Turyści z bocianich gniazd

Czesław Straszewicz
#

Copyright: Instytut Literacki Kultura, Instytut Książki


Katedra Sandwiczów


    Z luki statku na pokład, a stamtąd na ląd (z Książką pod pachą) zgrabnie się wyślizgnąwszy - poszedł Kostek z obowiązku szukać szwedzkiego konsula. Nie z wiary w powodzenie, ale z obowiązku, żeby nic sobie nie mieć do wyrzucenia. Chodził po obcym mieście dość niedługo, bo smykałką swoją obieżyświacką prędko co trzeba znalazł. Więc wszedł. Szwedzką, norweską, angielską mieszaniną naprzód panience wyjaśnił, o co chodzi, potem panu, potem ktoś trzeci przyszedł i słuchał. Więc Kostek z gestami opowiadał, jak to w Bije, udawszy się po kuchenne zakupy, zgubił s/s „Gotland”, jak ten „Gotland” bez niego odszedł złośliwie, co przez to wycierpiał moralnie i fizycznie, ile się najadł złego - i że teraz właśnie do tego portu przyjechał na blinda - i prosi pana konsula o należny mu z „Gotlandu” overtime, 320 koron i paszport.
    Kłamstwo to było, ma się rozumieć, wredne, bo wcale nie zgubił „Gotlandu”, ale go puścił kantem, jak puszczał tyle już przedtem okrętów, gdy kapitan mu zbrzydł, konserwowe kucharowanie nadojadło, a na lądzie zapachniało żarcie, picie i dziewczynki.
    Ale - szwedzka jego mać! - obowiązkiem konsula jest uwierzyć, zapisać i zapłacić! (Kostek Napierski mały wzrostem, z szeroko rozstawionymi uszkami - z Książką pod pachą - balansował z nogi na nogę sympatycznie, poręcz konsularnego krzesła niby z nieśmiałości głaskał i tym swoim szwedzkim, norweskim, angielskim wekabulerem gadał a gadał...
    Uwierzyć, może i uwierzyli, zapisać, zapisali, ale forsy, jak przewidywał, nie dali. Natomiast sumienie miał Kostek czyste, że się nie polenił, sprawy nie zlekceważył i wszystko, co w ludzkiej mocy, uczynił dla swego szczęścia.
    Lekki na duchu opuścił konsulat i nad sytuacją zastanowił się poważnie.
    Sytuacja jest taka: Forsy w kieszeni zero. Dwa banany, zabrane z łajby, będą na obiad. O tej porze wszystkie morskie Polusy, jakie mogą się znaleźć w porcie, odsypiają swoje z dziewczynkami. O własnej żonie też dopiero wieczorem będzie można pomyśleć. Na ryby w międzyczasie wartało by pójść! No to pójść! W malowaną pogodę ryby łowić idea prima, gastronomiczna. Wędki nie ma! Poszukać nie szkodzi. Zatem - punkt pierwszy programu: Mysz, hajda po wędkę!
    Mysz, czyli Kostek, tak od siebie prywatnie, a przez innych publicznie był nazywany dla puszystości skóry i dla uszu jak u myszy, co lata. Z pięćdziesiąt walk i bójek, i rżniętek za tę „Mysz” odbył po barach i pięści sobie przy tym nazbijał, i krwi sporo stracił - albowiem myszą nie był, ojciec Napierski, a matka Marianna Kurek.
    Kostka życiowy kunszt ujawnił się w całej pełni, gdy prowadził starania o wędkę. Języka nie znał, nikogo nie znał, zatokę portową widział za mgłą - jednak od razu znalazł molo wpuszczone w morze, kamieniami podmurowane, a na tych kamieniach po obu stronach wielkie zgromadzenie rybaków i rybaczek w kucki siedzących i zadowolonych. Kostek szedł sobie po molo, z Książką pod pachą, zygzakiem, od krawędzi do krawędzi, zrobił dziesięć kroków, zrobił dwadzieścia, nigdzie się nie zatrzymał, krótkim spojrzeniem każdego rybaka taksował i szedł dalej. Szedł i szedł, bo molo miało kilometr długości, na końcu była mała latarnia morska. Aż stanął. Kucnięty rybak-Murzyn palcami w przynęcie przebierał.
    Skąd Kostek wiedział, że to jego Murzyn? Musiał wiedzieć, bo stanął, i stał nad nim, nie nad innymi, może minutę, może dwie, nachylił się z mola ku kamieniom i pisnął kunsztownie: pii!
