Sen sów

Jerzy Sosnowski
#
  • Wielka Litera
    Warszawa, kwiecień 2016
    215 x 130
    272 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-80320-89-5

Fragment najnowszej książki Jerzego Sosnowskiego Sen sów został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Copyright: Wielka Litera



ROZDZIAŁ PIERWSZY

w którym jedziemy pociągiem, lądujemy na nieznanej planecie, poznajemy pozłacanego chłopca oraz dowiadujemy się, jaki jest pożytek z krzywizny Ziemi

Pędził, pędził pociąg - ale nie umiem wam powiedzieć, czy to właśnie jego pęd obudził chłopca. Może coś innego, tylko spokrewnionego z pędem? Stukot kół, zapach węglowego dymu, podróżnicza ekscytacja? W każdym razie Jarko (zapamiętajcie dobrze: Jarko, nie Jajko) wyciągnął spod pledu rękę i z marsową miną sprawdził godzinę na zegarku marki Zaria. W tym słowie należy położyć akcent na ostatnią sylabę, tłumaczyła Babcia; a w ogóle trzeba było zapamiętać jego brzmienie, bo na cyferblacie napisano coś dziwnego, napisano: зapя (odwrócona trójka, „a”, „p”, odwrócone duże „R”). To podobno znaczyło „Zorza” w języku, którego brzmienie wydawało się Jarkowi słodkie, ale tak słodkie, że aż mdlące. Całkiem jak bezy z kremem: smaczne, póki się ich nie zjadło (dorośli uważali zresztą, że to nie jest cecha bezy jako takiej, tylko osoby, która się na nią naprasza, i ten rodzaj apetytu nazywali pogardliwie zachciołem). Była godzina piąta minut czterdzieści siedem i dziewiętnaście sekund, dwadzieścia sekund, dwadzieścia jeden sekund, dwadzieścia dwie sekundy, dwadzieścia trzy sekundy; o, już dwadzieścia sześć sekund. Tu stawiam kropkę, ciemną kroplą kapię na powierzchnię papieru, choć Jarko wciąż odliczał, chcąc sprawdzić, czy długa wskazówka przesunie się wyraźnie o jedną kreskę minutową w chwili, kiedy sekundnik minie liczbę „12”. Zamykam oczy, żeby zobaczyć wyraźnie, co dalej. Ale z zamkniętymi oczami trudno się pisze, to jednak coś innego niż miłosna pieszczota, niż smakowanie knedli ze śliwkami, mimo że chodzi o podobne rzeczy: o miłość i o smak. Więc unoszę powieki, ale teraz już wiem na pewno, że wagon kołysze się, wypełniony po dach oczekiwaniami Jarka. Jedzie wzdęty od jego marzeń, stęka ciężko na rozjazdach - ta-ta-ta-TA, TA-ta-ta, ta, ta-ta-ta-TA - potem odzyskuje rytm (ta-TA, ta-TA, ta-TA; ta-TA, ta-TA, ta-TA), a parowóz gwiżdże przeciągle. Pled jest beżowy i szorstki, prześcieradło dziwnie sztywne. Za zielonkawymi zasłonkami migają cętki cieni i podłużne plamy słońca - znak, że zaczął się dzień. Kąt przedziału zamyka na skos szafka, w której, gdyby się ją otworzyło, zaświeciłaby lampka i rzuciła tajemniczą poświatę na twarz w lustrze. Oczywiście pod warunkiem, że Jarko wspiąłby się na palce. A nawet tego nie jestem pewien, mam wątpliwości, czy by sięgnął, i nie mam jak sprawdzić, bo tymczasem Jarko nasłuchuje przez chwilę dźwięków z łóżek nad głową - w przedziale slipingu drugiej klasy Mama śpi na środkowym, a Tata pod samym sufitem - po czym, zamiast wstać, przekręca się jak foka, żeby mieć twarz przy oknie. Odchyla ostrożnie skrawek materiału; ten jest śliski, jakby tłusty i pachnie cicho papierosami. O zapachach głośnych i cichych może będę miał okazję wam jeszcze powiedzieć, ale teraz nie mam czasu: bo za szybą migają bardzo blisko gałęzie krzewów, tak szybko, że rozmazują się w poziome smugi, jakby drapnięcia pazurów Dzikiego Zwierza na powierzchni obrazu. Dalej jest rów i pusta droga, a jeszcze dalej jakieś ugory żółtawe czy łąki podmokłe, kępczaste, zamknięte na samym końcu granatową smużką. I Jarko z drżeniem uświadamia sobie, że to nie chmury tak nisko nad horyzontem, ale możemorze.

