Krivoklat

Jacek Dehnel
#
  • Znak Literanova
    Kraków, maj 2016
    124 x 194
    240 stron
    ISBN: 9788324036288

Fragment najnowszej powieści Jacka Dehnela Krivoklat został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak Literanova.

Copyright: Znak Literanova

Nie boi się pan, zapytał mnie kiedyś jakiś dziennikarz po jednym z procesów, że jak pan tak niesie ten kwas siarkowy w butelkach, to on panu gdzieś wycieknie i pana poparzy, a ja odpowiedziałem, że dla sztuki trzeba się czasem poświęcić, co poszło jako nagłówek, wytłuszczonym, powiększonym drukiem, ale tak naprawdę jest z tym pewien problem, bo przecież butelki muszą być z jednej strony szczelnie zakręcone, z drugiej w każdej chwili gotowe do tego, żeby je odkręcić, wyjąwszy je, precyzyjnym, szybkim ruchem z kieszeni płaszcza lub kurtki, choć od lat już właściwie wyłącznie płaszcza, za kurtkami nie przepadam od czasu porażki w sali z Przymierzającą perły Vermeera w Dahlem Museum w Berlinie, kiedy butelka wysunęła mi się przedwcześnie z kieszeni i strażnik kategorycznym tonem skierował mnie do szatni, bowiem pod żadnym pozorem nie wolno wnosić żadnych płynów do sal muzealnych, przecież równie dobrze mógłby pan w tej butelce wnieść kwas siarkowy i próbować zniszczyć jeden z obrazów, powiedział, przez co na całe lata nabawiłem się urazu do tej sali, a właściwie do całego Dahlem Museum w Berlinie i nigdy już nie próbowałem stanąć przed Przymierzającą perły, by precyzyjnym, szybkim ruchem odkręcić butelkę i oblać Vermeera kwasem siarkowym względnie oblać przy jednej okazji kilka obrazów, co zależałoby od refleksu najbliżej stojącego strażnika albo od pozostałych zwiedzających, którzy na ogół wolą nie ryzykować, sądząc, niebezpodstawnie, że jestem tak zwanym wariatem. Rozważyłem i wypróbowałem już cały szereg systemów i lubię myśleć, że w innym, lepszym świecie, gdzie mężczyźni w pewnym wieku, oblewający kwasem siarkowym dzieła sztuki, a nawet arcydzieła sztuki w słynnych, a nawet najsłynniejszych muzeach, cieszyliby się nieco inną niż w naszym opinią, być może leksykony i encyklopedie zawierałyby hasło Metoda Krivoklata albo System Krivoklata albo nawet Krivoklatowski System Spryskiwania Kwasem Siarkowym, KSSKS, a ja mógłbym występować z gościnnymi wykładami i wyjaśnić, jak opanowałem do perfekcji przenoszenie i stosowanie pojemników kwasu siarkowego, wtrącając kilka zabawnych anegdotek o nieudanych eksperymentach, a nawet, jeśli atmosfera wykładu pozwalałaby na aż taką swobodę, pokazując długą beżową bliznę na lewym podudziu, wynik niedoszłej próby uszkodzenia portretu Halsa w Dreźnie za pomocą spryskiwacza do okien. Ostatecznie jednak, choć z całą pewnością nie polecałbym spryskiwacza, muszę przyznać z pewnym zawstydzeniem, że opakowania, jeśli tylko wykonane są z tworzywa odpornego na kwas siarkowy, właściwie nie odgrywają większej roli, nie ma doskonalszego systemu niż dobrze zakręcona butelka z odpornego na kwas siarkowy tworzywa, szybki ruch odkręcający i oblanie obrazu, przy czym jeśli sala, w której znajduje się wybrany obraz, jest niedaleko od toalety, co da się sprawdzić na każdym planie muzealnym, jaki otrzymuje się przy wejściu wraz z biletem, można pokusić się o mocniejsze zakręcenie, a nawet zaklejenie taśmą butelki na czas jej przewożenia i wnoszenia do budynku muzeum, a następnie odklejenie taśmy i poluzowanie nakrętki w zaciszu kabiny toaletowej, ale tak naprawdę nic nie zastąpi zręczności, a tę najłatwiej uzyskać poprzez ćwiczenie, toteż wielokrotnie ćwiczyłem polewanie obrazu, czy raczej jego reprodukcji, zazwyczaj wodą, zawsze jednak stosując tę butelkę, z której miałem skorzystać w najważniejszym, koronującym całe starania momencie. Przez ostatnie tygodnie, odkąd wreszcie udało mi