Klasyka: Reaktywacja

#
  • W.A.B.
    listopad 2015
    przedmowa: Anna Wasilewska
    przekład: Zofia Ernstowa
    219 x 157
    244 strony
    ISBN: 9788328009615

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Piotr Kofta opowiada o książce Pogarda Alberto Moravii, w tłumaczeniu Zofii Ernstowej. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

To jest pozornie całkiem prosta historia - co zresztą typowe dla Moravii. Główny bohater i narrator "Pogardy" Riccardo Molteni dobiega trzydziestki. Marzy mu się kariera dramaturga i krytyka, na razie jednak zarabia scenariuszowymi chałturami u wpływowego producenta filmowego, niejakiego Battisty. Ów kompromis budzi w Moltenim niesmak, ale idą za nim pieniądze, Riccardo wraz ze swoją piękną żoną może się więc wprowadzić do własnego mieszkania, za które wpłacił początkową ratę kredytu.

Problem w tym, że gdy zyskuje grunt pod nogami, doznaje jednocześnie gorzkiego olśnienia: żona przestała go kochać. Daremnym próbom odpowiedzi na pytanie, z jakiego powodu ta urodziwa, szczera i naiwna istota zaczęła nim pogardzać, poświęcone jest w zasadzie całe powieściowe wyznanie Molteniego.

Kogoś takiego nie da się kochać

Zagadkową rolę w tym małżeńskim kryzysie odgrywa Battista, karykaturalnie spotretowany jako włochaty samiec alfa, kapitalistyczny goryl z rozmachem i wizją. Producent składa Molteniemu propozycję pracy przy adaptacji "Odysei" Homera. Chce mieć człowieka, który będzie tonował psychoanalityczne pomysły niemieckiego reżysera Rheingolda, wcześniej zatrudnionego w tym samym celu. Zarazem jednak ma wyraźny apetyt na żonę Molteniego. Czy zaprasza ich oboje do swojej willi na Capri, by w efekcie otrzymać scenariusz, czy pragnie dostać przede wszystkim Emilię?

Wygląda to na psychologiczny dramat miłosny rozegrany w klasycznym trójkącie. I w ten sposób od biedy też "Pogardę" da się przeczytać. Tyle że to tylko pierwsza warstwa, budująca fabularne - i erotyczne - napięcie. Bliższe przyjrzenie się narratorowi skutkuje odkryciem warstwy kolejnej, gorzko-satyrycznej. Molteni to bowiem narrator z gruntu niewiarygodny: plącze się w zeznaniach, konfabuluje, wykazuje się klasową wyższością i jawną mizoginią, w oczach bliźnich widzi źdźbła, a w swoich nie dostrzega belki. Wydaje się kompletnie zagubiony - i jako człowiek, i jako mężczyzna.

Moravia chwyta w jednym długim ujęciu złośliwy konterfekt ducha spustoszonej wojną epoki, w której normy postępowania rozregulowały się do tego stopnia, że już nie wiadomo, do jakich wzorców w ogóle się odwoływać. Tożsamość Molteniego jest pozszywana z niepasujących do siebie kawałków - kogoś takiego nie da się kochać, bo nie istnieje jako spójna jednostka, jest sprasowany przez konkurujące wersje superego.

Wariacja na temat "Odysei"

Battista, przynajmniej ten widziany oczyma Riccarda, to z kolei obcesowy konkret, uosobienie nagiej męskiej siły i kiczowatej zachłanności. Takimi jak on się gardzi, takich jak on skrycie się podziwia, tacy jak on zwykle wygrywają.

