Klasyka: Reaktywacja

#
  • Czytelnik
    Warszawa, kwiecień 2015
    tłumaczenie: Henryk Lipszyc
    123 x 197
    132 strony
    ISBN: 9788307033549

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Marcin Sendecki i Tomasz Pindel opowiadają o książce Osamu Dazai Zatracenie, w tłumaczeniu Henryka Lipszyca. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

Wydane w 1948 roku Zatracenie jest ponoć najpopularniejszą japońską powieścią. Jej autor Osamu Dazai na krótko przed publikacją popełnił samobójstwo.

Niedawno ją sfilmowano oraz – jak to w Japonii – przerobiono na anime i komiks. Zważywszy, że ta niewielka objętościowo i niezbyt porywająca stylistycznie książka opowiada o dramatycznej degrengoladzie niekoniecznie budzącego sympatię bohatera, jest się nad czym zadumać. To trochę tak, jakby w Polsce najbardziej ukochanym utworem prozatorskim wszech czasów była Pętla Marka Hłaski albo Sanatorium Rafała Wojaczka, co wydaje się skrajnym absurdem, choć ich nieszczęśni bohaterowie są przy postaci wykreowanej przez Dazaia niemal herosami.

Sam Dazai nie doczekał książkowego wydania Zatracenia (które najpierw ukazało się w odcinkach w magazynie „Tenbo”); na krótko przed publikacją popełnił samobójstwo. Właściwie podwójne samobójstwo, bo wraz z nim odebrała sobie życie jego aktualna kochanka. Dla niespełna 39-letniego pisarza była to zresztą kolejna próba samobójcza i kolejne „samobójstwo w duecie”. Jednego z nich nie przeżyła ówczesna towarzyszka Dazaia, a on, odratowany, miał kłopoty z prawem, lecz wykaraskał się z nich dzięki pomocy wpływowej rodziny.

Tę historię znajdujemy też w Zatraceniu. Dazai kreśli w nim bowiem, przynajmniej po części, autobiografię, choć posługuje się fikcyjnym bohaterem i szkatułkową formułą. Oto pewien pisarz publikuje przechowane przez wspólną znajomą zapiski niejakiego Yozu, w których ten opowiada o swoim popapranym życiu. I jest to, zaiste, opowieść niezbyt krzepiąca. Yozu, śliczny i zdolny chłopiec z zamożnego domu od maleńkości nie potrafi dojść do ładu ze światem i bliźnimi. Ma w tym zapewne udział fakt, że za młodu został seksualnie wykorzystany przez pokojówkę, lecz podstawowym problemem jest jakaś zasadnicza egzystencjalna skaza, która powoduje, że wpierw komunikuje się z przerażającym światem za pomocą konsekwentnej błazenady, a potem ucieka w totalną bylejakość istnienia i wszelkie nałogi (które zaspokaja także dzięki wykorzystywaniu kolejnych kobiet), a na życie próbuje zarabiać jako trzeciorzędny ilustrator i autor komiksów.

Rzecz kończy się w latach 30. ubiegłego wieku domniemaną śmiercią wycieńczonego gruźlicą, alkoholem i morfiną bohatera, brak więc w niej wojny, z której Dazai wyreklamował się właśnie jako gruźlik. Jest jeszcze jedna istotna rozbieżność między losem Dazaia a jego książkowej persony. Dazai już w latach 30. został uznanym pisarzem, Yozu zaś rozrzutnie przetracił wszystkie talenty, gnany ku samozagładzie przez nie wiadomo skąd pochodzące poczucie własnej nieważności.

„Wciąż bardziej obcy, obcy wam i sobie sam” śpiewało przed laty Lady Pank. I dziwnym trafem szlagwort ten przypomniał mi się przy lekturze Dazaia. Jeśli jednak kogoś rażą tak popowe skojarzenia, można odwołać się do bardziej szacownych filiacji. Oto prawie na początku swych wspomnień Yozu wyznaje: „W nieustannym strachu przed ludźmi, bez odrobiny pewności siebie, chowając w sercu udrękę, skrywając melancholię i nieśmiałość, przyjąłem pozę beztroskiego optymisty i stopniowo doszedłem do perfekcji w odgrywaniu roli błazeńskiego dziwadła. Byleby zabawić ludzi, mniejsza o to jak, i w ten sposób znaleźć się samemu poza ich tak zwanym »życiem«, a to, sądziłem, nikomu nie sprawi chyba wielkiej różnicy. Żeby tylko nie narazić się swoją osobą, być nikim, być powietrzem, niebem – to pragnienie wzbierało we mnie nieustannie”. Owo pragnienie wyrwania się „poza życie” nieuchronnie przywodzi na myśl na przykład 48. fragment Paryskiego spleenu Baudelaire'a, w którego finale czytamy, że „wreszcie moja dusza wybucha i krzyczy, jakże rozsądnie: »Gdziekolwiek, gdziekolwiek, byle poza ten świat!«„ (przekład Ryszarda Engelkinga). Dazai, swego czasu student romanistyki, arcydzieło Baudelaire'a pewnie znał. Dochodzi jednak w Zatraceniu do interesującego przesunięcia akcentów. Figura artysty, poniekąd nadczłowieka, zmagającego się z nieprzyjaznym, złym światem obraca się o 180 stopni: świat jest, jaki jest, to ten, który nie może w nim wytrzymać, wyzbywa się stopniowo swego człowieczeństwa, ono bowiem zakłada podstawową umiejętność życia w warunkach, które zostały nam dane. Henryk Lipszyc w posłowiu do Zatracenia zauważa, że narrator, wedle własnych snów, »utracił prawo do nazywania się człowiekiem«, został »zdyskwalifikowany jako człowiek« albo doświadczył »utraty człowieczeństwa” (jak można przetłumaczyć oryginalny tytuł)”. W istocie, na przykład angielski przekład Zatracenia nazywa się No Longer Human. Być może to właśnie takie postawienie sprawy stanowi o tym, że Dazai wciąż tak mocno apeluje do swych czytelników.

Przedziwna to i niepokojąca książka.

- Marcin Sendecki