Klasyka: Reaktywacja

#
  • Dowody na istnienie
    Warszawa, 2015
    156 stron
    210x148
    ISBN 9788393811250

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Mariusz Szczygieł opowiada o książce Karela Capka Fabryka absolutu, w tłumaczeniu Pawła Hulki-Laskowskiego. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!


Kultura czeska ma twórcę - światowego giganta, który nie szukał dla siebie "miejscunia". Ponoć nie dostał Nobla tylko dlatego, iż szwedzka Akademia stwierdziła, że ten Czech pisze zbyt przerażające rzeczy.

Czytając Haska i Hrabala, oglądając czeskie filmy, w których zwyczajne zamienia się w poezję, wreszcie czytając książki o Czechach polskiego autora Szczygła - mamy do czynienia z kłamstwem. Może nie ze stuprocentowym, opasłym i bezczelnym kłamstwem (za które należy ukarać czeskich twórców czy Szczygła), ale z prawdą upozowaną. Prawdą o kulturze czeskiej, lecz w wersji na wynos. W wersji, która zaspokaja oczekiwania Polaków.

Kultura czeska do polskich odbiorców najczęściej dociera w wydaniu pogodnym i pocieszającym. Pociesza nas pogodny Hrabal, że na każdym dnie leżą perły. Pogodni robotnicy w knajpach stają się w jego opowiadaniach filozofami, a po pijanemu nie opowiadają bzdur, tylko "śnią na jawie". Pogodny czeski film pokazuje naród, który nie chce stawiać się na piedestale, a czeski filmowiec nie demaskuje ludzkiej małości, tylko sam się do niej przyznaje. Dramat nazwie na plakacie gorzką komedią, bo radość jest tym, czego zwyczajny Czech pożąda najbardziej. Najważniejsza jest bowiem pogoda wewnętrzna. Najlepiej ją pielęgnować w ulubionym miejscu, które chętnie zdrabnia się na "miejscunio". Tak jak rosyjscy pisarze wymyślili rosyjską duszę, tak czescy twórcy wymyślili pogodną czeskość.

Nazwisko może być mylące

Kultura czeska ma twórcę, którego małe nie zadowalało. Twórcę - światowego giganta, który nie żywił się swojskością i nie szukał dla siebie "miejscunia". Nie znał "małego realizmu". Patrzył na świat globalnie (jak u nas Kapuściński). W Polsce od lat - niestety - mało wydawany, dziś znany głównie z nazwiska. Nazwiska, które może być mylące. Przez swoje brzmienie bowiem kojarzy się z czymś pogodnym i czeskim właśnie. Nazwiska jakby wymyślonego z przymrużeniem oka - Capek.

Jego talent polegał na tym, że wszystko wiedział wcześniej. A obiegowa czeska anegdota mówi, że nie dostał Nobla tylko dlatego, iż szwedzka Akademia stwierdziła, że ten Czech pisze zbyt przerażające rzeczy.

Na początku XX w. opisywał, jak w przyszłości będzie upadał świat. Karel Capek uważał, że jego mały naród nie może poprzestać tylko na pielęgnowaniu swojego pogodnego miejsca do życia. Otwierał Czechów na uniwersalność. Już w swojej pierwszej powieści "Fabryka Absolutu" z 1922 r. opowiada o naszych czasach. To jedna z najlepszych czeskich książek, które czytałem. Przestrzega przed tworzeniem rzeczy ponad ludzką miarę. Jednak pisarz powagę swoich twierdzeń i idei zawsze wentyluje poczuciem humoru.

Na terenie Czech sztucznie stworzono Boga. Maszyny, zasilane czymkolwiek, masowo wytwarzały boską istotę. "Rysopis: nieskończony, niewidzialny, bezkształtny. Miejsce przebywania: wszędzie w pobliżu silników atomowych. Zajęcie: mistyczny komunizm. (...) Znaki szczególne: wszechmoc".

Absolut usunął pieniądze

Absolut rozłaził się po świecie, zarażał ludzi świętością i produkował nieograniczoną obfitość dóbr. Ale - jak stwierdził Capek - ludziom trzeba wszystkiego, tylko nie nieograniczonej obfitości. Absolutu w pewnym momencie było już tak dużo, że bombardowano nim inne kraje.