W tym pejzażu nikogo nie ma, ten pejzaż jest jak pustynia Gobi, na której żyją dinozaury, jak preria, po której hulają Komancze. Jarko przez chwilę zamienia się w pilota dwumiejscowego samolotu, w trakcie wypatrywania zebr (preria staje się parkiem Serengeti), a potem w kosmonautę, szukającego miejsca do lądowania na planecie; planeta wydaje się bezludna, ale to pozór. I rzeczywiście pozór, bo zza linii drzew, która przesuwa się jak ramię Taty, spychającego na plaży porcję piasku, żeby zrobić wezgłowie grajdołka, pojawia się niewielkie stado łaciatych kosmitów z rogami. Kosmici żują coś niespiesznie, odprowadzając wzrokiem rakietę Jarka. Jeden nawet próbuje chyba nawiązać kontakt głosowy, bo wyciąga szyję i otwiera pysk, ale po tej stronie szyby go nie słychać. Kabina jest her-me-tycz-na. A potem inny kosmita, albo raczej robot samobieżny, pruje drogą, zostawiając za sobą kłęby niebieskawego dymu. Ma wytrzeszczone szklane oczy i bułowatą gębę, jakby akurat zapchał się świeżą kajzerką - i kosmonauta, widząc ten dym, zastanawia się nad składem chemicznym atmosfery. Ale obłoki na niebie wyglądają całkiem swojsko, więc może da się tu oddychać.

Z oddychaniem Jarko miewa problem i to jest powodem tej pozaziemskiej wyprawy. Przypomina sobie (choć z przypominaniem sobie nie jest łatwo, to może kwestia wczesnej pory albo w ogóle czegoś innego, czego na razie nie ogarnia), że lekarka, która od początku mu się nie podobała, chciała go wysłać tutaj jeszcze we wrześniu. Na kilka miesięcy. SAMEGO. Ta wizja pojedynczego zmierzenia się ze Wszechświatem wprawiła Jarka w przerażenie i ja mu się nie dziwię, bo na obce planety nie jest dobrze wybierać się bez zgranej załogi, więc bardzo was proszę, nie wzruszajcie mi tu ramionami z wyższością. W zespole jest raźniej i nawet taki Neil Armstrong poleciał na Księżyc z dwoma kolegami, choć to blisko. Kiedy do domu przyszły papiery z mylącą nazwą „Słoneczko” (myląco cieplusią, bo zaraz obok stało „sanatorium” - cokolwiek to jest, z taką nazwą nie może to być nic miłego), protest Jarka słychać było aż po drugiej stronie Wisły. Rodzice popatrzyliby na siebie z zadumą, lecz do patrzenia na siebie z zadumą potrzebna jest cisza - więc zamiast tego skrzywili się równocześnie i powiedzieli, że w takim razie: nie, oddadzą to skierowanie i zorganizują pobyt nad morzem jakoś inaczej. I teraz jechali we trójkę, mając skomplikowany plan: przez kilka dni są razem, potem odjeżdża Mama, potem przyjeżdża Krysia, starsza siostra Jarka, a potem wraca Mama i odjeżdża Tata... Tak, albo jakoś podobnie. Trudno szczegółami zawracać sobie głowę, kiedy na horyzoncie widać możemorze, a na nim na pewno pokażą się żaglowce i wodoloty, i kutry, i poduszkowce, i okręty, nawet podwodne, jeśli się będzie miało dużo szczęścia. A czemu nie.

