim debiucie (Kapitan Sheer) Podolec dotarł na szczyt. Ekspresowo, choć trzeba przyznać, że to było dla niego pracowite sześć lat. Co roku artysta wypuszcza jeden pełnometrażowy album – każdy wyraźnie lepszy od poprzedniego. Już w 2011 r. ukazał się komiks pt. Czasem, według scenariusza Grzegorza Janusza, uważanego za jednego z najciekawszych polskich scenarzystów komiksowych. Choć Czasem dostał sporo nagród, m.in. od Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego za najlepszy polski komiks roku, to moim zdaniem był to album przeciętny – sztywno rysowany, z niepotrzebnie zagmatwaną fabułą.

Wydany rok później komiks pt. Wszystko zajęte miał już światowy poziom, jeśli chodzi o stronę wizualną, ale odniosłem wrażenie, że znów zawiodła nieco fabuła. W kolejnym roku Fugazi Music Club wprowadziło Podolca do pierwszej ligi, pokazując przy okazji, że scenariuszowo autor ten wypada lepiej w reportażu. Klasę Podolca utwierdził wydany w 2014 r. Podgląd, do scenariusza Daniela Chmielewskiego, oraz tegoroczny Dym, zrealizowany we współpracy z Marcinem Flintem.

Na bliżej nieokreśloną przyszłość zapowiedziany jest komiks pt. Krew Wre, według scenariusza Grzegorza Janusza. Plansze opublikowane na blogu Podolca w latach 2014-1205 zapowiadają wizualną ucztę. Miejmy więc nadzieję, że także Janusz stanie na wysokości zadania. Według rysownika będzie to komiks przygodowy, awanturniczy, może nawet detektywistyczny, ale znów będzie można podrapać się po brodzie i podumać nad płynącym (lub nie) czasem.

Wróćmy jednak do Dymu. Pablopavo przekonująco opowiada o latach 90., kiedy wszystko było szybciej, mocniej, obrzydliwiej. Na tle całego nurtu nostalgicznych wspomnień późnego PRL-u, w który wpisują się książki Pauliny Wilk (Znaki Szczególne), Agaty Pyzik (Poor But Sexy) czy wydana niedawno Duchologia Polska Olgi Drendy, szorstka wersja Pablopavo odsłania zupełnie inne oblicze przełomu. Czasu narkotyków, gangsterów i haraczy, kiedy fortuny powstawały w ciągu dwóch miesięcy, a upadały w ciągu dwóch tygodni.

Autorzy komiksu dobrze dobrali teksty piosenek do wspomnień bohatera. Tytułowy Dym, dym to piosenka o przemijaniu (a w gruncie rzeczy chyba nawet o umieraniu), z kolei Oddajcie kino Moskwa – o dorastaniu, nostalgii za młodością, ludźmi i miejscami, których już nie ma. Kiedy Pablopavo śpiewa – Jestem dziś stary i nie lubię imprez, jestem dziś stary i nie lubię nic. Nie dzwońcie do mnie, lufcikiem się wymknę i stanę na gzymsie deszczówkę pić – to nie czuje się w tym żadnej blagi. Podobnie jest z komiksem, który nie w sobie nic z hagiografii.

Pablopavo jest wiarygodny, kiedy opowiada o swoim dojrzewaniu, również artystycznym. O trudach tras koncertowych, o zgrzytliwym przejściu od publicznego do prywatnego. O życiu rodzinnym, relacjach z żoną, pieniądzach, które się go – jak każdego chyba artysty – nie trzymają. Ale także o swojej drodze, próbie utrzymania się w pewnym paradygmacie; bycia kolejną falą kontrkultury, kiedy wszyscy wokoło próbują się załapać do pracy w agencjach reklamowych. O studiach, które nazywa przetykanym zachwytami pasmem rozczarowań – sam nie ująłbym tego lepiej.

Bohater szczerze opowiada, a autorzy uczciwie przekładają to na język komiksu. Podolec od czasu do czasu podkręca opowieść stosując zgrabne metafory graficzne, jak w scenie, gdy Pablopavo z kolegami kupują we czterech na spółkę swoją pierwszą gitarę. Ładnie ograny wizualnie jest też fragment o odrzucaniu religijności. Ostatnie dziesięć plansz to już w zasadzie solówka; próba zwizualizowania dźwięków i stanu umysłu człowiek, który się w nich zapada. Warto to zobaczyć.

- Artur Wabik