Srebrzysko. Powieść dla dorosłych

Stefan Chwin
#
  • Tytuł
    Gdańsk, październik 2016
    364 strony
    ISBN: 9788389859655

Fragment najnowszej powieści Stefana Chwina Srebrzysko. Powieść dla dorosłych został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Tytuł.

Copyright: Tytuł

Kobieta w czerwonym toczku

Po powrocie z miasta położył się na tapczanie, zawinął w koc i próbował zasnąć. W głowie mieszały mu się wybuchy gazu łzawiącego, patriotyczne okrzyki, gwizdy szalikowców, furkoczące chorągwie, wycia radiowozów, religijny śpiew kobiet z kółka różańcowego, falujące transparenty, oklaski, monotonny łomot pałek uderzających o przeźroczyste tarcze, huk głosów bulgoczący w wąwozach szarych kamienic. Wszystko to przepływało pod powiekami jak zimowa powódź niosąca pokruszone kry na przęsła Mostu Poniatowskiego.

W plecach czuł wciąż ból po uderzeniu policyjną pałką. Przyłożył mokry ręcznik, dało to jednak niewiele. Pozostawało tylko czekać, aż stopniowo dojdzie do siebie. Zresztą ostatnio nie czuł się najlepiej. Właściwie nie było to nic takiego, ot, jakieś tam, mało znaczące pobolewanie w stawach, drobne przystawanie na schodach dla złapania oddechu, krótkie chwile osłabienia, które mijały bez śladu, leciutkie przesypywanie się piasku w kościach. Kiedy następnego dnia przejeżdżał obok nowego budynku Wismedu, którego mury wznosiły się obok filii holenderskiego banku, pomyślał, że może warto by zrobić jakieś rutynowe badania, właściwie czemu nie, krew, mocz i coś tam jeszcze, może USG brzucha i nerek, rentgen kręgosłupa, w końcu nic się takiego nie stanie, jeśli poświęci na to parę minut. W laboratorium wszystko poszło gładko. Zaszedł tam we czwartek parę minut przed dziesiątą, gdy z okna toyoty ujrzał rozpięty na czarnej ścianie banku nowiutki bilbord ze zdjęciem wakacyjnej rodziny, która mimo świetnego stanu zdrowia rozumnie poddała się, jak zalecali wysokokwalifikowani lekarze, medycznym procedurom, a teraz z wielkiej planszy promieniowała na całą okolicę śnieżnobiałym uśmiechem. Uprzejma pielęgniarka w białym czepku, trochę podobna do dziewcząt z obrazów Botticellego, zaprosiła go do gabinetu, dłonie w gumowych rękawiczkach, kłębek waty na szklanym stoliku, strzykawka, próbki materiału w przeźroczystych probówkach, szybkie wypełnienie formularza, uśmiech, miłe słowa na pożegnanie. Potem rentgen, parę minut w zaciemnionym pomieszczeniu, ciche brzęczenie aparatury, miła obsługa. O wszystkim szybko zapomniał, dopiero wpis w komórce, do której zajrzał w sobotę wieczorem, przypomniał mu, że po niedzieli powinien odebrać wyniki. W poniedziałek wszedł do poczekalni na piątym piętrze koło jedenastej. Jasne, nowoczesne wnętrze było puste, tylko w głębi, przy dużym, panoramicznym oknie, z którego widać było dachy Warszawy i wieżę Pałacu Kultury, siedziała jakaś kobieta w czerwonej bluzce i toczku z woalką na głowie. Był umówiony na dwunastą, miał jeszcze – jak mu doradził doktor Karsten – zrobić parę dodatkowych badań, przyszedł za wcześnie, musiał uzbroić się w cierpliwość. Przez chwilę chciał nawet jakoś zaznaczyć swoją obecność, zapytać: „Pani też po wyniki?”, zrobić w jej stronę jakiś uprzejmiejszy gest, dorzucić coś lekkiego, co by ją zaciekawiło i rozbawiło, ale – choć sam nie wiedział dlaczego – uznał to za niestosowne. Siadając na krześle pod kolumną, rzucił okiem na zegarek, jakby samym spojrzeniem chciał przyspieszyć zbyt powolny ruch czarnych wskazówek pod wypukłym szkiełkiem. Nie widział jej twarzy. Siedziała przy oknie oparta łokciem o szklany blat stolika, jakby była obecna tylko połową samej siebie tutaj, w tej pustej poczekalni. Z głębi korytarza doleciał turkot metalowego wózka pchanego w stronę windy, brzęknęły medyczne narzędzia w emaliowanej kuwecie, ktoś krzyknął coś do kogoś, lekarskie drewniaki postukiwały przez parę chwil na linoleum, szczęknęły rozsuwane drzwi, szumiąca winda ruszyła w górę, potem wszystko umilkło. Za oknem z kolorowego bilbordu czteroosobowa rodzina śnieżnobiałym uśmiechem zachęcała przechodniów, by skorzystali z usług kliniki, której podwoje – jak głosił neonowy napis świecący na czarnym murze – były dzień i noc otwarte dla potrzebujących. W pierwszej chwili tylko prześlizgnął się wzrokiem po jej sylwetce.