I tu dochodzimy do trzeciej, intertekstualnej warstwy - "Pogarda" może być interpretowana jako swobodna wariacja na temat "Odysei". Molteni byłby tu Odyseuszem, Emilia Penelopą, zaś Battista uosabiałby jej zalotników. Zgodnie z koncepcją ponurego Niemca Rheingolda prawdziwym tematem "Odysei" jest psychologiczna relacja Odyseusza i Penelopy: Odyseuszowi powrót do Itaki zajmuje dziesięć lat, ponieważ w istocie nie chce wracać do żony, która pogardza nim za to, że pozwolił, by zalotnicy składali jej swoje hołdy. "Kim jest Ulisses w 'Odysei', co reprezentuje? - pyta retorycznie Rheingold. - Wśród wszystkich innych bohaterów, którzy są (...) niecywilizowanymi ludźmi, Ulisses jest jedynym cywilizowanym... A na czym polega cywilizacja Ulissesa? Na tym, że nie ma on przesądów, że zawsze kieruje się rozsądkiem, za wszelką cenę. (...) Penelopa nie jest kobietą cywilizowaną, jest bardzo tradycjonalna, (...) rozumie tylko instynkt, krew, dumę. A teraz proszę dobrze słuchać, panie Molteni. (...) Tym wszystkim, którzy są niecywilizowani, cywilizacja może się wydawać, i często się wydaje, cynizmem, zepsuciem, brakiem zasad".

Wedle tej sugestii Riccardo przegrywa małżeństwo tylko dlatego, że jest człowiekiem nowoczesnym. Jego wina tkwi w tym, że został ukształtowany jako byt autorefleksyjny, zdystansowany i wyobcowany, próbujący każdą życiową sytuację poddać racjonalnemu testowi. Przywodzi to na myśl konkluzje płynące z innej głośnej powieści tamtych czasów, czyli "Homo Fabera" (1956) Maxa Frischa, także proponującej rewizjonistyczną interpretację motywu z greckiej mitologii - historii Edypa.

Czytanie Moravii jak słuchanie starego rock and rolla

Gdy w 1954 r. Moravia publikował "Pogardę", miał bezdyskusyjnie status literackiej gwiazdy. Jego prozę, surowo oceniającą zaangażowanie klasy średniej w faszyzm i opisującą duchowe koszta powojennego kapitalistycznego boomu, uważnie czytano i komentowano. Potem jednak, już w latach 60., sława Moravii szybko przygasła - autor "Obojętnych" i "Konformisty" zapłacił wysoką cenę za bycie prekursorem.

Tematy, które podejmował, stały się leitmotivami kolejnych kontrkulturowych przewrotów, tyle że w znacznie radykalniejszych realizacjach. Echa "nudy" rozumianej przez Moravię jako stan permanentnego niezaspokojenia i tęsknoty odnajdziemy choćby w postmodernistycznym pojęciu "wyczerpania" albo w zjadliwych satyrach Houellebecqa - u słynnego Francuza dojrzymy także powracający motyw kompulsywnego seksu jako praktyki zasadniczo rozpaczliwej, jeśli nie jest akurat brutalną emanacją władzy. Czytanie Moravii po ponad półwieczu przypomina więc trochę słuchanie starego rock and rolla: dobrze znamy te akordy. Z tym że stare rock and rolle mają w sobie coś niepowtarzalnego - szlachetność pierwowzoru.

Wersja Godarda

Tak czy owak, jeśli idzie o "Pogardę", dużo wyraźniej, co znamienne, pamięta się dziś jej ekranizację z 1963 r. w reżyserii Jeana-Luca Godarda. Sam Godard podchodził zresztą do książki Moravii bez szczególnego szacunku ("Miły, pospolity kawałek do czytania w pociągu, pomimo nowoczesnego ujęcia sytuacji pełen staromodnych sentymentów. Ale to właśnie taki rodzaj powieści, z których często da się zrobić świetne filmy"). Ekranizacja jest w sumie wierna tekstowi, ale inaczej rozkłada akcenty, również z racji decyzji obsadowych.

To miał być hit - Michel Piccoli w roli głównej, Brigitte Bardot (za gigantyczne honorarium) w roli jego żony, Fritz Lang we własnej osobie jako niemiecki reżyser pracujący nad "Odyseją". Bardot gra znakomicie, ale to z pewnością nie literacka Emilia, prostoduszna maszynistka, lecz ówczesny mroczny przedmiot pożądania milionów. Piccoli jest o dekadę starszy od książkowego pierwowzoru, zblazowany i zrezygnowany od samego początku, a w dodatku przez cały film nie zdejmuje kapelusza (by ukryć łysinę?).

W wersji Godarda historia ta oddala się od fabularnego kontekstu, przybierając kształt metarefleksji na temat kina, które zaprzedaje się widowiskowej komercji, tracąc ciekawość świata oraz umiejętność opowiadania o prawdziwych tajemnicach życia i śmierci.

- Piotr Kofta