Bliskie kraje

Julia Fiedorczuk
#
  • Marginesy
    Warszawa, kwiecień 2016
    123 x 197
    288 stron
    oprawa: miękka
    ISBN
    978-83-65282-58-3

Fragment najnowszej książki Julii Fiedorczuk Bliskie kraje został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Marginesy.

Copyright: Marginesy


W drodze

D. i J.

1. Biała

Na płycie lotniska rozradowany chłopiec, może sześciolet­ni, wyrywa się ojcu i biegnie w stronę samolotu z szeroko rozpostartymi rękami. Chce jak najszybciej znaleźć się w powietrzu. Jego szczęście jest absolutne, niczego mu nie brakuje.

Przed wejściem na pokład jeszcze jedna kontrola - tyl­ko dla mężczyzn, nie ma akurat strażniczki, więc kobiety przechodzą bez sprawdzania. Mężczyzna nie może pu­blicznie dotknąć żadnej z nich, względy bezpieczeństwa nie mają tu nic do rzeczy. Obok Indusek w jedwabnych sari wygląda jak obdartus, nędzarka. Szczelnie owija się szalem, żeby nie zwracać na siebie uwagi, zza dużych okularów przeciwsłonecznych prawie nie widać jej twa­rzy. Wsiada do samolotu razem z innymi kobietami i traci z oczu tego chłopca. Traci go na zawsze.

Żeby wyprodukować tradycyjną metodą jedno jedwabne sari, trzeba ugotować żywcem co najmniej pięćdziesiąt tysięcy je­dwabników. Podczas przelotu z Warszawy do New Delhi sa­molot emituje około dwóch ton dwutlenku węgla na pasażera. Do wyprodukowania jednego kilograma bawełny, z której zro­biono jej dżinsy i tiszert, zużywa się ponad dwadzieścia tysięcy litrów czystej wody.

W samolocie, czekając na start, przegląda notatki. Prze­wodniki pouczają, żeby uważać na brudną wodę z Gange­su, nie dać się ochlapać. Ostrzegają przed zgubieniem się w wąskich krętych uliczkach, przed agresywnymi małpa­mi, naciągaczami i fałszywymi guru. Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby się nabrać na mądrości starców wystrojonych w kostiumy, które wyglądają, jakby zostały kupione w In­dia Shopie na Krakowskim Przedmieściu, ale najwyraźniej ludzie tak bardzo potrzebują sensu, że uwierzą we wszyst­ko. Sens. Chodliwy towar w krajach, gdzie innych towarów jest aż za dużo. Myśli o widzianej trzy dni wcześniej dziew­czynce, może dwuletniej, którą jakiś mężczyzna kopnął tak, że poturlała się po chodniku. Krótko płakała i jakby na pokaz. Myśli o swojej obecności tutaj, o zdjęciach, no­tatkach, wspomnieniach, strzępkach wrażeń. Kiedy urosną i dojrzeją, wysypie się z nich ziarno - zalążek opowieści, która będzie już fikcją.

Dogoniło ją zmęczenie. W ostatnich tygodniach mało spała, brakowało czasu, budziła się wycieńczona i marzyła tylko o tym, żeby znowu się położyć, gdziekolwiek, byleby było płasko i niezbyt twardo. Rano każdy dzień wydawał się długi, niemożliwie długi, jak stroma kręta droga na wysoką górę. Po południu wstępowały w nią nowe siły, zwłaszcza jeśli udało się zdobyć jakiś alkohol. Dopiero wie­czorem, po fakcie, przeżywała to, co się wydarzyło. Wszyst­ko stawało się wtedy bardzo intensywne - obrazy, zapachy, dźwięki, fragmenty przeczytanych wierszy. Chciało jej się rozmawiać. Tak było też poprzedniego dnia, kiedy żegna­ła się z dotychczasowymi towarzyszami podróży. Długo siedzieli przed hotelem i palili papierosy, a ona przez cały czas mówiła, nie mogła przestać mówić. Potem położyła się na dwie godziny, ale prawie nie spała, trochę z ekscy­tacji, a trochę ze strachu, bo od tej chwili miała już podró­żować sama. Więc teraz, gdy tylko samolot odrywa się od ziemi, od razu zamyka oczy.