Żeby jakoś zamknąć sprawę kosmonauty, Jarko wyświetlił sobie przed oczami napis: „Koniec odcinka pierwszego”, mrugnął (to jak wyciemnienie w telewizorze) i postanowił sprawdzić, co dzieje się za drzwiami przedziału. Ostrożnie postawił stopy na dywaniku, drapiącym i nieco brudnym. Rozejrzał się, wyciągnął spod łóżka sandałki, ale czuł, że Mama nie będzie zadowolona, jeśli wyjdzie w sandałach i piżamie, a jeśli Mama nie będzie zadowolona, to Tata też nie. Więc starając się nie narobić hałasu, rozejrzał się, czy nie znajdzie gdzieś swojego dziennego ubrania. Co za dziw, leżało na trzeciej walizce, która już nie zmieściła się na półce pod sufitem i stała w wąskim przejściu. Z łóżka nad jego głową rozległo się mamine, pytające: Hm? - więc znieruchomiał, ale spod sufitu odpowiedziało tamtemu uspokajające, męskie: Hm. Koniec rozmowy. To znak, że można się cicho ubrać i wyjść, a w każdym razie cicho się ubrać, bo gdy z najwyższym wysiłkiem uchylił drzwi, wdarł się zza nich wzmocniony łomot kół (ta-TA, ta-TA, ta-TA) i Mama zapytała jednak czujnie: Jajko? Gdzie ty? - Tu blisko, na korytarz - szepnął Jarko z urazą, przekonany, że będzie się musiał cofnąć, ale widocznie użył najwłaściwszej melodii głosu, bo nikt mu nie odpowiedział. A może Mama poniewczasie zawstydziła się, że użyła domowej przezwy, smutnej pamiątki z czasów, gdy się nie wymawiało „r”? A przecież protestowali, kiedy do siostry zdarzało mu się w złości powiedzieć: „Ej, Kysia”, a czasem, gdy był powód, nawet: „Ej, Chysia” (no, wtedy to i Krysia dawała mu wycisk). Świat nie jest sprawiedliwy. Z tą gorzką myślą myknął szybko na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi. Było warto.

Było warto, bo na korytarzu czekał już Antek. To znaczy Antek nie wiedział, że czeka na Jarka, a Jarko nie wiedział, że ktoś na niego czeka, skoro Antka jeszcze nie znał. Ale zaledwie wysunął głowę, już patrzyli na siebie z Antkiem, już się spotkali. Więc o to chodziło. I zaraz zaczęli rozmowę.

Tę rozmowę ja teraz powinienem przytoczyć, ale mam z tym kłopot. Prowadzili ją bowiem w zapomnianym języku, w którym obok słów, używanych do rozmów z rodzicami i z dziewczynkami, istnieją też inne, tajemne; a ponadto dźwięki, których nie wiedzieć czemu nie używają Dorośli (podobnie jak zabiegające o ich aprobatę dziewczynki), jak: warczenie, chrząkanie, stękanie, mlaskanie, bekanie, wycie oraz szereg innych, wciąż nienazwanych przez Naukę. Żeby na przykładzie pokazać, jak pożałowania godny jest ów terminologiczny brak, spróbuję zaprezentować uproszczony przepis na oddanie w języku, o którym mowa, pojęcia „wybuch”. Trudno zaprzeczyć, iż słowo to nie wytrzymuje porównania ze swoją treścią. Mimo względnie ekspresyjnego początku „wy-” i następującej potem dynamicznej głoski „b” wydaje się ono blade, czy też raczej: ciche, nie dość eksplozywne. Tymczasem można zastąpić je tak: nadyma się policzki, zaciskając usta w podkówkę, mniej więcej w taki sposób, jak kiedy zbiera się człowiekowi na płacz; następnie gwałtownie wymawia się coś zbliżonego do głoski „b”, wkładając w to jednak całą duszę i w miarę możliwości pryskając śliną, po czym natychmiast przechodzi się do dźwięku między „tf” a „tsz”, bądź „tczsz”, pozostałą zaś resztkę powietrza wypuszcza kątem ust. A przecież to mało, bo są jeszcze dłonie, które w tym czasie jakby obejmowały nieistniejące jabłko, i teraz dramatycznie się rozczapierzają, rozgarniając powietrze. I są jeszcze oczy, które należy wytrzeszczyć i zaraz zmrużyć, marszcząc przy tym nos, jakby broniąc się przed zapachem spalenizny. Warto do tego potrząsnąć głową, a następnie (jeśli chodzi nam o Bardzo Wielki Wybuch) skulić się i przykucnąć. Teraz rozmówca nie ma wątpliwości, że nazwaliśmy nie jakieś nieznaczące pyknięcie, ale Potworny Grom, rozwalający najpotężniejsze bunkry Wroga.

