Klasyka: Reaktywacja

#
  • Świat Książki
    sierpień 2014
    tytuł oryginału: Up Above the World
    tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
    248 stron
    ISBN: 9788379434992

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Jerzy Jarniewicz i Marcin Sendecki opowiadają o książce Paula Bowlesa Ponad światem, w tłumaczeniu Michała Juszkiewicza. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

Dobry pisarz potrafi wciągnąć czytelnika do świata fikcji i pozwolić mu się w nim, wraz z bohaterami, zagubić. Powieść Bowlesa to pierwszorzędny przykład takiej gry z czytelnikiem.

Bowles jak mało kto rozumie, że w każdej opowieści ważniejsze od tego, co wiemy, jest to, czego nie wiemy. Rozwija powieść jak długi zwój papirusu, a nasze początkowe wrażenie, że teren został rozpoznany, a sytuacja jest czytelna jak na dłoni, szybko pryska. Jak w życiu, można by skwitować: im więcej wiemy, tym bardziej świadomi jesteśmy tego, co mieści się jeszcze poza granicami naszego poznania. Na co dzień dla dobrego samopoczucia ograniczamy świat do wierzchołka góry lodowej, czyli do tego, co już nam znane. Co jakiś czas przebijają się jednak do naszej świadomości sygnały nierozpoznanego świata, a wtedy dopada nas przerażenie, że zostaliśmy ze świata wykluczeni, lub przeciwnie –  ogarnia nas podniecenie, że coś nas jeszcze nowego może spotkać. Tak jest też w powieści Bowlesa, która wzbudza metafizyczną trwogę i wywołuje zarazem dreszcz przyjemnej emocji. Nie bez powodu wśród jej inspiracji wymieniano Edgara Allana Poego.

A czym tę niesamowitość wzmóc, jak nie egzotyką, którą Bowles poznał zresztą od podszewki? Wrzuca więc nas w tropiki: jego historia dzieje się w nienazwanym środkowoamerykańskim kraju, w którym upał odbiera ludziom jasność myślenia, a ulewne deszcze zdają się zwiastować biblijnych rozmiarów kataklizm. Rozgrywa się tu mroczna opowieść o parze Amerykanów: to niemal siedemdziesięcioletni doktor Slade i jego żona, która „mogłaby być jego córką, a na dobrą sprawę nawet wnuczką". Choć przyjechali tu, by świętować rocznicę ślubu, już od pierwszej strony wiadomo, że więcej ich dzieli, niż łączy, mówią wręcz różnymi językami. Dojmująca jest ta ich osobność: po namiętności, która kiedyś musiała cementować ten związek, nie pozostał ślad. Ich podróż przebiega pod znakiem zabójczej nudy przerywanej wybuchami z trudem tłumionej agresji.

Bowles bywa pisarzem okrutnym. Straszni są bowiem ci dobrze sytuowani obywatele, którzy każdy dzień, nawet w tropikach, muszą zacząć od kawy i lektury „Newsweeka". Zwracają się do siebie z elegancją, zachowując nienaganne maniery. Kaprys pchnął ich w tropiki w nadziei, że doświadczą czegoś autentycznego, choć prawdę mówiąc, sami w to nie wierzą. Nie ufają sobie nawzajem, mają siebie dosyć, skrywają w sobie pogardę. Mówcie do siebie pięknymi słówkami, a i tak prędzej czy później skoczycie sobie do gardeł –  zdaje się mówić narrator. Chyba że wcześniej zrobi to za was ktoś inny...

Paul Bowles wyborem własnej drogi poświadczył swój rozbrat z mieszczańskim stylem życia –  po latach podróżowania osiadł w Tangerze w Maroku, gdzie mieszkał przez ponad pół wieku. Z żoną, pisarką Jane Bowles, tworzyli wyjątkową, wzajemnie się inspirującą parę, choć życie seksualne obojga realizowało się głównie poza małżeństwem, z partnerami tej samej płci. Nic dziwnego, że i w swojej prozie Bowles brał na cel mieszczańską mentalność, ujawniał kruchość pozornego spokoju, który ludzie w rodzaju Slade'ów przyjmowali za pewnik, a przede wszystkim rozwiewał iluzję bezpieczeństwa, jakie daje wiara w racjonalność świata. W postępowaniu jego bohaterów próżno szukać konsekwencji, skoro psychika podlega dalekim od logiki prawom, a ludzie sami dla siebie są nieczytelni.

