Klasyka: Reaktywacja

#
  • Lokator
    październik 2014
    tłumaczenie: Anna Tatarkiewicz
    128 stron
    ISBN: 978-83-63056-17-9

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Marcin Sendecki opowiada o książce Georges'a Pereca Rzeczy, w tłumaczeniu Anny Tatarkiewicz. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

Kiedy w 1965 r. ukazały się debiutanckie Rzeczy Georges'a Pereca, ich autor, nieśmiały absolwent socjologii, liczył sobie lat 29 i zajmował podrzędną posadę archiwisty w bibliotece paryskiego szpitala. Przystępując do pisania tej krótkiej książki, w roku 1961, Perec miał już za sobą cztery nieopublikowane próby powieściowe. (Do dziś tylko jedna z nich doczekała się druku: odnaleziony niedawno Kondotier, którego polski przekład Marzeny Chrobak wydano przed rokiem). Czteroletni wysiłek sowicie się opłacił. Dzięki Rzeczom Perec stał się nie tylko „prawdziwym”, publikowanym pisarzem, lecz także, po wyróżnieniu prestiżową nagrodą Renaudot, pisarskim celebrytą. Skądinąd chwilowym, chociaż równie wielkiego, jeśli nie większego rozgłosu doczekał się dopiero po swym opus magnum, Życiu instrukcji obsługi z roku 1978. Italo Calvino nazwał tę książkę „ostatnim prawdziwym wydarzeniem w historii powieści”. Perec zmarł na raka płuc, dojmująco przedwcześnie, w 1982 roku, Calvino trzy lata później, lecz jego opinia, mimo wielu interesujących powieści, których nie miał szansy przeczytać, zdaje się w wciąż pozostawać w mocy.

Rzeczy. Historia z lat sześćdziesiątych (oryginalny podtytuł pojawił się bodaj dopiero w trzecim polskim wydaniu) to opowieść poniekąd pokoleniowa. Bohaterowie Pereca, Sylvie i Jerome, mogliby być jego rówieśnikami, podobnie jak on wykształconymi, niezamożnymi i poszukującymi miejsca w życiu. Różnica jest taka, że opisywana przez Pereca para uwiedziona jest nieposkromioną żądzą posiadania. Posiadania wszystkiego, co posiadać, jak im się zdaje, wypada, by żyć jak należy – i coraz bardziej sfrustrowanych niemożnością spełnienia swych pragnień. Czytano więc Rzeczy (i wciąż można je tak czytać) jako przenikliwą krytykę kapitalistycznego konsumpcjonizmu. Taka ich lektura odpowiada pewnie za rozgłos książki i natychmiastowe niemal przekłady. Co ciekawe, Perec miał wzięcie nie tylko na Zachodzie, lecz także za żelazną kurtyną, w czym udział miało zapewne zakończenie książki cytatem z Karola Marksa. Rzeczy przełożono na bułgarski, estoński, rosyjski, węgierski, rumuński, wydano je nawet w NRD. Przekład polski ukazał się w 1967 r., a we wstępie doń Anna Bukowska wskazywała zawarte u Pereca „ostrzeżenie przed nadmiernym zmaterializowaniem współczesnej cywilizacji, która tworząc warunki bogacenia się społeczeństw, jednocześnie duchowo wyjaławia je”.

Oczywiście, Perec, baczny obserwator rzeczywistości, słuchacz wykładów Rolanda Barthesa i czytelnik jego Mitologii, niewątpliwie analizował społeczne miraże pokolenia powojennego dobrobytu, jednak jego debiut stroni od łatwych złośliwości i potępień. Nawet tytułowe Rzeczy traktowane są ambiwalentnie i nie bez jawnej fascynacji. Ujawnia się tu zresztą jeden z wielkich Perecowskich tematów, przenikających całą jego twórczość, czyli katalogowanie całego bogactwa materialnego świata.

Przede wszystkim jednak Rzeczy to przeniknięta gorzką, intensywną melancholią opowieść o nieuchronnym rozczarowaniu, snuta przez chłodnego, zdystansowanego narratora. Perec nie taił później, że wielkim wzorem dla takiego pisarskiego zabiegu był Flaubert, ze szczególnym uwzględnieniem Szkoły uczuć. Nie przypadkiem na samym początku Rzeczy pojawia się sztych z wizerunkiem parostatku „Ville de Montreau”. Ten sam parowiec widzimy w pierwszym zdaniu Szkoły uczuć, a jego pasażerem jest młody Fryderyk Moreau, pełen nadziei, które tak boleśnie się nie ziszczą.

Cud nie przydarza się także bohaterom Pereca, a Sylvie i Jerome stopniowo pogrążają się w apatii: „W sercu ich zwolnionego życia zadomowiło się coś, co przypominało spokojną, łagodną tragedię. Zagubili się w szczątkach prastarego snu, w bezkształtnych odłamkach. Nie było już nic. Znaleźli się u końca drogi, u kresu nieuchwytnej trajektorii, jaką było ich życie od sześciu lat, u kresu tej nieokreślonej pogoni, która donikąd nie doprowadziła, niczego ich nie nauczyła”.

Kiedy zaś wreszcie udaje im się załatwić sobie w miarę lukratywne posady na prowincji i stają u progu, skromniejszego niż w marzeniach, lecz i tak niebagatelnego materialnego sukcesu, niewiele w istocie się zmienia: „Koło południa podążą niedbałym krokiem do wagonu restauracyjnego. Zasiądą pod oknem, naprzeciwko siebie. Zamówią dwie whisky. Popatrzą po sobie po raz ostatni z porozumiewawczym uśmiechem. Lśniąca serweta, masywne sztućce ze znakami »Wagons-Lits«, solidne talerze z herbami będą się wydawały wstępem do wspaniałej uczty. Ale jedzenie, jakie im podadzą, okaże się zupełnie bez smaku”.

Z Georges'em Perecem jest zupełnie na odwrót – wciąż smakuje coraz lepiej.

– Marcin Sendecki