Tak, wiele wspólnego z wojną ma ów język, którego użyli Antek i Jarko, a zapomina się go najpóźniej około dziesiątego roku życia. Więc gdybym ich rozmowę przytoczył, moglibyście jej nie zrozumieć, albo - co gorsza - zrozumieć opacznie. Postaram się więc ją streścić, choć w ten sposób wiele fascynujących niuansów z pewnością nam umknie.

A zatem ojciec Antka był wielkim podróżnikiem, przebywającym obecnie w Pernambuco, w wyniku czego Antek mieszkał, a teraz jechał na wakacje jedynie z matką oraz młodszą siostrą Paulinką, zresztą przyszywaną, bo przed kilku laty wykradzioną przez rodziców gangsterom w Chicago. Choroby płuc, której zamierzał pozbyć się nad morzem, nabawił się, zwiedzając z ojcem kopalnię złota: w podziemnych korytarzach unosił się wszędzie złoty pył, bo górnicy wyrywali ze ścian ogromne bryły kruszcu, robiąc wybuchy („b!-tczszszsz...”). Z wody, w której po wyjściu stamtąd trzeba się obmyć, można odzyskać jeszcze niemało złota, wyniesionego na skórze. Więc ten pył zalegał teraz Antkowi płuca i powodował duszności i kaszel, szczególnie wiosną. Wyleczenie było konieczne, żeby zostać w przyszłości kosmonautą. Przygotowując się do tego zawodu, Antek opanował już pływanie i stanie na rękach, co zresztą nie było bardzo trudne; a ponieważ w kabinach statków kosmicznych jest wyjątkowo mało miejsca, specjalnie rósł wolniej od innych. Rzeczywiście: Jarko, młodszy o rok czy dwa, przewyższał go o pół głowy. Sztuka powstrzymywania się od rośnięcia stanowiła z pewnością kwestię bardziej skomplikowaną niż stanie na rękach, ale Antek i tą umiejętnością mógł się z przyjacielem ewentualnie podzielić.

Tata Jarka, uczący w szkole matematyki, i jego Mama, redagująca książki, a nawet starsza siostra, byli w świetle tego wszystkiego za mało atrakcyjni, by o nich opowiadać. Ale skoro obaj jechali w to samo miejsce - Antek już drugi raz i zapewniał, że jest fajne, zwłaszcza basen solankowy - zaczęli snuć plany wspólnych zabaw. Jarko mógł się pochwalić czołgiem z prawdziwymi gumowymi gąsienicami oraz kilkoma plastikowymi żołnierzami. Żałował teraz, że zostawił w domu buraczkowego kosmonautę z pistoletem rakietowym w ręku i zdejmowanym przezroczystym hełmem (co prawda, zgubionym wiosną, więc kosmonaucie pozo-stała jedynie buraczkowa jak on pilotka). Kosmonauta we wspomnieniu nabierał stopniowo rysów Antka. Sam Antek miał w przedziale wspaniałą motorówkę, migającą światłami, a także kolta na kapiszony (zapach kapiszonów skracał mu oddech, więc chwilowo ich nie używał). W mieście, do którego jechali, a także za portem, na wydmach, pełno było jeszcze betonowych bunkrów po Niemcach i kto wie, czy nie udałoby się w którymś znaleźć prawdziwego parabellum. Jarko myślał z coraz większą ulgą, że tę licytację wiezionych nad morze zabawek zaczął od czołgu, a nie od ulubionej pluszowej małpki. Poza tym speszyła go wizja pływania w basenie solankowym, bo prawdopodobnie pływał niezbyt dobrze (jeszcze nie próbował), a ponadto Antek twierdził, że woda w takim basenie jest ruda, całkiem nieprzezroczysta, i dlatego dzieci muszą mieć na sobie białe majtki, koniecznie białe, żeby łatwiej je było znaleźć, jak się potopią. Ale perspektywa zabawy czołgiem, motorówką, koltem i żołnierzykami wydawała się pociągająca.