Ponad światem nie dorównuje wprawdzie arcydziełu Bowlesa, powieści Pod osłoną nieba, ale czuć w nim rękę mistrza. Bowles, być może dlatego, że był z wykształcenia kompozytorem, rozpisał swoją opowieść na język dźwięków. Każda strona powieści rozbrzmiewa wielogłosową muzyką kapiących kropel rosy, szumu liści, piejącego koguta, skrzeczenia kakadu, gry świerszczy, śpiewu rzekotek. Ale Bowles na dźwiękach nie poprzestaje, kreując rzeczywistość równie intensywnych zapachów: roślin, kurzu, ludzkiego ciała. Przypuszcza zmasowany atak na nasze zmysły, jego proza to słowa, które zamieniają się od razu w doznania.

Ten tętniący ospałą zmysłowością świat wysyła jednak sygnały czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Kusi, wabi, przeraża. Bowles mistrzowsko stopniuje napięcie, rozsiewając złowieszcze znaki zwiastujące katastrofę. W krystalicznie czystej, powściągliwej prozie odzywają się niepokojące dysonanse. Syrena pokładowa „jęczy", a do tego jęczy „żałobnie". Statek zawija do portu w środku "ciemnej nocy" - zresztą to właśnie noc będzie porą, w której rozegrają się najważniejsze wydarzenia tej historii. Tykający zegar kojarzy się z bombą zegarową. Jeszcze się nic nie zaczęło, a dreszcz przebiega po plecach. Jak w rasowym thrillerze, choć akurat ten thriller przypomina nam, jakie postacie może przybrać egzystencjalny niepokój.

Podobną niesamowitością co sceneria Bowlesowskiej historii naznaczeni są jej bohaterowie. „Jeśli nie zdążymy na statek, to się zabiję", mówi w pierwszym zdaniu Amerykanka, a ta nic nie znacząca wstawka w mowie potocznej rezonuje u Bowlesa złowieszczym echem. A kiedy mąż Amerykanki najpierw uspokaja ją, ziewając, że czasu mają sporo, by po chwili krzyknąć z furią: "Co z tą kawą, u diabła?!", to jasne się staje, że emocje lawirować tu będą od apatii po wściekłość, że pod powierzchnią ospałego życia kipi brutalna siła.

Bowles snuje w swojej powieści dwie równoległe historie. Pierwsza o skrywającym się pod pozorem udanego życia poczuciu niespełnienia i samotności. Nie zdziwimy się, gdy doktor Slade ni stąd, ni zowąd przestraszy przypadkowo napotkane dziecko informacją o grasujących w morzu rekinach - agresja w czystej postaci, bo bezinteresowna. Druga historia to opowieść o innym niebezpieczeństwie czającym się na zewnątrz, w prowincjonalnym hotelu, na ulicy podczas dorocznej fiesty, w domu nowo poznanego przyjaciela. Można z ironią powiedzieć o idealnym dopasowaniu, bo zło, którym naznaczony jest człowiek, nie różni się od zła, którego areną jest jego świat.

Bowles splata te dwie historie z podobną zręcznością, z jaką udaje mu się zespolić różnorakie rzeczywistości. Realność przechodzi tu w świat oniryczny, w krainę półsnu i widziadeł, a następnie w doznania fantasmagoryczne wywołane gorączką, alkoholem lub narkotykami. Świat Bowlesa się nawarstwia, różne poziomy rzeczywistości ze sobą współistnieją, bo w świadomości nie ma między nimi różnicy. Giną tradycyjne granice, jakimi zwykło się dzielić dla porządku nasze doznania. Takie wytyczane raz po raz linie podziału, między jawą a snem, zdrowiem a chorobą, to podstawa naszego życia dająca nam iluzję władzy nad światem. Bowlesa tymczasem intryguje świat niepodzielony, płynny, niestabilny, pociąga go podlegająca przemianom tożsamość. Moment, gdy ginie poczucie iluzorycznego bezpieczeństwa.

„Każdy z nas żyje w izolacji. Idea społeczeństwa niweluje tę świadomość; jest fikcją, która działa jak środek znieczulający" - pisze Bowles. Wysyła więc swoich bohaterów w tropikalne lasy i na pustynie Afryki, do wspólnot radykalnie odmiennych od naszych. Tam bohaterowie doświadczają prawdy o nieprzezwyciężalnej samotności, której na drugie imię trwoga. Ponad światem, powieść napisana niby dla rozrywki, to jedna z tych magicznych książek, spod których władzy długo nie można się wydostać.

- Jerzy Jarniewicz