Kiedy je znowu otwiera, lądują. Czuje piasek pod po­wiekami i suchość w gardle. Przez ułamek sekundy nie pamięta, kim jest. Napotkane spojrzenia mówią jej, że nie jest stąd.

2. Głodne duchy

Na lotnisku natychmiast wpada w tłum. Przepycha się łok­ciami (nowo zdobyta - albo niedawno odzyskana - umie­jętność), znajduje kierowcę, który czeka na nią z tabliczką, odruchowo pakuje się na jego miejsce, przeprasza, wysia­da, siada na fotelu pasażera. Znowu chwila wytchnienia, chyba na moment zasypia. Jadą, nie ma nic do roboty. Jest straszny korek, wszyscy trąbią, między samochodami przechadzają się chude krowy. Kierowca ma tik: co kilka sekund odchrząkuje, odrzucając głowę do tyłu, przez co sprawia wrażenie, jakby był sztuczny. Nie odzywa się do niej i nie zmienia wyrazu twarzy, nawet kiedy z naprzeciw­ka nadchodzi słoń wymalowany w różnokolorowe wzory, a ona, niewolnica zachodnich konwenansów, czując się zobowiązana do wygłoszenia jakiegoś komentarza, mówi: Very pretty.

Hotel to dużo powiedziane, ale miejsce jest, jest łóżko, będzie mogła się położyć. Załatwia formalności w ciem­nym biurze. Tysiąc czterysta sześćdziesiąt rupii za spanie, tysiąc dla przewodnika. Chce wyjaśnić, że także w Europie nie wszyscy są bogaci - tysiąc rupii to dużo i dla niej. Ale angielski, który ze sobą dzielą, nie udźwignie takich niuan­sów. Więc trudno. Dobijają targu. Idzie do pokoju, kładzie się, szarawa pościel sprawia wrażenie wilgotnej. Umówi­ła się z przewodnikiem na za godzinę.

Ale sen nie przychodzi. Jest jej zimno. Potem pomy­śli, że nigdy i nigdzie nie zaznała takiej samotności jak w zatłoczonych indyjskich miastach, a pokój w hotelu Swastika będzie tej samotności najmocniejszym sym­bolem, choć spędzi w nim tylko dobę. Jak długo trzeba przebywać w jakimś miejscu - zastanawia się - żeby się liczyło, że naprawdę tam byliśmy? Jak długo trzeba żyć, żeby można było powiedzieć, że żyliśmy? Jest zachłanna na czas i wszystko, co się w nim pojawia - ludzi, obrazy, słowa, uczucia i smaki. Boi się, ciągle się boi, że zanim zacznie być żywa, wszystko się skończy. Ot, zachłanność. Wielka paszcza, wąskie gardło.

3. Ogień i woda

Wychodząc z pokoju, prawie wpada na mężczyznę drzemiącego na krześle tuż przy drzwiach. To przewodnik. Najwyraźniej siedział tam przez cały czas. Chciałaby zapytać czemu. Dla jej bezpieczeństwa czy po to, żeby nie uciekła?

Ale nie ma jak. Uśmiechają się do siebie, on wstaje i pokazuje jej, żeby szła za nim. Wychodzą na ulicę i wpadają w tłum. On toruje drogę, ona idzie, prawie biegnie, tuż za jego plecami. Zatrzymują się przy świątyni, przewodnik zaczyna coś opowiadać, ale ona rozumie tylko pojedyncze słowa. Siva, Siva. Holy. Holy God.