Dostrzegł łagodny zarys pleców, potem znowu spojrzał na miasto rozświetlone błękitem wysokiego nieba. Nad dachami domów górowała kamienna wieża Pałacu Kultury, otoczona zgrają graniastosłupów z metalu i szkła, które jej zamglony, szpiczasty zarys chciały wstydliwie zasłonić przed światem. Rozleniwiony ciepłem słonecznego dnia, wyjęty z życia, opłukany w ciszy, siedział wygodnie na lekko sprężynującym krześle z niklowanych rurek, połączonych paskami czarnej skóry, jak rozbitek wyrzucony na piaszczystą plażę, niedbale omiatając wzrokiem kremowe ściany poczekalni, na których lśniły jaskrawe plakaty firm farmaceutycznych, jakby zupełnie zapomniał, po co tu przyszedł. Za oknem widział postrzępione obłoki, które płynęły nad Mokotowem, co jakiś czas przysłaniając słońce. Draśnięte złotą iglicą kamiennego pałacu pruły się w paru miejscach do żywego błękitu. Nagle przyłapał się na tym, że patrzy na nią może zbyt długo, co mogła odczuć jako natarczywość. Spokojne światło dnia leniwie sączyło się z nieba jak nitka miodu z uniesionej łyżeczki.
Promieniem wzroku wędrował po miękkiej linii nosa, dosięgał przymkniętej powieki, jakby starannie, centymetr po centymetrze, skanował głowę kogoś umarłego, kto leży na marmurowym sarkofagu. Siedziała tak, że widział tylko jej półprofil. Kość policzkowa, schodząca owalem ku podbródkowi, szyja jasna, prawie biała, naszyjnik ze szklanych paciorków, bluzka z czerwonego jedwabiu, pod szyją ładne trójkątne wycięcie. Na głowie ciemnoczerwony toczek z czarną woalką. Patrzyła w okno. Na policzku delikatny deseń siateczki podpiętej szpilkami. Nieruchomość głowy, ładnie zamkniętej wysoko splecionymi z tyłu włosami. Lekkim szalem z białego jedwabiu, narzuconym na ramiona, przysłoniła dłonie, jakby marzła w chłodnym przeciągu, chociaż dzień był ciepły. Gładka cera o miękkim, porcelanowym odcieniu osłaniała ją przed światem – tak odczuł jej barwę, schodzącą łagodnym cieniem w zagięcie łokcia. Prostokątną torebkę z czerwonego aksamitu położyła na kolanach, jakby palcami nakrywała usypiającego gołębia. Przymknęła oczy. Na ramieniu plama słonecznego blasku, odbitego od szklanego blatu. Choć byli sami w pustej poczekalni, zdawała się zupełnie nie dostrzegać jego obecności, mimo że siedział parę kroków od niej, na krześle pod kolumną. Jakby myląc drzwi, przed paroma minutami weszła do kliniki Wismedu tylko na chwilę, a teraz, zamyślona, z łokciem opartym na szklanym blacie stolika, próbowała dociec, dlaczego właściwie się tu znalazła. Bał się, że byle gestem spłoszy jej spokój. Czuł, że nieuchronnie zbliża się chwila, gdy ten biały, przejrzysty szal poprawi na ramionach, palcami podgarnie włosy z tyłu, sprawdzając, czy dobrze trzymają się pod perłową szpilką, zajrzy do lusterka puderniczki, wyjmie z czerwonej torebki szminkę w złotej oprawce, przesunie miękką czerwienią po wargach, schowa szminkę do torebki i spokojnie, stukając obcasami na kamiennej posadzce poczekalni, z torebką wsuniętą pod pachę wyjdzie z kliniki na ulicę, znikając w potoku głosów i barw jak twarze, których znikanie zawsze go tak przerażało. Patrzył na nią tak, jakby chciał ją zatrzymać samą siłą spojrzenia. Przez sekundę nawet uwierzył, że wzrok, kierowany mocą nadziei i zachwytu, może przesuwać rzeczy, ale nie poruszył się, żeby nie spłoszyć jej najmniejszym nawet szelestem. Niklowane poręcze pustych krzeseł ustawionych pod ścianami poczekalni lśniły w smudze słońca. Światło, odbite od szklanej tafli stolika, kładło się na suficie tęczową pręgą. Teraz widział tylko jej półprofil z miękką linią policzka, zarys nosa, podbródek, wypukłe usta. Ileż by dał, by odwróciła głowę. W głębi ducha dziękował za ciszę, w której oboje byli zamknięci. Nie musiał zagadywać, dowcipkować, nadskakiwać, podtrzymywać rozmowę, sprytnie podrzucać interesujące tematy, być uprzedzająco uprzejmy, zabawiać, rozśmieszać. Po prostu siedział na krześle pod kolumną i patrzył na nią bez żadnej erotycznej intencji, czując w sobie tylko potrzebę chronienia tej dobrej chwili, która powinna trwać. Nawet nie rzuciła okiem na zegar, zawieszony na ścianie między oknem a kolumną.