    Właśnie mewa przelatywała i skrzydłem skroiwszy wodę, pisnęła podobnie.
    Murzyn, w prążkowanym łaszku na grzbiecie, podniósł kościsty łeb, łypnął na mewę, ale nie złapał, bo już była po drugiej stronie - więc w Kostka wlepił oczy i na nim trzymał. Jednocześnie przynętę rwał w palcach na dzwonka dość powoli. Minutę to znowu trwało albo dwie. Nagle zaśmiał się szczęśliwie: pii!
    Kostek oczywiście natychmiast z mola zeskoczył na kamień. I do Murzyna: - Okej? Ty pi i ja pi! Okej? - Głową kiwał. Murzyn głową kiwnął. Na co Kostek: - Blat?!
    I zaraz najbezczelniej w świecie chwycił za wędkę. Na dwie wędki Murzyn łowił ryby swoje, trzecia leżała na kamieniu w zapasie i tę trzecią Kostek miał na oku, mówiąc: blat!
    - Blat! - powtórzył Murzyn, dzwonko krewetki nadziewając na Kostkową wędkę. - Ty blat, a ja - wskazał na siebie - Julio Cesar...
    Kostka na razie przestała obchodzić dalsza amicycja. Przeskoczył trzy kamienie, znalazł płaski kamień i z tego kamienia świsnął linką w morze. I kucnął. Książkę położył przy sobie. Między nim a Murzynem nastała święta, rybacka cisza.
    W tej ciszy słońce smaliło w oczy, mewy to skrzydłem, to dziobem krajały wodę, Julio Cesar łowił, inni łowili, Kostek też ryby swoje na wędkę pogodnie łowił.
    - I - bracie Polaku - z morskiego przyzwyczajenia samemu sobie podgadywał - a ruszże mózgiem, bracie Polaku, i zgadnij: Jakie łowić się będą rybki tutejsze, południowoamerykańskie? Czy pierzaste będą, jak japońskie, czy w kolorze bzu, jak na Madagaskarze, czy jeszcze będą inaksze? Czy do smażenia lepsze, czy do gotowania w jarzynie, a może która z rodzynkami ujdzie w smaku za karpia? Ryby w każdym kraju są inne i żony w każdym kraju są inne... E...
    ...e, bracie Polaku, a ruszże wędką - a pociągnij!... pociąg! - cyk! Jest rybka! Cyk, cyk, malutka! Srebrniusieńka, jak papierek od czekoladki, smuklutka - co się tak trzepoczesz, jak nasza płotka? No pokaż się, maleńka, nie wstydź się, nie frygaj - tuś mi, mała, z prążkiem czarnym na grzbietku, ślicznym bardzo. Dla urody twojej, dla cudności twojej zrobić cię najlepiej na patelence z masełkiem rumianym, a na grzbiecik dać trochę siekanej pietruszki!
    W trakcie tego doskoczył Julio Cesar, palcem na rybę wskazał i nauczył: - Pejerrey!
    Kostek zrozumiał, że jego cudo nazywa się peherej, powtórzył kilka razy dla pamięci: peherej, i wędkę obładziwszy, dalej łowił.
    - I - bracie Polaku, słoneczko cię tu grzeje, banany masz w kieszeni, dobrze ci - lepiej niż w Krywoj Dieriewni, gdzie nie wiedziałeś, co to jest słońce i banan. Skąd mogłeś wiedzieć, jeśli słońce tam w uszy cię tylko szczypało zdradliwie i w nos!
    I - po śmierci matki, w tej Dieriewni, Józefka, siostrzyczka lat pięć, na jego piersi szukała ciepła. Nakradł dla tej Józefki mąki i kaszy niemało, a raz ukradł dla niej buty z cholewami i raz chustkę szaroburomalinową, ciepłą bardzo. Nigdy mu się tak sprawnie nie kradło, ani później, ani teraz, jak wtedy, gdy miał lat czternaście, w drodze wielomiesięcznej, kolejowej i pieszej z Dieriewni, z Józefina w butach wypchanych szmatami, w kierunku Polszy... E...
    - Cyk! I cyk! Jest rybka! Jak pędzelkiem malowana! I większa niż pierwsza, piersiasta, z noskiem szerokim. Kogut, nie rybka, bażant cały!...
    Juliusza Cezara ciekawość wzięła i doskoczył. - Bagre! - Łypnął okiem: - Blat?