Zobaczyć coś naprawdę - na to trzeba czasu. Ile? Ile czasu? Ile rupii? Ile dolarów? Nie chce, żeby coś jej umknę­ło, chce zarejestrować każdy obraz i dźwięk, wszystko za­notować. Zachłanność. Zapamiętuje kosze pomarańczo­wych kwiatów przed świątynią Vishwanath, wszechobecne błoto, śmieci, psa, który wlazł na grzbiet leżącej na chod­niku wychudzonej krowy, śmieci, erotyczne płaskorzeź­by na Nepali Mandir i pierwszy widok Gangesu. Photo, take photo, zachęca przewodnik. Potem idą dalej, bardzo szybko, jakby się do czegoś spieszyli. Przewodnik prze­kazuje ją drugiemu, wydaje się to całkiem naturalne, ona przyjmuje to z zaskakującą pasywnością. Ten drugi lepiej mówi po angielsku. Ciągnie ją w stronę rzeki. Po chwili widać dym, stos płonącego drewna - palą zwłoki. Nowy przewodnik nie milknie ani na chwilę, opowiada o kosz­tach kremacji, a ona uświadamia sobie, że nie umiałaby sa­modzielnie wrócić do hotelu. Nieopodal stosu siedzą jacyś mężczyźni. Patrzą na nią obojętnym wzrokiem - turystka, nic szczególnego. Przewodnik wymienia kwoty, mówi, ile kosztuje drewno dla biedaków, ile dla bogatych, różnice są drastyczne. Potem trudno jej będzie przyznać, że nie czuła nic poza zmęczeniem i myślała tylko o pieniądzach - ile jej zostało i ile będzie musiała mu zapłacić.

Aby ciało spaliło się całkowicie, ogień musi płonąć ponad sześć godzin. Potrzeba do tego pięciuset kilogramów drewna. Co roku wycina się w tym celu w Indiach dziesiątki milionów drzew. Ganges to jedna z najbardziej zanieczyszczonych rzek na świecie. Jest źródłem wody pitnej dla pięciuset milionów ludzi. W Azji Południowo-Wschodniej co siedem minut jedno dziecko umiera z powodu odwodnienia i braku higieny.

Chce jej się pić. Nigdy nie czuła pragnienia przez dłużej niż godzinę, może parę godzin, nie pamięta. Udaje jej się wykupić dość tanio, tylko trzysta rupii. Wraca pierw­szy przewodnik, ona prosi, żeby usiedli i napili się kawy. Słodka mleczna kawa łagodzi smak popiołu w jej ustach. Próbują rozmawiać. Przez chwilę są przyjaciółmi.

4. Ganges idzie spać

O zmierzchu wracają nad rzekę. Znajdują miejsce na tara­sie jakiegoś dużego budynku, z dobrym widokiem na gęsty kolorowy tłum na nadbrzeżu i rząd podestów, na których bramini przygotowują się do ceremonii. Śpiewem i tań­cem ułożą Ganges do snu. Take photos, przypomina prze­wodnik - i odchodzi. Czemu nie zaprotestowała? Znów jest sama. Czuje się zmęczona i głodna. Nie ma innego wyjścia niż wytrwać w tłumie pielgrzymów do końca rytu­ału. Rozlega się śpiew - jest bardzo potężny, zalewa doli­nę Gangesu, dotyka czegoś nawet w niej. Przez obiektyw aparatu ogląda taniec braminów, wdycha zapach dymu z kadzidła. Między ścianą budynku a balustradą tarasu jakiś duży pająk rozpiął pajęczynę. Coś dziwnego dzieje się z czasem, nie umiałaby powiedzieć, czy tkwi tam od kwadransa, czy może od trzech.

I wtedy niespodziewanie wyławia ze śpiewu braminów trzykrotnie powtórzone słowo śanti,      Po plecach prze­chodzą jej ciarki. Nagle przestaje czuć się zmęczona, strach znika. Przypomina sobie końcówkę Ziemi jałowej. Eliot przetłumaczył to słowo (zapisywał je shantih) jako „pokój przekraczający zrozumienie”. I choć Eliot nigdy nie był jej szczególnie bliski, w tej chwili właśnie to czuje. Pokój. Wiedząc, że jest tu obca, z ulgą myśli o wszystkim, czego nie będzie mogła zrozumieć, kupić, zapamiętać. Trwa to tylko przez chwilę. Ceremonia wkrótce się skończy, bę­dzie musiała jakoś wrócić do hotelu, a następnego dnia, wyjeżdżając z Waranasi do Sarnath, zobaczy największe hałdy śmieci, jakie kiedykolwiek widziała. Pomyśli wtedy, że nie ma szans, nie ma już dla świata, dla nas, ocalenia. Poczuje piasek po powiekami, suchość w gardle, smutek. Ale przynajmniej to wydarzyło się naprawdę: przejechała pół świata, żeby coś zrozumieć. Na razie zrozumiała jedną linijkę wiersza.