Myśl, że ona może zaraz wstać i wyjść stąd na ulicę, wydała mu się tak bolesna, że starał się zakpić ze wszystkiego, co czuł przed chwilą. W końcu po co pakować się w nowe kłopoty? Chciał nawet przekonać siebie, że przesadza z zachwytami. Mało to równie ładnych kobiet na Ziemi? Sięgnął po gazetę, rzuconą na sąsiednie krzesło, zaczął nieuważnie przeglądać artykuł o pamiętnej katastrofie lotniczej, popatrzył na zdjęcie rozbitego na strzępy samolotu, ale po chwili znowu spojrzał w jej stronę, jakby chciał się upewnić, że oczy odnajdą ją dokładnie tam, przy tym samym szklanym stoliku, pod oknem, gdzie siedziała przed chwilą…
Pielęgniarka, której nigdy tu jeszcze nie widział, wysoka, piegowata dziewczyna o rudych, pokarbowanych włosach, wymykających się spod nakrochmalonego czepka, wychyliła się z gabinetu: – Kto z państwa na badania? – po czym widząc go na krześle pod kolumną, dorzuciła: – Proszę, niech pan wejdzie. – Machinalnie podszedł do drzwi, wszedł do gabinetu z głupim popłochem w sercu, że zostawia ją samą w pustej poczekalni… Przy pobieraniu krwi kręcił się niespokojnie. Gdy pielęgniarka przysunęła igłę do przegubu, opuścił podciągnięty do łokcia rękaw koszuli, jakby chciał zaraz wstać, wyjść z gabinetu, aż musiała go upomnieć: – No, niech się pan nie rusza. Przecież ja tak nic nie mogę zrobić. – Kiwnął głową, miała rację, ale niepokój pozostał. Patrząc, jak strzykawka ciemnieje od krwi, miał nieznośne wrażenie, że wszystko to ciągnie się w nieskończoność, chociaż pielęgniarka umiejętnie wbiła igłę nad nadgarstkiem, pobrała krew, szybko wysunęła igłę z żyły, nakłucie zręcznie nakrywając kłębkiem waty. Wstał, mocno przycisnął watę do ukłutego miejsca i nawet nie dziękując za dobrze wykonany zabieg, z narzuconą na ramiona marynarką, szybko wybiegł do poczekalni. Przy szklanym stoliku zobaczył puste krzesło. Podbiegł do okna. Niespokojnie przesuwał wzrokiem po ludziach, którzy mijali się na chodniku przed kliniką, ale nigdzie jej nie zobaczył. Przysunął twarz do szyby, mrużąc oczy od słonecznego światła. Patrzył w głębokie zejście do metra, w którym ludzie znikali, jakby już nigdy nie mieli wyjść spod ziemi, ale i tam też jej nie zobaczył. Jedna chwila nieuwagi, a potem głupi żal, że straciło się coś, czego się nigdy nie odzyska? A ona? Pewnie idzie gdzieś teraz ulicą, poprawia torebkę pod pachą, dochodzi do parkingu, odnajduje wśród samochodów swój samochód, wsiada, przekręca kluczyk w stacyjce, odjeżdża. Wzruszył ramionami. Dobry Boże… Chciał teraz jednym machnięciem ręki wymazać z serca gasnący ślad jej obecności, spróbował nawet zakpić ze wszystkiego, co czuł, ale drobne draśnięcie serca nie przestawało narywać jak ranka po ukłuciu cierniem. Żebyż to jeszcze – starał się obudzić w sobie ironię – zdążył chociaż zobaczyć jej twarz. A tak właściwie nie wie, jak wygląda kobieta, na którą patrzył! Ale właśnie ten półobrót, to jej odwrócenie głowy w stronę okna, miękki owal policzka, sam tylko profil, domyślna reszta – wszystko to bardziej niepokoiło niż twarze – wyraźne, oświetlone światłami latarń, dotykalne w każdym szczególe – które mijał na ulicach. Teraz wyobraźnia dopowiadała tę zagubioną resztę, wzmacniając lekkim rozdrażnieniem przykrą niewygodę utraty, której nie mógł zagoić żadną treścią wyraźniejszego wspomnienia. Pozostawało tylko przeklinać głupi, przeoczony moment zniknięcia, zresztą – przywoływał siebie do porządku – banalny, jak wszystkie podobne momenty, jakie zdarzają się w życiu. Jej oddalająca się w głębi miasta obecność dawała o sobie znać ciemnym, słabnącym tętnem. – Może właściwie lepiej, że nic się zdarzyło – pomyślał, zjeżdżając windą na podziemny parking, gdzie zostawił toyotę. Przecież gdyby rozpoznała w nim adwokata z fatalnych zdjęć w „Faktorze” – przekonywał siebie – pewnie by tylko odwróciła głowę z niechęcią, a może i odrazą. A tak? Gasnący ślad pamięci, leciutkie jak oddech draśnięcie naskórka duszy, szybkie bezbolesne zapomnienie?