    Bagrej - powtórzył Kostek dla pamięci - w sosie cytrynowym pycha będzie - i dalej łowił... Czemu właściwie Józefka przy końcu wędrówki umarła, trudno wiedzieć, miała zawsze czaj ciepły i jabłka jesienne, i brukiew z pola wygrzebaną, oskrobaną i ugotowaną, z cebulą - mleko dla niej nieraz wyżebrał i kukurydzę słodką ukradł - a ona, z siwymi oczkami, nic nie mówiąc, nocy jednej pod gołym niebem wzięła Józefka i umarła. Niósł ją długo na rękach, myśląc, że śpi. Zaś tam! Budził ją w rowie i budził, trawką ją muskał po policzkach, nie chciała się obudzić za nic w świecie. Potem nożyk, który na stacji kiedyś ukradł, ostrzył na kamieniu drogowym i ojca, i matkę Mariannę w śniegach zagrzebanych wspomniał, na Józefki twarzyczkę zamyśloną i serio - patrząc. Potem wziął ją na ręce i szedł w pole dzikie, gdzie rosły wilgotne krzewy i gdzie drzewa były do wierzb podobne. Tam w dolince, w jamce, na kretowiskach - dołek wygrzebał rękami i nożykiem. W chustkę szaroburomalinową siostrzyczkę lat pięć, której do Polszy nie doniósł, owinął i tak ją otuloną, w butach z cholewami, włożył w wilgoć. Dzień jeszcze przetrwał, nim przy zachodzącym słońcu ośmielił się zsunąć na nią trochę mokrej ziemi...
    E! Cyk! Raz, dwa, trzy, jest rybka! Aj, jaka tłuściutka, z brzuszkiem wydętym, z cętkami na skrzelach... prelest’ nie rybka...
    Ma się rozumieć, Julio Cesar trzy kamienie przeskoczył i nauczył: Palomiya!
    - Palomiża - z cętkami - na zupę rybną - albo na majonez! Palomiża! - powtarzał Kostek dla pamięci i dalej łowił... - Na Józefkę w ten czas rzucił ziemię mokrą, a potem się przeraził i odgrzebał. Albowiem matka przed śmiercią prosiła, żeby jej ręce złożyć na krzyż. Zatem Józefce rączki, co pod chustką tak i siak sobie leżały, też wypadało złożyć na krzyż... - A czemu, do jasnej cholery, łowiąc amerykańskie ryby, na mewy rybojady z ukosa patrząc - na Józefkę dawno umarłą wysila pamięć?! Cholera jasna! Czemu? Bo taka dobra była dziecina i do piersi jego się tuląc, tak mówiła: Tu ciepło, Kostku, tu dobrze, i chciałabym, żeby tak było zawsze. Więc kiedy ją zostawił w krecich norach, to mu było żal. Z tego żalu wyskrobał nożem z kory wierzbowej deszczułkę, a na niej napis: „Józefa Napierska, Polka, ur. w r. 1940 w Krywoj Dieriewni. Zmarła tu w drodze do Polski. Brat”. Korę wbił w ziemię i nocą odszedł.
    Cyk! I znowu cyk; Julio Cesar coraz częściej skakał przez kamienie i nauczał: pejerrey, bagre, boriquta i - blat! - anchoa!
    Tak dzień spływał. Przyszła pora obiadowa, zrobiło się goręcej i puściej. Z portu odchodził Grek, dymiąc silnie. Murzyn dał znak, że musi odejść, ale że wróci, i zostawił Kostkowi wszystkie wędki. Kostek zjadł banany i dalej łowił. W porcie był jeszcze jeden Grek, dwa Angliki, Czilijczyk „Arica”, no i ten jego blindowy Mac-Cormack. Jakim okrętem i w jaką podróż do jakiej części świata wypadnie znowu Kostkowi wyrywać z Punta Chata? Wrócił Murzyn.
    Dalej łowili. Różowo, różowością morskich muszli, zaczęło się robić w Punta Chata.
Rybacy wędki na dobre zwijali korbką. Mewy przed snem wydawały leniwsze piski. Kostek policzył złowione ryby: jedenaście ich było na kamieniu, jak byki. - Ej, bracie Polaku, blat!
    - Blat!
    Julio Cesar uczynił rzecz zdumiewającą: rozejrzał się i sprawdził, czy nikt nie widzi - i spod prążkowanego poncza wyciągnął trzy pary najlonowych, damskich pończoch.
    Blat?
    - Okej! blat! Dlaczego nie?! Duponty 56!

Szczegółowe informacje o książce: http://czasopisma-ik.pl/index.php/ksiazki/w-kregu-paryskiej-kultury/turysci-z-bocianich-gniazd