Najpierw wszyscy byli szczęśliwi. Dostawali towary, których nie trzeba było produkować, bo produkowały się same. Nieskończona Energia, która kiedyś stworzyła świat, teraz wskutek zmiennych warunków rzuciła się na wytwórczość. Jak już Absolut rozpędził się z produkcją (na przykład ćwieków do butów), to nie można go było zatrzymać. Usunął pieniądze. Ludzie zapragnęli się wszystkim dzielić, upadły więc banki. "Uważaj Bondy - słyszy producent Boga od swojego współpracownika, inżyniera Marka - on dotychczas nie umie rządzić. Z pieniędzmi zachował się jak jakiś najnaiwniejszy komunista i tym sparaliżował obrót towarów. Nie wiedział, że produkcja bez handlu jest po prostu nonsensem. Nie wiedział, że prawa rynku są potężniejsze od praw boskich".

W ostatnim polskim wydaniu "Fabryki Absolutu" sprzed 40 lat - w tłumaczeniu Pawła Hulki-Laskowskiego - wykreślone zostały nawiązania do komunizmu. Dla przykładu: Absolut zaczął rozdawać pieniądze z banków komu popadnie: "Rzec by można: religijny bolszewizm ". Jednak to zdanie nie znalazło się w polskich wydaniach. Jak i dziesiątki innych sformułowań z "mistycznym komunizmem" włącznie. Weźmy epizod na placu Wacława: "Jakiś komunista głosi tam dobrowolne ubóstwo", tłumacz napisał, że anarchista. Odkryła to Elżbieta Zimna, tłumaczka, która zrewidowała stary przekład i pieczołowicie przywróciła wszystkie zagubione słowa.

Kapłan demokracji

Dialogi, Drodzy Państwo, między panem Bondym a inżynierem Markiem mógłbym cytować bez końca. Na przykład o tym, że Bóg jest silniejszy od człowieka:

"Dziwię się tobie, mój przyjacielu, żeś go dotąd nie przechytrzył" - mówi inżynier.

"Z Nim trudna sprawa - odpowiada Bondy. - Zaskoczy cię w twej własnej duszy i koniec z tobą. Gdy nie przekona cię drogą rozumowania, ześle na ciebie cudowne oświecenie".

Pisarz uderza też w Kościół katolicki. Przecież to Kościół - jak pisała w świetnym książkowym eseju o Capku z 1985 r. Halina Janaszek-Ivanicková - jest historycznym nosicielem idei Absolutu, czyli także wykluczenia poglądów innych niż przez Absolut aprobowane. Kościół w powieści nie autoryzuje działalności Absolutu do momentu, gdy produkujące go maszyny są w obcych rękach. Skłonny jest go dopiero uznać za swój, gdy pojawia się możliwość zysku.

Cała powieść Capka wymierzona jest w absolutyzację wszelkich prawd. Pisarz - obok prezydenta przedwojennej Czechosłowacji filozofa Tomása Masaryka - uważany był za swego rodzaju kapłana demokracji.

Bóg jest zbyt wielki

"Każdy - pisał - kto wierzy w jakąś Prawdę, myśli, że właśnie z tego powodu musi znienawidzić i zabić człowieka, który wierzy w Prawdę z inną nalepką. Czy przeciwko tej nienawiści jest jakiś środek?".

Znał taki: "Nie widzę nic innego niż przekonanie, że człowiek jest czymś cenniejszym niż jego 'prawda'". Dlatego "trzeba zmniejszyć wagę dogmatów i zmiękczyć prawdy, żebyśmy poczuli życzliwość wobec człowieka".

Niestety, w "Fabryce Absolutu" zaproponowanie pokojowej egzystencji rozmaitych absolutów okazuje się niemożliwe. Pan Bondy doszedł w końcu do wniosku, że Bóg jest zbyt wielki. "Każdy sobie z niego odmierzy parę metrów i zdaje się mu, że to już cały Bóg. Przywłaszczy sobie taką małą łupinkę czy skrawek i zdaje mu się, że ma całego Boga". Co więcej - wścieka się przeciwko tym, co mają inny kawałek. "I żeby samego siebie przekonać, że ma całą prawdę, musi pozabijać tych innych".

- Mariusz Szczygieł