się kupić kwas siarkowy i zrobić sobie pewne nadzieje na przepustkę z Centrum Medycznego Zamek Immendorf, z oczywistych przyczyn nie miałem gdzie i jak ćwiczyć, bo zagroziłoby to powodzeniu całego mojego przedsięwzięcia, a nie mógłbym sprawić większej radości strażnikom Dlouhemu i Auerbachowi, jak zdradzając się z tym, że ukryty za rosłym świerkiem albo tują w zamkowym parku, ćwiczę polewanie wodą przybitej w tym celu do pnia rosłego świerka albo tui reprodukcji jakiegoś znanego renesansowego płótna, powiedzmy, Tycjana, podprowadzonej z teki Arcydzieła malarstwa włoskiego, od lat kurzącej się w szpitalnej bibliotece, ale pocieszam się, że opakowania, w których kupiłem kwas siarkowy, poręczne litrowe butelki, są w sprzedaży od dawna i stosowałem je już zarówno w Wiedniu, jak i w Dreźnie, za każdym razem przećwiczywszy wcześniej wielokrotnie, mogę więc liczyć przynajmniej na jeden obraz, jeśli nie na dwa lub trzy obrazy. Oczywiście pozostaje pytanie, czy byłoby zadowalające oblanie dwóch czy trzech sąsiednich obrazów tylko dlatego, że wiszą jeden przy drugim, w jednym ciągu, a strażnik akurat stoi w drzwiach do sąsiedniej sali i czyta albo ogląda coś na swoim telefonie, ale pytanie takie może stawiać sobie człowiek, który do oblewania obrazów kwasem siarkowym ma stosunek obojętny, by nie rzec amatorski, i który tym samym nigdy nie zaryzykowałby utraty swojego tak zwanego normalnego życia i swojej tak zwanej normalnej rodziny tylko po to, żeby zrujnować cienką warstwę farby, a najpewniej wyłącznie werniksu na jakimś pięćsetletnim płótnie czy desce; taki człowiek, wiem to aż za dobrze, z pewnością uznałby ową transakcję za nieopłacalną, bowiem, i owszem, nie pogardzi pospolitym wandalizmem, chętnie zarysuje komuś karoserię kluczem od skrzynki do listów, nagryzmoli sprejem na ścianie, nawet i zabytkowej, proszę bardzo, przyjemność jest, a ryzyko nie zapiera tchu w piersiach, natomiast zniszczenie mienia o znacznej wartości finansowej i kulturowej całkowicie go paraliżuje. Natomiast ktoś taki jak ja, traktujący sprawę poważnie i, że ujmę to bez fałszywej skromności, profesjonalnie, ma na to pytanie jednoznaczną, i to jednoznacznie negatywną odpowiedź, zdaje sobie bowiem sprawę, że muzealnicy mają tendencję do wieszania arcydzieł w pewnym oddaleniu od innych arcydzieł, żeby oko widza odpoczęło między jednym wodospadem genialności a drugim, chyba że mamy do czynienia z cyklem obrazów, wtedy muzealnicy powieszą je jeden obok drugiego, mają bowiem, wbrew obiegowej opinii, fatalny gust, tak zwane obcowanie z dziełami sztuki wcale w nich gustu nie wyrabia, nie wyostrza, przeciwnie, stępia gust, także kiedy widzą cykl, działają jak pierwsza lepsza dekoratorka wnętrz, gorzej, jak pocztowa urzędniczka, która wiesza cztery talerze z kotkami w jednym rządku, idealnie równo, są bowiem zestawem, a zestaw to świętość nierozbijalna, zaś stłuczenie jednego z czterech talerzy z kotkami jest niepowetowaną stratą i niejedna urzędniczka pocztowa, a także niejeden muzealnik wolałby w głębi serca stracić bezpowrotnie cały cykl niż jeden z obrazów czy też talerzy, bowiem zestaw zdekompletowany uderza w najgłębsze podstawy jego czy też jej uporządkowanego stosunku do świata. Ponieważ chcę niszczyć koniecznie arcydzieło lub arcydzieła, a nie jedno arcydzieło i kilka przeciętnych płócien jakiejś szkoły czy warsztatu, to mam dwa wyjścia: albo muszę zaatakować cykl – choć przecież naprawdę wybitnych cyklów nie ma w malarstwie tak znowu wiele, nie oszukujmy się, nierzadko w cyklu arcydziełem jest tylko jeden z trzech, czterech czy nawet sześciu obrazów, nawet dziesięciu obrazów, w dodatku bywa, że każdy z nich wisi na ścianie na zupełnie innym kontynencie, lecz jeśli nawet fatalny gust muzealników