I tak to szło, czas pędził szybciej niż pociąg, który przystanął nawet raz czy drugi, a gdy znowu ruszył, Antek zapytał, czy przyjaciel wie, jak wspaniale jest wystawić głowę w czasie jazdy i wdychać zapach dymu z lokomotywy. Jarko nie wiedział, więc Antek zaraz otworzył okno i kazał mu wspiąć się na obudowę grzejnika, żeby mógł się wychylić odpowiednio daleko. Nie było to przyjemne, zwłaszcza że zaraz coś wpadło mu do oka i zaczęło piec; może zresztą, żeby poczuć przyjemność, nie był jeszcze wystarczająco wychylony. Oko szczypało, więc na wszelki wypadek je zamknął, a potem drugie; w rezultacie usłyszał tylko głos jakiejś kobiety, która gdzieś z tyłu krzyczała na Antka, że otwiera okno, czego mu nie wolno, bo się znowu przeziębi. Jarko chciał się uprzejmie mamie przyjaciela przedstawić, ale kiedy cofnął głowę i obejrzał się w stronę głosu, zobaczył tylko plecy obojga: wysoka blondynka w seledynowym sweterku trzepnęła właśnie syna po ciemieniu i wepchnęła do przedziału, z którego dobiegało świdrujące zawodzenie. Ano tak, przecież była jeszcze Paulinka z Chicago.

Więc także Jarko wrócił do rodziców. Trzeba było się przyznać, że coś mu wpadło do oka, a to oczywiście spowodowało całkowicie zbędne pytania: co robił i, zwłaszcza, czy nie wychylał się przez okno. Zaledwie paproch znalazł się na maminej chusteczce do nosa, po wagonie zaczął chodzić steward, tłumaczący, że pociąg ma opóźnienie, ale on tymczasem oferuje herbatę albo kawę. Słońce podniosło się już wysoko i oświetlało łóżka oraz Mamę i Tatę, miotających się dość chaotycznie po ciasnym wnętrzu. Starali się chyba jednocześnie - skoro problem oka zniknął - nakarmić syna bułką z żółtym serem, złożyć pościel i koce w kostkę, umyć zęby oraz włożyć do jednej z walizek piżamy. Jarko zaczął nawet odczuwać lekką panikę, że jeśli nie wysiądą odpowiednio szybko ze wszystkimi trzema walizkami (oraz jego chlebakiem i torbą z jedzeniem, nie mówiąc o Mapniku Taty), pociąg uwiezie ich w jakieś przerażająco nieznane, dalekie strony; ale okazało się, że jadą do stacji końcowej. Chodziło raczej o kolejkę do taksówek; Tata nie mógł podbiec i zająć w niej miejsca ze względu na walizki (i Mapnik), a Mama ze względu na dziecko - tak przynajmniej mówili i zgodnie dochodzili do wniosku, że muszą jak najprędzej ustawić się przy drzwiach wagonu, żeby przynajmniej jako pierwsi znaleźć się na peronie.

Jarko wyciągnął swoją małpkę i zaczął tłumaczyć jej, że jeśli pociąg nie dojeżdża do Wejherowa na czas, musi potem przepuszczać lokalne i dlatego będą na miejscu nieco później. A może to Tata starał się w ten sposób wyjaśnić sytuację, a Jarko przekazywał ją tylko telepatycznie Rudzikowi. Tak brzmiało imię pluszaka i nie muszę wam tłumaczyć, w jakim był kolorze. Przynajmniej kiedyś, bo obecnie pociemniał, towarzysząc Jarkowi właściwie wszędzie.