sprawił, że wszystkie wiszą razem, to i tak z Czterech spraw ostatecznych Boscha nie oblałbym niczego oprócz Wniebowstąpienia zbawionych, z Żywota świętej Urszuli Correggia wyłącznie Sen świętej, z Triumfów Cezara Mantegni ostatecznie mógłbym zniszczyć Niosących wazy, ale wszystkie one są już tak zniszczone, że nie miałbym sumienia do tego się dokładać, a już z takich czterech Alegorii miłości Veronese’a, reprodukowanych zresztą na osobnych kartach w tece Arcydzieła malarstwa włoskiego, do oblania nie nadaje się ani jedno, ani jedno płótno – albo zostaje mi drugie wyjście, to jest muszę znaleźć salę, w której między jednym arcydziełem a drugim jest akurat taki odstęp, który będę w stanie pokonać między pierwszym atakiem a momentem, w którym obezwładni mnie strażnik lub ktoś ze stojących bliżej zwiedzających, choć raczej strażnik, zwiedzający bowiem rzadko odkrywają w sobie żyłkę bohaterską; między jednym atakiem a drugim upływa zbyt krótki czas, żeby zdążyli wyobrazić sobie samych siebie na zdjęciach w gazetach i w serwisach informacyjnych, natomiast jest to czas wystarczająco długi, by uznali atakującego za wariata, bo z uznaniem kogoś za wariata większość ludzi radzi sobie w ułamkach sekundy, w zasadzie z mało czym większość ludzi radzi sobie tak szybko jak z uznaniem kogoś za wariata, przybierają więc postawę i minę zająca na muszce strzelby, przybierają postawę i minę człowieka, który wprawdzie chciałby ratować bezcenne arcydzieło sztuki, rzucać się, pędzić, obezwładniać, ocalać dziedzictwo nas wszystkich, ale nie jest w stanie, ponieważ akurat w tym momencie z bliżej niewiadomych przyczyn został zającem. Mając tak zawężony wybór, strzegłem się zawsze, by nie obniżyć swoich kryteriów i na przykład nie zdecydować się na dwa czy trzy płótna znane, ale nie arcydzielne, tylko dlatego że wiszą w dogodnej od siebie odległości, albo też na znany cykl, powieszony zgodnie z fatalnym gustem muzealników na jednej ścianie, ale przecież cykl niedoskonały, z którego tylko jedno płótno mógłbym z czystym sumieniem nazwać arcydziełem i z czystym sumieniem oblać kwasem siarkowym, ponieważ zdaję sobie doskonale sprawę, że ceną za mój atak będzie to, co zwykle, czyli powrót, i to na lata całe, do jakiegoś szpitala, zakładu czy centrum medycznego, z jego nieznośnymi pacjentami, posiłkami, warsztatami artystycznej terapii zajęciowej, gdzie przygłupi urzędnicy niższego szczebla, cierpiący na jakieś mało istotne zaburzenia psychiczne, lepią koty z papier-mâché, a sfiksowane stare panny – aniołki z gliny, i gdzie nade wszystko władzę sprawują ludzie najbardziej pozbawieni gustu, czyli lekarze specjaliści od terapii sztuką, a zatem będzie to cena wysoka, ja zaś jestem gotów zapłacić tak wysoką cenę wyłącznie za zniszczenie arcydzieła lub arcydzieł. Pochlebiam sobie, że nigdy nie zniszczyłem zwykłego dzieła, przy czym ani razu nie chodziło mi o tak zwane wyrządzenia szkód w mieniu o znacznej wartości, cała ta medialna obsesja wokół strat, to liczenie w szylingach, w markach, potem w euro, to drukowanie kwot dużymi cyframi, obowiązkowo czarno-żółtymi lub czarno-czerwonymi, w wielkim otoku, z czarno-żółtymi lub czarno-czerwonymi wykrzyknikami, wszystko to zawsze głęboko mnie zniesmaczało, gdyż mam wyrobione zdanie na temat podawania wartości Dürera czy Tycjana, a już zwłaszcza Vermeera, który od lat nie pojawił się na rynku, więc każda spekulacja na temat jego cen to czysty wymysł, a poza wszystkim: to, że Portret brzydkiej mieszczki w kryzie Rembrandta sprzedano gdzieś za tyle a tyle tysięcy czy milionów, nie oznacza, że jego Autoportret kosztowałby tyle samo, bo ma mniej więcej taką samą powierzchnię i jest mniej więcej z tego samego okresu, na taki pomysł może wpaść tylko kompletny idiota.